Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanitas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vanitas. Pokaż wszystkie posty

21 mar 2020

Od Vanitasa CD April

Rozchyliłem w zdumieniu pysku, a spojrzeniem uciekłem na pobliską Cykorię Podróżnika, rosnącą na skraju lasu. Jej słowa z lekka mnie zamurowały. Moje wcześniejsze wyznanie było swego rodzaju próbą wyrzucenia z siebie tych wszystkich niezrozumiałych mi uczuć.  Spodziewałem się, że zadziała to na mnie jak roślina medyczna - jak lekarstwo. Dziwnie mrowienie w podbrzuszu, zbyt wielkie zainteresowanie cudzą osobą - w obecności April świat stawał się inny. Nawet nie byłem w stanie określić tego sensownie. Wydawało mi się, że jestem za młody na miłość, że nie dojrzałem jeszcze do tego poziomu. W życiu kierowałem się logiką, w większości czasu starałem się zachować powagę.
A teraz? Sam nie wiedziałem, co próbuję zrobić. A plan, który układał się w mojej głowie, był strasznie niepodobny do całokształtu mojej osoby.
 - April - odezwałem się w końcu, niezwykle spokojnym głosem. Klacz podniosła na mnie wzrok, a uśmiech tkwiący uprzednio na jej pysku lekko przygasł - Proszę, spotkajmy się wieczorem przy Lesie Świateł - te słowa wychodziły ze mnie z taką łatwością, iż poczułem się  pewniej.
Przywódczyni spojrzała na mnie ze zdumieniem. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że w tym momencie wychodziłem na osła bez manier, gdyż ledwo co powiedziała mi o swoich uczuciach.
Musiałem jednak wszystko zaplanować w swojej głowie i przygotować się do tego psychicznie.    
W ramach odpowiedzi otrzymałem niepewne skinienie łbem. Wybełkotałem pod nosem krótkie pożegnanie, po czym odwróciłem się i podreptałem przed siebie. Muszę ostatecznie podsumować wszelkie więzi, utworzone pomiędzy nami.
***********
Słońce zanikało między koronami drzew, a zwisające z gałęzi kule zaczęły rozświetlać okolicę swą niebieską barwą. I w końcu, wśród tych wszelkich roślin, spostrzegłem przysuwający się kształt konia. Klacz przystanęła obok mnie, a po jej wyrazie pyska zauważyłem, iż nie do końca rozumie moje zamiary. Ja sam, pomimo kilku godzin przygotowań, nie wiedziałem, co dokładnie robię. 
 - Cokolwiek się teraz  stanie, chcę, abyś szła obok mnie i słuchała tego, co będę mówił - poprosiłem, choć bardziej brzmiało to jak rządnie. A że była przywódczynią stada, do którego należałem,  raczej nie wypadało się tak do niej zwracać. April mimo wszystko pokiwała głową. 
 - A więc tak - zacząłem marsz, a klacz ruszyła za mną - Wiem, że to zdarzenie jest dla nas trudne, a tym bardziej w obliczu zaistniałych ostatnio sytuacji. Przykro mi, że cię obciążam swoim problemem, ale nie byłbym w stanie żyć dalej, ignorując tę sprawę. Obydwoje wiemy, iż nic już nie będzie między nami wyglądać tak samo. Jesteś mądra, piękna i zabawna - mrucząc to, poczułem się nieswojo, ale i szczerze. Pierwszy raz prawiłem komukolwiek takie komplementy. Ćwiczyłem to jednak dzisiaj przed drzewem, wyobrażając sobie na jego miejscu April. Naprawdę, za bardzo to przeżywam. Podniosłem wzrok na drogę przed nami. Byliśmy coraz bliżej upragnionego przeze mnie miejsca. Przywódczyni prawdopodobnie chciała podziękować za moje miłe słowa, ale zacząłem mówić dalej. Później przeproszę ją, za wtrącanie się w zdanie.
 - Nie umiem się rozgadywać, także przejdę do sedna całej sprawy - zatrzymałem się. Zaprowadziłem ją pod Leśny Łuk. Od razu udzieliła mi się uspokajająca aura tego miejsca. Stanąłem naprzeciw klaczy i lekko ugiąłem przednią nogę, pochylając się. Za pomocą telekinezy, postawiłem przed nią nazbierany przeze mnie wcześniej bukiet najbardziej kolorowych kwiatów, jakie udało mi się znaleźć. Poczułem, jak całe moje ciało przeszywa dreszcz.
 - Kocham cię i chciałbym wiedzieć, czy zgadzasz się zostać moją partnerką? - zapytałem. 

<April?>

6 lut 2020

Od Vanitasa CD April

   Niewielka ilość obowiązków, spoczywających na moim grzbiecie, wywoływała we mnie uczucie znużenia. Codzienne zajęcia stały się rutyną, którą co jakiś czas urozmaicały rozmowy z niektórymi końmi. Prawie że nikt nie miał żadnych problemów zdrowotnych, co akurat było pozytywem. Jedyny problem stanowił przypadek Aviany. Moja samokrytyczna natura wzięła górę, przez co zacząłem obwiniać się o brak umiejętności w pomocy klaczy. Jak mogłem być głównym medykiem tego stada, a jednocześnie nie być w stanie ustalić choroby jednej z członkiń? Cała ta sytuacja była dla mnie niczym zagadka bez rozwiązania. W celu zdobycia sensownej odpowiedzi, musiałem dokładnie przeanalizować wszystkie zdarzenia z tamtego dnia oraz to, co działo się z klaczą teraz. Dodatkową presję wzbudza we mnie fakt, iż swoim niedoborem wiedzy mogę zawieść April. Aviana jest jej kuzynką, więc nic dziwnego, że tak bardzo zależy jej na stanie zdrowotnym klaczy.
Zacząłem poświęcać April więcej czasu, by pokazać, jak bardzo przykro mi z powodu mojego braku kompetencji. Jednocześnie starałem się nie narzucać jej nazbyt swojej obecności. Starałem się nie porzucać swoich codziennych zajęć, jednak nazbierałem tyle przydatnych ziół, iż mój specjalny skład był wypełniony po brzegi, a ja i tak z nich nie korzystałem. Frustrowało mnie to, iż nie byłem w stanie ruszyć ze sprawą Aviany. Czasami nie potrafiłem się skupić na innych czynnościach.
   Dosyć często widywałem się z dowódczynią stada, co najwyraźniej nie umknęło reszcie członków. Wydawało mi się, iż coraz częściej zwracają uwagę na naszą dwójkę, przebywającą we wspólnym otoczeniu. Bycie w centrum uwagi nigdy mnie nie ekscytowało, toteż za każdym razem, starałem się znikać z pola widzenia. Po pewnym czasie chyba każdy przyzwyczaił się do tego, a ja ponownie podjąłem się wszelkich prób wyleczenia kuzynki April. Przez długi czas próbowałem doszukać się nowych właściwości we znanych mi roślinach medycznych. Nic jednak nie było w stanie sprostować panującemu chaosu. Pierwszy raz od dawna poczułem się czymś tak bardzo przytłoczony. April nieustannie powtarzała, iż docenia każdą chęć mojej pomocy i wszystko, co robię dla dobra jej kuzynki. Mimo to, jej słowa wciąż mnie nie uspokajały. Miałem krótki okres, w którym pragnienie rozwiązania całej tej paranoicznej sytuacji stało się moją obsesją. Nie ukryło się to zbyt długo przed dowódczynią, która z łatwością mnie uspokoiła, przez co na powrót zacząłem kontrolować własne życie. Każdego dnia, byłem pewien, iż jestem o krok bliżej od poznania wyniku sytuacji, a i tak, wciąż tkwiłem w punkcie startowym.
  A teraz kolejny raz staliśmy razem nad brzegiem jeziora. Ja i April. Nawet w te chłodniejsze pory roku, było to przyjemne do odwiedzin miejsce. Dobre też było to, iż mogłem spędzać czas ze swoją przyjaciółką. Choć nie wiedziałem, czy z biegiem czasu nasze relacje się nie wzmacniały. Zawsze czułem się lepiej, gdy to właśnie mi się żaliła. Szanowałem to, iż czasami nie była w stanie spotkać się ze mną, ze względu na swoje obowiązki i kuzynkę. Widywaliśmy się codziennie, a to już było czymś cudownym.
   Po długiej chwili moich osobistych namyśleń, odnośnie poprzednich miesięcy, odezwałem się.
 - Nie przeszkadzam ci? - zagadnąłem w stronę klaczy - To znaczy... Nie odczuwasz w swoim życiu zbyt nadmiernie mojej obecności? Myślałem nad tym, ile czasu ostatnio ze sobą spędzamy pomimo tego, iż ciążą nad tobą obowiązki przywódczyni oraz zmartwienia związane z Avianą - wyrzuciłem z siebie, prawie że na jednym oddechu. Lekko drgnęła, na dźwięk mojego głosu. Była tak wpatrzona w taflę wody, co sugerowała, że sama ledwo co wybudziła się z zamyśleń.
 - Rozmawialiśmy już chyba na ten temat - mruknęła z lekkim uśmiechem, obracając łeb w moją stronę. - Jesteś moim przyjacielem i wiem, że zawszę mogę na ciebie liczyć - dodała.
 - Schlebia mi to niezmiernie - odparłem szczerze - Nie jestem jednak w stanie zrozumieć tego, co między nami jest. Czuję wobec ciebie ogrom zaufania, jakim jeszcze nie darzyłem nikogo spoza rodziny.  Doceniam to, jak często spotykasz się ze mną, pomimo własnych obowiązków. Wydaję mi się, że darzę cię czymś znacznie większym, niż tym, co jest między zwykłymi przyjaciółmi. Nie jestem w stanie bezpośrednio określić, co to jest. Chcę, żebyś wiedziała, iż zawsze możesz na mnie liczyć. Nie powiem ci, że cię lubię. To o wiele za mało powiedziane - wyrzuciłem w skrócie wszystko, co ciążyło mi ostatnio na sercu. Klacz w międzyczasie wbiła we mnie mocniejsze spojrzenie, pełne zaskoczenia. Uśmiechnąłem się niemrawo i skinąłem jej głową, po czym odwróciłem się i spokojnym tempem zacząłem odchodzić. Będąc kawałek dalej, obróciłem się i spojrzałem na nią. April wciąż stała w miejscu, a jej wzrok był utkwiony w moją stronę. Może nie powinienem jej tego mówić? Dorzucam kolejną cegiełkę do powstającego muru jej zmartwień. Nie mogłem jednak zbyt długo tego kryć. Jest mądra, więc pewnie już dawno zauważyła zmianę w moim zachowaniu względem jej, tylko najprawdopodobniej nie wiedziała, jak na to zareagować. Równie dobrze, mogła w ogóle nie chcieć tego widzieć. Pogrążony rozmyśleniami, wróciłem do centrum stada i jakby nigdy nic, położyłem się pod jednym z pobocznych drzew i obserwowałem otoczenie.


April?

12 sty 2020

Od Vanitasa - CD Alicja

Wsłuchałem się w głos przywódczyni, prostując się. Dokładnie przeanalizowałem jej prośbę, zastanawiając się, jak taki spacer wpłynie na moją rutynę. Moje codzienne zadania skupiały się na zbieraniu roślin i udzielaniu rad innym członkom stada. A teraz, kolejny już, nowy koń, zawitał na tych terenach. Uznałem, że warto oprowadzić Alicję po terytoriach, biorąc pod uwagę, jak niektórzy bywają zagubieni na samym początku. Klacz nie sprawiała wrażenia nieśmiałej, a jedynie nieoswojonej z nową sytuacją. Z pewnością zaskakująca była dla niej informacja o większej ilości „odmieńców” takich jak ona.
- Jasne, mogę to zrobić — odparłem w końcu, przerywając cudowną ciszę. 
- Nie chcesz iść z nami? - zagadnąłem przywódczynię. Taki spacer mógłby polepszyć więzi między dowódcą stada a nowym członkiem, co jednocześnie mogłoby lepiej wpłynąć na Alicję. April zamyśliła się na moment, po czym z delikatnym uśmiechem lekko skinęła głową.
- Ale tylko kawałek, mam później sprawę do załatwienia- stwierdziła. W ten oto sposób nasza trójka rozpoczęła wędrówkę po terenach tabunu. Nikt z nas nie fatygował się do poprowadzenia dłuższej i głębszej konwersacji. Nasze krótkie rozmowy opierały się na opisywaniu danego miejsca, w którym obecnie się znajdowaliśmy. Patrząc na nową klacz, ciężko było mi ocenić, co sobie teraz myśli. Z pewnością fakt, iż odmienności w postaci mocy są na tych terenach codziennością, wzbudzał w niej zainteresowanie, a jednocześnie i pewną ulgę. Nie mnie jednak przejmować się takimi rzeczami. April w pewnym momencie zatrzymała się, informując, że ma do załatwienia kilka ważnych sprawy. Obiecała nam jednak ponowne spotkanie w późniejszym czasie, to też pożegnaliśmy się z nią krótko.
Nasze zwiedzanie przeobraziło się w zwykły marsz, podczas którego moja uwaga niespodziewanie przerzuciła się na ośnieżoną drogę. Chwilę mi zajęło, nim przypomniałem sobie o moim towarzystwie. Gwałtownie obróciłem łeb w lewo, gdzie ujrzałem zapatrzoną w dal klacz. Podążyłem za jej wzrokiem, wbijając go w otoczony mroczną aurą las. Mimowolnie westchnąłem, co zwróciło uwagę Alicji.
- Coś się stało? - spytała.
- Nic, tylko ten las — mruknąłem, zaprzeczając samemu sobie- Wiem, że jego negatywna energia kontrastuje z tym jakże pozytywnym otoczeniem, co wzbudza w każdym spore zainteresowanie, ale jest to miejsce, do którego wstęp jest bezwzględnie zakazany. Takie zasady stada — wyjaśniłem, uprzedzając standardowe pytania.


                                                                            Alicja?

4 paź 2019

Od Vanitasa - Awans

Niebo tej nocy było wyjątkowo przejrzyste.  Ze spokojnych terenów stada mogłem obserwować setki tysięcy gwiazd w górze. Księżyc oświetlał całą okolicę, toteż byłem w stanie dostrzec zarysy znajdujących się w pobliżu przedmiotów. Okolicę w głównej mierze porastały drzewa, których wielkość w obecnych ciemnościach przypominała bardziej mityczne stworzenia, niż zwykły okaz flory. Zdawało mi się, iż poprzedni dzień dobiegł końca i rozpoczął się nowy. Z pewnością wszyscy, (bądź przynajmniej większość) dawno oddała się w objęcia Morfeusza. Ja natomiast miałem dzisiaj problemy z bezsennością. Ledwo co mrużyłem oczy, a każdy, nawet najdelikatniejszy dźwięk, wprawiał mnie w irytację i nie pozwalał zasnąć. Spacer w blasku księżyca wydawał mi się najprzyjemniejszą rzeczą, będącą jednocześnie jedyną możliwością do spowodowania senności.
 - Pomocy! - usłyszałem krzyk w oddali. Obejrzałem się, widząc pędzący w moją stronę zarys końskiej sylwetki. Odsunąłem się i przyjąłem obronną pozycję. Kasztanowaty ogier zatrzymał się przede mną, ciężko dysząc. - Musisz mi pomóc, tu żyje stado, prawda? - wykrztusił, ciężko dysząc. Wyglądał na naprawdę zdesperowanego, a ja pomimo braku ufności, zgodziłem się go chociaż wysłuchać. Pokiwałem lekko głową, choć mógł tego nie dostrzec.
 - Tak - mruknąłem niepewnie, wciąż rozglądając się po otoczeniu. To naprawdę nie należy do normalnych zjawisk, kiedy w środku nocy, nieznajomy koń zjawia się na terenach stada.
 - Mój przyjaciel został poważnie ranny! - wyrzucił z siebie płaczliwym głosem - Naprawdę potrzebna mi pomoc medyka. Macie tu kogokolwiek z potrzebną wiedzą? - pytał. Przełknąłem ślinę, przekrzywiając lekko łeb. Nie umiałem odmówić rannemu, choć osobnik przede mną mógł kłamać. Zamiast doprowadzić mnie do znajomego w potrzebie, zostałbym zaciągnięty w jakąś pułapkę.
 - Owszem, jeden z nich stoi przed tobą - odezwałem się stanowczym głosem - Damy radę go przetransportować na te tereny? Mam specjalną jaski...
 - Nie da rady - przerwał mi - Nie w tym momencie i stanie. To nie daleko, proszę cię, musisz mu pomóc - rzucił w moją stronę błagalnym tonem głosu. Nim zdążyłem przemyśleć sprawę na spokojnie, moja cecha altruisty i chęć niesienia innym pomocy zwyciężyły.
 - Prowadź. Pozwól tylko, że wezmę kilka rzeczy - rzuciłem.

*******
Nieznajomy nie był w stanie określić dokładnego wypadku przyjaciela. W swoim streszczeniu wspominał, iż zostali napadnięci przez zdziczałego psa, a potem jego kumpel spadł ze stromego klifu, ocierając się o kilkadziesiąt wystających z ziemi kamieni i ostrych przedmiotów.
 - Potem okazał się nieprzytomny - oświadczył ogier, kiedy to w szaleńczym tempie biegliśmy we wskazanym przez niego kierunku. Zdążyłem zabrać ze sobą kilka najpotrzebniejszych przyborów medycznych do pierwszej pomocy. Nie zostałem oszukany. Na ziemi leżał nieprzytomny karosz, z paskudnie wyglądającą raną na nodze i posiniaczonym ciałem. Niezwłocznie zabrałem się do udzielenia wstępnej pomocy. Następnie poprosiłem kasztana o pomoc w przeniesieniu rannego. Wspólnymi siłami doszliśmy do mojej jaskini. Z większą ilością roślin medycznych, dokończyłem sprawę. Spostrzegłem, iż jego przyjaciel usnął w kącie jaskini. Zbliżał się świt, więc nie czułem potrzeby snu. Skoro obaj byli obecnie niegroźni, stwierdziłem, że to pora poinformować kogoś o zaistniałej sytuacji. Wiedziałem, że April jest rannym ptaszkiem i z pewnością będę mógł z nią porozmawiać. Odnalazłam ją w tym miejscu co zawsze. Na uboczu Lazurowej Polany.
 - Wcześnie cię dziś widzę - rzuciła zaskoczona moim widokiem. Uśmiechnąłem się lekko.
 - Cóż, nie bez powodu - westchnąłem i streściłem jej całą historię. Pokiwała głową ze zrozumieniem i poprosiła mnie o zaprowadzenie do dwóch przybyszów. Jak okazało się, obaj byli już przytomni i dyskutowali ze sobą. Przywódczyni poprosiła mnie, bym na chwilę odszedł na bok. O ironią, wyrzucają mnie z własnego domu. Czekając najpewniej na skargę za mój brak odpowiedzialności, zacząłem zastanawiać się, co podkusiło mnie do pomocy całkiem obcym koniom. Jeśli chodzi o sprawdzaniu się w roli medyka - nie znałem umiaru. W końcu moim obowiązkiem było udzielanie wszystkim potrzebującym porad medycznych.
 - Vanitasie, chciałabym z tobą o czymś porozmawiać - z zamyśleń wyrwał mnie głos April
 -  Słucham - mruknąłem, zaskoczony jej normalnym tonem głosu.
 - Jestem naprawdę dumna z tego, jak sprawdzasz się w swoim zawodzie. Pomogłeś w środku nocy nieznajomym koniom, to naprawdę miły gest - uśmiechnęła  się do mnie lekko.
 - Cóż... moim obowiązkiem jest pomagać każdemu, nie tylko członkom stada - odparłem zmieszany.
 - W takim razie, pragnę zaproponować ci rolę Głównego Medyka - oświadczyła, a ja odczułem natychmiast dziwne mrowienie pod skórą. Z początku wydawało mi się, że śniłem.Po dłuższej chwili wróciłem do rzeczywistości.
 - Naprawdę? Nie uważasz, że nie nadaję się do tego, czy coś? Jestem młody...
 - Tak, ale również pełen wiedzy i doświadczenia. - odparła.
 - A co jeśli kiedyś przyjdzie ktoś lepszy ode mnie? - pytałem, wciąż nie dowierzając słowom April.
 - Wtedy będziemy się tym martwić - mruknęła - Potrzebujesz więcej czasu, czy od razu zechcesz udzielić mi odpowiedzi? - zapytała. Zaśmiałem się krótką.
 - Byłbym głupcem, gdybym nie chciał tego stanowiska - wbiłem spojrzenie w kopyta. Więc teraz tak to będzie wyglądać. Zostałem oficjalnie głównym medykiem stada.

<Koniec>

12 wrz 2019

Od Vanitasa CD April

Pytanie klaczy wprowadziło mnie w stan zamyślenia. Gdziekolwiek nie przeniósłbym pułapki, jej ostrza mogą zagrażać innym zwierzętom zamieszkującym tereny spoza stada. Najprościej byłoby oddać ją ludziom, ale z tym wiązały się dwie negatywne sprawy. Po pierwsze, dwunożni mieszkali bardzo daleko i wędrówka do nich zajęłaby kilka dni. A nawet jeśli oddałoby się im ich zabawkę, wciąż mogli użyć jej ponownie. Do najlepszego rozwiązania należała całkowita destrukcja.
 - Nie ma w stadzie przypadkiem kogoś, kto mógłby zniszczyć to swoją mocą? - zapytałem.
 - Wydaje mi się, że ktoś powinien mieć takie zdolności, jednak nie jestem w stanie wskazać ci teraz kto - zmrużyła na moment oczy. Zapewne skupiła się i starała odnaleźć odpowiedź na zadane przeze mnie pytanie - Nie. Całkowicie zapomniałam.  Musielibyśmy popytać każdego, a pozostawienie tu pułapki samej nie jest dobrym rozwiązaniem - stwierdziła, spoglądając na narzędzie wszelkiej zbrodni. W duchu przyznałem jej rację.
 - Mogę z tym chodzić przez jakiś czas, jednak dobrze byłoby ustalić, kogo z pewnością o to nie pytać. Jestem pewien, że Laisrean nie ma potrzebnej nam zdolności - wyjaśniłem. Na pysku April pojawił się niewielki grymas połączony ze smutkiem.
 - Aviana też nie ma tego typu umiejętności - westchnęła cicho. Choć chciałem pomóc przywódczyni w sprawie z jej kuzynką, to zrobiłem już wszystko, co na razie byłem w stanie zrobić. 
 - Na pewno wróci do siebie - uśmiechnąłem się niemrawo. - Załatwmy póki co sprawę z tą pułapką. Jak już znajdziemy kogoś z takową mocą, pójdzie z górki - dodałem. April skinęła łbem, odrzucając złe myśli na bok. Spojrzałem jeszcze raz na srebrne ostrza. W mojej głowie zaświtała myśl.
 - Zdaje mi się, że pewne dwie osoby nam pomogą - zacząłem - Mauer posiadała zdolność rozsadzania przedmiotów, a Shadow panował nad ogniem. Jeśli ta pułapka rozwali się na drobne kawałki, łatwo będzie to spalić. Najlepiej zrobić to nad rzeką, bądź jeziorem - wytłumaczyłem. April była tak samo niezdecydowana jak ja, ale po dłuższej naradzie uznaliśmy, iż nic lepszego nie wymyślimy. Tak więc, ja postanowiłem odnaleźć Mauer, a April Shadow'a. Spotkaliśmy się we wspólnie wyznaczonym przez nas miejscu. Nad Rzeką Północną wiał lekki wiatr. Nie chcieliśmy w żaden sposób zatruwać wody, więc nasz plan wykonaliśmy w lekkim oddaleniu od brzegu, na kamienistej ścieżce. Nasi wybrańcy zgodzili się pomóc, ze względu na dobro stada. Akcja przebiegła szybko i bezproblemowo. Pod koniec upewniliśmy się jeszcze, czy żaden z fragmentów pułapki nie wpadł na ubocze i nie stanowił zagrożenia dla innych zwierząt. Pożegnaliśmy się z Shadow i Mauer, dzięki czemu zostaliśmy sami. Nie zmieniliśmy za bardzo swojego położenia. Po prostu przysunęliśmy się bliżej tafli wody. Choć nie prowadziliśmy żadnej konwersacji, jej towarzystwo mi pasowało. Z całego stada to właśnie April obdarzałem dosyć wysokim zaufaniem. Nie miał z tym nic wspólnego fakt, iż  była przywódczynią. Zawsze była wobec mnie miła i wyrozumiała. Z wielką radością przyjmowała do stada nowych członków. Byłem w stanie nazwać ją swoją przyjaciółką, choć nie wiem, jak to funkcjonuje w drugą stronę. Moje rozmyślenia pochłonęły dużo mojego czasu. Poza tym, chyba oboje potrzebowaliśmy przemyśleć sobie niektóre rzeczy. Nie musiałem być jasnowidzem, by wiedzieć, co dręczy April. Niestety, byłem w tej sprawie bezużyteczny i patrząc na stan jej kuzynki, sytuacja wymagała cudu. Spojrzałem na klacz, która ostatnio coraz częściej chodziła zamyślona.  Smętnie wpatrywała się w drzewo po drugiej stronie rzeki.
 - Powinnaś odpocząć. Ostatnio masz za dużo na głowie - zacząłem, kierując na nią swoje spojrzenie. Potrząsnęłam łbem i zwróciła wzrok na mnie. To było zaledwie kilka sekund, gdy nasze oczy skierowały się ku sobie. Poczułem dziwne mrowienie w podbrzuszu. Było to na tyle niezręczne, że oboje w tym samym czasie odwróciliśmy wzrok.
 - Jest dobrze, zawsze mam tyle do zrobienia. W końcu jestem przywódcą - uśmiechnęła się słabo.
 - Wiem, ale ty także potrzebujesz przerwy - mruknąłem. Do głowy przyszedł mi pewien pomysł - Słuchaj April... obiecasz mi, że kiedy już wszystko się ułoży, zrobimy sobie jakiś dłuższy spacer? Tak tyle we dwoje - dopiero po wypowiedzeniu tych słów, doszedłem do wniosku, jak to zabrzmiało - To znaczy, jako przyjaciele - poprawiłem się - O ile tak możemy się nazywać.

April?

Od Vanitasa CD Alicji

Ranek zapowiadał się wyjątkowo przeciętnie. Od razu po przebudzeniu, zacząłem krzątać się po jaskini medycznej. Po przeliczeniu podstawowych ziół, zauważyłem mocny niedobór w Cykorii Podróżnika. Oznaczał to, iż czeka mnie wyprawa nad Jezioro Gai. Nie planowałem póki co spożywać śniadania, nad wodą jest wyjątkowo smakowita flora. Wysunąłem się z głębi jaskini, a kiedy tylko uniosłem łeb, promienie słoneczne oślepiły me spojrzenie. Syknąłem, czując gorąc na mej skórze. Pogoda nie była mi dziś korzystna, lecz wolałem jak najszybciej zapatrzeć się w brakujące mi składniki. Wbijając spojrzenie w ziemię, ruszyłem przed siebie, sprawnie wykonując wszystkie kroki. Wbrew pozorom nie była to długa droga, gdyż już po kilku minutach w oddali ukazała mi się tafla wody. Przeciskałem się między drzewami, kiedy to tuż nad brzegiem dostrzegłem ruch. Jasnobrązowa plama poruszyła się, zastygając w bezruchu na mój widok. Naprzeciw mnie stała nieznajoma klacz, z uszami położonymi nisko po sobie. Zniżyłem łeb. Z pewnością nie była członkiem tabunu, gdyż ostatnimi czasami skład stada się nie zmienił. Powstało między nami pewne napięcie, obydwoje uparcie wpatrywaliśmy się w siebie. Odchrząknąłem, próbując naprowadzić nasze spotkanie w stronę dobrego kierunku. Nie zbliżałem się zbyt bardzo do klaczy. Zachowałem odpowiednią odległość. Nie odzywała się. Nie lubiłem tego robić, ale powinienem raczej zainterweniować w obecność nieznajomego na terenach stada.
 - Kim jesteś? - zapytałem. Ton mojego głosu wydał mi się zbyt ostry. - Nie patrz na mnie jak na wroga, do momentu, w którym nie będziesz próbowała wyczynić szkód stadu - oznajmiłem spokojnie. Klacz zastrzygła uchem, wsłuchawszy się w me w słowa. Czyżbym ją zaintrygował?
 - Wspomniałeś o stadzie - zaczęła, wciąż nieufnie patrząc -Rozwiniesz tą kwestię? - dodała.
 - Cóż, stoisz właśnie na terenach stada Silver Moon. Zamieszkuje ono te tereny od trochę już dłuższego czasu - wytłumaczyłem - Jeśli chciałabyś wiedzieć więcej, mogę... zaprowadzić cię do przywódcy - dodałem niepewnie. Ciężko szło się dogadać z nieznajomymi. A prowadzenie ich wprost do centrum terenów nie  było rozsądnym wyborem. Jednak tak zaczynał każdy, napotykał członka stada i decydował się na dołączenie. Przyjrzałem się klaczy. Nie byłem w stanie z niej wyczytać, czy chce się stać członkiem Silver Moon. Skoro jednak zapytała o nie, coś musi być na rzeczy.
 - A myślisz, że przyjęłaby do stada kogoś takiego jak ja? - zapytała. Lekko przekrzywiłem łeb.
 - Co masz na myśli, używając tego sformułowania? Jeśli masz czyste intencje i naprawdę chcesz tu dołączyć, to nie widzę żadnego problemu - stwierdziłem. - Wpierw jednak warto by było się przedstawić. Jestem Vanitas - westchnąłem, zdradzając swoje imię. - Pełnię w stadzie rolę medyka, więc w razie wypadków służę pomocom. A jak brzmi twe imię?
 - Alicja - odparła - W takim razie, zaprowadzisz mnie do przywódczyni?
 - Tak - nie byłem pewny w swoim czynie, ale w każdej chwili miałem się na baczności, gdyby klacz zdecydowała się na zrobienie mi krzywdy. - W takim razie chodź - poleciłem. Byliśmy zmuszeni przełamać lody i zmniejszyć odległość między nami. Ostatecznie szliśmy obok siebie w niewielkim odstępie, przez sporą drogę w milczeniu. Nie bardzo interesowała mnie historia klaczy, więc pytanie o standardowe rzeczy mnie nużyło. Gdy tylko znaleźliśmy się na Lazurowej Polance, dostrzegłem April. Uśmiechnąłem się lekko na jej widok i skinąłem na powitanie łbem. Odwzajemniła ten gest i spojrzała z zainteresowaniem na moją nową towarzyszkę.
 - Któż to jest? - zapytała.
 - Przedstawiła się jako Alicja. - odparłem - Chce się dowiedzieć czegoś o stadzie.

< Alicja? >

11 wrz 2019

Od Vanitasa - Quest 3

Kolejny raz tego dnia zatrzymałem się w bezpiecznej odległości przy Lesie Zguby. Zmrużyłem oczy, wszak dobijał do nich dziwny blask spomiędzy drzew. Wiatr od tej strony był wyjątkowo silny, a jego chłodny powiew wydobywał u mnie dreszcze. Drgnąłem pod wpływem nieprzyjemnego uczucia i na lekko ugiętych nogach, zacząłem wycofywać się. Ostatnimi dniami to miejsce wydawało mi się o wiele bardziej dziwne niż zwykle, a ja nie przepadałem za wplątywaniem się w kłopoty związane z anomaliami. W oddali rozległ się głośny pomruk. Gwałtownie odwróciłem się, spinając wszystkie mięśnie. Zostawiłem Las Zguby za sobą i żwawszym krokiem ruszyłem przed siebie. Nim zdążyłem skupić się na czymkolwiek innym, usłyszałem cichy głos, wypowiadający moje imię. Spojrzałem łbem w tył. Prócz przeklętego zagajnika, nic nie rzuciło się w moje oczy. Zastrzygłem uszami. Im dłużej tu jestem, tym bardziej zaczyna mi coś odbijać. Znowu skierowałem swoje kopyta w stronę bezpiecznego miejsca. Do Lasu Zguby był bezwzględny zakaz wchodzenia, a ja i tak raz go złamałem. Myśl jednak, iż zrobiłem to za zezwoleniem April i w celu ratowania Aviany, usprawiedliwiała mnie w jakiś sposób. Pomimo tego i tak nie czułem się z tym dobrze. Jak na razie poprzysiągłem sobie nie wracać tam, o ile nie zostanę poproszony, a przywódczyni nie wyrazi na to zgody. Zgarbiłem się lekko, zastanawiając się, czy może w rzeczywistości w pobliżu mnie był ktoś ze stada. Możliwe, iż wołał moje imię, bo potrzebował pomocy medyka. A ja mogłem go spławić, ponieważ durny las miesza mi w głowie. Zatrzymałem się, próbując wszystko przeanalizować. Nie, to był jednorazowy krzyk. Członek tabunu w razie zagrożenia krzyknął by więcej razy.Ta jedna myśl krążyła mi przez długi czas w głowie. Wmawiałam sobie wiele, byleby odsunąć od siebie możliwość pozostawienia kogoś w potrzebie. Postanowiłem zająć się czymkolwiek innym. Poukładałem nowo zdobyte rośliny. Coś nie pasowało mi w ich ułożeniu, więc poprzekładałem je. I tak oto spędziłem pół dnia na układaniu ziół w każdy możliwy sposób. Alfabetycznie, kolorami, zastosowaniami... A w mózgu wciąż tkwiła myśl porannego zdarzenia. Nie mogłem tego dłużej znieść, musiałem pogadać o tym z kimś rozsądniejszym ode mnie. Szczególnie w tym przypadku. Skierowałem się miejsce, w którym zazwyczaj przesiaduje najbardziej zaufana mi osoba. Przywódczyni stada skinęła mi łbem na powitanie, uśmiechając się lekko. Odwzajemniłem gesty.
 - Wyglądasz na zmartwionego - rzuciła, nim zdążyłem się odezwać. Lekko skrzywiłem swój wyraz pysku. Byłem jak otwarta książka - wszystko dało się ze mnie wyczytać.
 - Aż tak widać? - spytałem - Cóż. Wczoraj słyszałem krzyki ze strony Lasu Zguby i obawiam się...
 - To zapewne zjawa - przerwała mi, choć sama nie była pewna.- Pamiętaj, że nazwa nie wywodzi się bez powodu. Coś cię po prostu kusi - mruknęła. Westchnąłem ciężko. Wiedziałem o tym wszystkim, a mimo to, jakiejś części mnie ta wersja nie pasowała.
 - Zdaję sobie z tego sprawę, jednak... Nie miałabyś mi za złe, gdybym tylko przeszedł się wzdłuż granicy?  - zapytałem, nie dowierzając we własne zamiary. April spojrzała gdzieś w bok.
 - Nie jestem pewna... Zasady to zasady. - zaczęła, wbijając spojrzenie w kopyta - Jeśli jednak zachowasz odpowiednią odległość... - mruknęła.
 - Zawsze jestem ostrożny - uśmiechnąłem się i powoli wycofałem.
 - Jak już skończysz, daj oznaki życia. W przeciwnym razie zacznę poszukiwania. Strata medyka nie należy do przyjemnych rzeczy. Strata kogokolwiek nie jest miła - usłyszałem jej słowa. Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że działam całkowicie wbrew sobie. Łamię zasady, zachowuje się nieostrożnie. Od początku mojego pobytu w stadzie się zmieniam, ale dopiero teraz to dostrzegam. Najwyraźniej dorastam i na swój sposób tracę ostatnie cząstki sensownego myślenia. Po drodze zatrzymałem się jeszcze na krótki posiłek. Kiedy tylko skubnąłem trawę, poczułem, jak mój żołądek się wykręca. Od razu zaprzestałem tej czynności. Nie było czasu do stracenia. I tak w zamiarze miałem tylko obejście skraju. Jeśli rzeczywiście ktoś tam był, powinienem znaleźć ślady wszelakiej obecności. Z początku spacerowałam spokojnie ku wyznaczonemu miejscu.  Gdy tylko dostrzegłem potężne drzewa, otoczone mroczną aurą, kopyta zagrzęzły mi w ziemi. Kroki stały się ociężałe, a ja wbrew sobie zwolniłem. Strach sparaliżował me ciało. Z trudem go zwalczając, zbliżyłem się do granicy bezpiecznego miejsca. Z mrocznego zagajnika nie wydobywał się żaden dźwięk. O śpiewie ptaków można było jedynie pomarzyć, a szum wiatru zdawał się nie mieć tam miejsca. Widziałem, jak korony drzew poruszają się, ale nie słyszałem żadnych świstów bądź gwizdów. Pośród panujących ciemności wyróżniał się nieznany przedmiot. Jego jasne barwy kontrastowały z mroczną aurą lasu. Przecudny kwiat, który pierwszy raz ukazał się mym oczom. Był jak anioł w środku piekła.
 - Vanitasie... - ten głos rozległ się znikąd. Zdawało mi się go słyszeć zza pleców. Kiedy tylko się obróciłem, usłyszałem go ponownie. Tym razem z głębi lasu. To od razu wytłumaczyło mi obecność zjaw. Nie mogłem już tu dłużej być. Moja ciekawość względem nieznanej rośliny powstrzymała mnie przed ucieczką.  Nie znałem jej, a to oznaczało, iż mogła mieć niesamowite zdolności lecznice. Warknąłem na siebie, karcąc się za to, co chciałem zrobić. Musiałem wziąć choćby jej płat. Mógł on mieć nieziemskie zastosowania. Kwiat nie stał daleko. Wystarczyło wykonać mały krok i się mocno pochylić. Zrobiłem tak jak planowałem, jednak me nogi zaplątały się o mur krzaków. Poczułem, jak liście muskają mą skórę. Ogarnął mnie chłód, a gałązki flory zaczęły wrzynać się w mą skórę. Spojrzałem pod siebie, popełniając w ten sposób największy błąd. Chciałem tylko znaleźć skaleczenie na nodze, aczkolwiek jedno z moich kopyt zahaczyło o wystający korzeń. Runąłem przed siebie, jednak zderzenie z ziemią nie nastąpiło od razu. Zsunąłem się po stromym boku, którego to wcześniej nie dostrzegłem. Zjeżdżając tak, miotała mną masa emocji. Głównie to strach i złość na samego siebie. Wszystkie kamyki wbijały mi się w skórę, a niewielkie rośliny przyczepiały do sierści. Pod koniec przeturlałem się kilkakrotnie, aż w końcu wylądowałem w nieruchomej pozycji. Leżałem na plecach, z kopytami w górze. Mój oddech był ciężki, a i w kilku miejscach czułem spływający pot. Wciąż czułem w żyłach mocną dawkę adrenaliny. Mój odpoczynek nie trwał długo. Nie czułem się tu bezpieczny, więc szybko przewróciłem się na nogi i poderwałem do góry. Nie byłbym w stanie zliczyć, ile rzeczy w tym momencie lepiło mi się do ciała. Otrząsłem się, ale zrzuciłem zaledwie cząstkę liści, traw i kamyków w swojej sierści. Rozejrzałem się sprawnie po otoczeniu i zdałem sobie raport. Nic nie zagrażało mojemu życiu, ale i tak wolałbym nie dmuchać na zimne. Górka, z której się sturlałem, była zbyt stroma do ponownego wejścia na czterech kopytach. Za to cztery łapy i czepne pazury dałyby radę. Zmrużyłem oczy i przywołałem do siebie ciepły wiatr, który zawsze towarzyszył mi w trakcie przemiany w wilka. Jednak tym razem było inaczej. Nic nie musnęło mojej skóry, a w środku nie odczułem żadnych iskierek. Spanikowany uniosłem powieki. Wbiłem wzrok w mały kamyczek i spróbowałem go podnieść telekinezą. Ten ani drgnął.
 - Cholera, gdzie moje moce? - wyrzuciłem, czując wielkie niezrozumienie. Z moich ust wysypała się wiązka przekleństw. Musiałem jak najszybciej stąd odejść, jednak nic nie dawało mi do tego szansy.
 - Szukasz czegoś? - cichy głos z tyłu mnie wybudził mnie z zamyśleń. Odwróciłem się gwałtownie, jednocześnie odskakując. Widok który zastałem, zmroził mi krew w żyłach. Naprzeciw mnie stał... drugi ja. Sam nie wiedziałem jak to nazwać, ale nie było to najważniejsze w tym momencie. Ta sama jasna sierść, grzywa i oczy... Dostrzegłem tylko jedną różnicę. Choć maść była tak samo siwa jabłkowita, to jego bok zdobiła długa blizna. Widziałem na niej zaschniętą krew, co nie sugerowało by niczego dobrego. Nie wydaje mi się, bym miał posiadać brata bliźniaka. Dla pewności i własnego poczucia bezpieczeństwa wykonałem kilka dodatkowych kroków w tył.
 - Wyjścia - odezwałem się niespodziewanie, odpowiadając na wcześniej zadane pytanie.  Patrząc na swojego sobowtóra byłem pewny jednego. To nie był zwykły koń, on nawet nie zaliczał się do kategorii zwierząt. Vanitas 2 przekręcił lekko łeb, wbijając we mnie spojrzenie.
 - Nie jesteś chętny do pomocy - stwierdziłem krótko, na co ten zbył mnie śmiechem.
 - Pomóc ci może tylko własna intuicja - odarł. Świetnie. Nawet głos miał mój. Poza tym, zazwyczaj opieram swoje działania na logicznym myśleniu, ale i miewam sytuacje, w których słucham się własnego przeczucia.  - Wyjście z lasu jest tylko jedno, ale nie należy ono do łatwych - rzucił. Nic nie mówiłem, nie czułem takiej potrzeby. Czekałem tylko na jego wyjaśnienia. Nie powinienem ufać nieznajomym, tym bardziej takim, którzy nie dość, że podszywają się pode mnie, to jeszcze przebywają w takim miejscu jak to. Wyprostowałem się, stając w pozycji gotowej do walki.
 - Uspokój się nerwusie - rzuciła ma kopia, a ja tylko zadarłem łeb wyżej. Akurat byłem osobą o spokojnym temperamencie, więc jego określenie było całkowicie nietrafne. - By stąd wyjść, musisz rozwiązać mą zagadkę - na jego pysk wpłynął złośliwy uśmiech. Z góry wiedziałem, że to nie będzie nic łatwego ani uczciwego.
 - Nie mam zamiaru brać udział w jakichkolwiek chorych gierkach - warknąłem - Wyjdę stąd na własne kopyta. - parsknąłem. - Nie będę z tobą rozmawiał, skoro nawet się nie przedstawiłeś, podróbko - wysyczałem, wbijając w niego bojowe spojrzenie.
 - Aż tak bardzo ci zależy na tej wiedzy? - mruknął znudzony - A więc słuchaj! Me imię nie istnieje, zwą mnie różnie. Zwierciadło Mroku, to ulubione przezwisko. Jestem w tym lesie po to, by ratować zbłąkane dusze. Takie jak ty. Nie mam własnego wyglądu. Nie jestem nawet koniem. Przybieram postać tego, kogo widzę. Mogę być lisem, ptakiem, bądź nawet wielorybem - wytłumaczył. Wziąłem głęboki wdech. Choć mój rozum sprzeczał się z tym co myślałem, podjąłem pewną decyzję.
 - Czy po rozwiązaniu twej zagadki, na pewno opuszczę to miejsce? - spytałem. Ten skinął głową.
 - Oczywiście.
 - W takim razie - urwałem na moment - zdradź mi ją - ostatnie słowa wypowiedziałem z lekką wątpliwością. Sobowtór odchrząknął krótko.
 - W tym lesie grasuje, 
   i skarbu pilnuje, 
   by go odnaleźć, 
   musisz kwiat wynaleźć.
   Błędne jest stwierdzenie,
   że już go widziałeś. 
Zmrużyłem oczy. Brzmiało źle i całkowicie nielogicznie.
- Istnieje jakaś alternatywna wersja tej zagadki? Bardziej rozumna? - spytałem. Wyśmiano mnie.
- To jedyna opcja. Zdradzić ci mogę tylko, że gdy dojdziesz do celu, zostaniesz od razu przeniesiony do terenów z których pochodzisz - odparł spokojnie - W takim razie, powodzenia!
 - Chwila! - przypomniałem sobie o ważnej kwestii - Ja... straciłem moje moce. Bez nich nie dam rady - powiedziałem. Nawet jeśli wrócę do domu, potrzebuje swoich zdolności magicznych. Nie widzę innego sposobu sprawnego przenoszenia ziół, niż za pomocą telekinezy.
 - Ah, no tak - mruknął - Odzyskasz je, jak już opuścisz Las Zguby. Na ten moment, jestem skory do ofiarowania ci pewnej zdolności. Przyda ci się. Dzięki niej, będziesz mógł utożsamiać się z naturą.
 - Co to dokładnie znaczy? - zapytałem.Vanitas 2 przekręcił oczami.
 - Za dużo chcesz wiedzieć. - westchnął - Zaczniesz rozumieć otaczającą się przyrodę. Będziesz mógł zjednoczyć się z drzewem, zrozumieć lisa i poczuć woń liścia - z każdym słowem, jego sylwetka zaczęła blaknąć. Po chwili całkowicie wyparował, a ja zostałem sam. Nie do końca pojąłem otrzymaną od niego zdolność. Mam nadzieję, iż w razie potrzeby, uaktywni się ona sama. Choć wciąż nie ufałem zjawie, musiałem podjąć się zrozumienia tej zagadki. Nie mogę tu zostać, stado z pewnością potrzebuje medyka. Wziąłem głęboki wdech. Jak poprawnie zinterpretować zagadkę i zrozumieć nowe moce? Powoli, stawiając ostrożnie kopyta, ruszyłem przed siebie. W głowie wciąż powtarzałem słowa rymowanki. Przede wszystkim muszę skupić się na kwiecie, który pozwoli mi dojść do "skarbu" Wędrowałem więc przed siebie, a droga była mi długa. Moje moce miały mi pomóc, ale jak? Wziąłem głęboki wdech i poczułem słodki zapach. Był on intensywny. W pewnym momencie, dostrzegłem w oddali blask. Pobiegłem w jego stronę. Spostrzegłem przed sobą piękną roślinę, o białych niczym śnieg płatkach. Obok niej rosła druga. Barwę miała czerwoną, niczym krew. Za każdym z kwiatów znajdowała się linia kolejnych. Jedna prowadziła w prawo, druga w lewo. Nie musiałem długo myśleć. "Błędne jest stwierdzenie, że już go widziałeś"  Na początku swej wędrówki, miałem okazję widzieć biały kwiat. To oznaczało, że prawidłowa ścieżka, to ta czerwona. Ruszyłem wyznaczoną trasą, choć wciąż obawiałem się jednego. Coś będzie bronić miejsca, dzięki któremu wrócę do domu. I kwestia pozostawał w tym, czym było to "coś" Stres ogarnął moje ciało, przez co zwolniłem i szedłem na sztywno wyprostowanych nogach. Zdawało mi się, iż zamiast szukać wyjścia brnę mocniej w las. Jeśli się zgubię, nie będzie powrotu. W duchu modliłem się do wszystkich znanych mi bogów, aż tu nagle usłyszałem głośny ryk. Do mojego nozdrza zewsząd doszedł smród stęchlizny. Nie był to dobry omen. Ukryłem się za krzakiem i przywarłem całym ciałem do ziemi. Spomiędzy ciemnych roślin i drzew, ukazała mi się trzymetrowa bestia. Jej ślepia błyszczały czerwienią, a z pyska wystawała para ostrych szabli. Wyglądem przypominał przerośniętego niedźwiedzia. Poza tym, nie miał on żadnego futra.  Jego skórę pokrywały gładkie łuski. Analizowałem swoje szanse w starciu z nim, kiedy to przyuważyłem niewielki kamień o błękitnej barwie. Czułem, że to jest moja droga ucieczki. Biła od niego silna aura. Niestety, mutant doskonale jej pilnował. Wystarczyło by go ominąć, jednak i to nie było łatwe.  Chciałem podejść na drugą stroną, lecz kiedy tylko wstałem, mój bok otarł się o pobliską gałązkę, powodując ciche skrzypnięcie. Ten dźwięk wystarczył jednak, aby spojrzenie bestii wbiło się we mnie. Zwierzę ryknęło i natarło w moją stronę. Nie miałem w którą stronę uciekać. Niemalże czułem pazur stworzenia na swoim pysku, kiedy to moje położenie się zmieniło. Uczucie to było dziwne i niespotykane, gdyż nie byłem w stanie wykonać żadnego ruchu. Zastanawiałem się, czy tak właśnie wygląda śmierć, kiedy uświadomiłem sobie, czego dokonałem. Wykorzystałem ofiarowaną mi przez zjawę moc. Zjednoczyłem się z naturą, a dokładniej: drzewo mnie wchłonęło. Znalazłem się w jego wnętrzu, a wielki drapieżnik zaczął rozglądać się dookoła, w poszukiwaniu swojej zdobyczy, którą byłem ja. Nie wahałem się długo. Podjąłem próby wydobycia się z drzewa. Za pierwszym razem nic się nie wydarzyło, jednak przy drugiej próbie, me ciało przeszył dziwny prąd. Znalazłem się wprost przy kamieniu. Niedźwiedź dostrzegł mnie i ruszył w moją stronę. Musnąłem pyskiem głaz. Miejsce mojego pobytu zmieniło się w zaledwie sekundę. Stałem przy wejściu do groty. Cały i zdrowy. Obejrzałem się dokładnie, jednak nie zauważyłem żadnego uszczerbku na zdrowiu. Kolejny raz w tym stadzie przeżyłem dziwną przygodę. Westchnąłem i spojrzałem na pobliski kwiat. Spróbowałem przywołać swoje telekinetyczne moce. Roślina uległa mi od razu, z łatwością podnosząc się w górę. Odetchnąłem z ulga. Przyrzekłem sobie na jakiś czas przestać pakować się w niebezpieczne zdarzenia.

<KONIEC>
Vanitas otrzymuje 200 SH

29 sie 2019

Od Vanitasa - Quest 2


  Tego ranka wyjątkowo nie zbudził mnie śpiew ptaków, kręcących się w okolicy jaskini, a niemiłosierny ból w okolicach skroni.  Nie minęła sekunda, nim nieprzyjemne kłucie rozprzestrzeniło się po wnętrzu mojego organizmu. Syknąłem i sięgnąłem zębami po najbliższe zioło z kategorii „łagodzących” Przegryzając je, doszedłem do wniosku, iż przyczyna mojej dolegliwość może wynikać z zatrucia jakąś roślinę. Nie byłem w stanie skupić się na tym bardziej, gdyż nasilający się ból nie pozwalał mi trzeźwo myśleć. Co ze mnie za medyk, skoro sam sobie nie jestem w stanie pomóc? Zerwałem się na równe nogi, a efektem tego było pojawienie się mroczków przed oczami i zwiększenie  cierpienia. Zacząłem odbierać wrażenie,  iż mój tułów staje się cięższy, a nogi miękną i złamią się pod jego masą. Zachwiałem się, czując dotkliwe pieczenie w okolicach pęciny. Niespodziewanie uczucie nakłuwania przy mojej skroni wzmocniło się. Wydałem z siebie niekontrolowany okrzyk, aż zapiszczało mi w uszach. Uderzyłem łbem w skalną ścianę, modląc się o zniknięcie całego problemu. Pokręciłem się tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu na moment odzyskałem kontrolę nad własnym ciałem. Przed oczami migały mi ciemne plamki, kolory wydawały się dziwnie wyblakłe. Z trudem wysunąłem łeb z wejścia jaskini. Uniosłem go w górę, a oślepiające promienie słońca pozbawiły mnie na moment zmysłu wzroku. Znów wydałem z siebie zduszony krzyk. Schyliłem pysk ku ziemi i z przymrużonymi oczami skierowałem się po pomoc. Kroki stawiałem w stronę Lazurowej Polany. Nie dość, że była najbliżej, to i tam zawsze przebywała największa ilość koni. Na pewno spotkam tam April, bo w porannych godzinach jak ta, spędza tu czas. Bardziej liczyłem jednak na znalezienie Mauer, która miała doświadczenie w leczeniu innych i byłaby mi w stanie pomóc. Bynajmniej miałem nadzieję, że odkryje przyczynę mojego cierpienia. Z każdym krokiem moje ciało wydawało mi się cięższe. Chwiałem się na boki, podpierając się o każde napotkane drzewo i większy kamień.  Kiedy byłem na miejscu, uniosłem wyżej głowę, ale jedyne co dostrzegłem to puste pole. To niemożliwe, aby nikogo tu nie było! Z trudem przeszedłem w inne miejsce, które także okazało się puste. Co jakiś czas wykrzykiwałem imiona członków stada, licząc na spotkanie kogokolwiek. Wszędzie jednak nie było ani jednej żywej duszy. Nawet nie mogłem dostrzec żadnych zwierząt. W pewnym momencie mój krzyk stał się niemy. Czułem, że ruszam pyskiem , ale żaden dźwięk nie wydobył się z mojego wnętrza. Co najwyżej zacząłem charczeć, dopóki w szyi nie odczułem wrażenia ucisku. Po chwili ból zwiększył się. To tak, jakby jakiś wąż owijał się wokół mnie i z każdą chwilą mocniej zaciskał, wywołując efekt duszenia się. Traciłem powietrze w płucach, a światło przed moimi oczami zgasło. Upadłem na bok, ocierając się o twardy kamień, który spowodował wypływ krwi z mojego boku. Nie potrafiłem normalnie funkcjonować. Straciłem przytomność.
**************
  Gdy tylko uchyliłem powiekę, poczułem się o wiele lepiej. Choć ból wciąż mi towarzyszył, nie był on aż tak silny jak przedtem. Powodował tylko lekkie swędzenie w niektórych partiach ciała. Wtedy dopiero odczułem owinięty wokół mnie sznur i drewniane patyki za mną, ocierające się o moją skórę. Gwałtownie otworzyłem oczy. Zastrzygłem uszami, do których doszły odgłosy dziwnych szmerów. Wokół mnie dziko podskakiwały i okręcały się średniej wielkości stworzenia w maskach. Wysokością byłbym w stanie porównać je do przeciętnego dzika, tylko takiego, który stał na tylnych kopytach. Przednie łapy zakończone były ostrymi pazurami. Stwory trzymały w nich patyki płonące ogniem i wymachiwały wokół mnie. Wtedy doszedłem do wniosku, iż jestem przymocowany do stosu. Dziwne gady nie zdawały sobie sprawy z mojego przebudzenia. Były okrągłe, włochate, a przy tym czułem ich smród z dużej odległości. Zapach ich przynosił mi namyśl wymioty zmieszane z tym, co się wydala. Twarze przysłaniały trójkątne maski o żółtej barwie, z otworem na usta i dziurami na oczy. Tyle tylko, iż było ich 5, co świadczyłoby o większej ilości posiadanych przez nich oczodołów. Ignorowały mnie długo, dopóki jeden z nich nie zdał sobie sprawy z tego, że wlepiam w niego parszywe spojrzenie. Zatrzymał się gwałtownie, a za nim cała reszta. Moja teoria co do ilości posiadanych przez nich oczu sprawdziła się. Przerażały mnie setki spojrzeń wbitych we mnie. Stali tak długo w bezruchu, a ja nie miałam ochoty odezwać się. Nie wiadomo, w jakim języku się porozumiewają. W głowie miałem najgorsze scenariusze. Największy ze stworów przepchnął się przez swoich pobratymców i stanął przede mną. Spojrzał na mnie wszystkimi tęczówkami jakie miał. Otworzył usta i wystawił język, machając nim kilkukrotnie w powietrzu. Wydawał przy tym dziwny odgłos, przypominający mi poranne piski. Tym razem, ten dźwięk nie sprawiał mi aż takiego bólu.
 - Ty koń, spłonąć żywcem, nie cały, dać nam zjeść, siebie dzisiaj, w ofierze złożyć się, panu naszemu, lecz nie całemu – wyrzucał z siebie losowe słowa robiąc naprawdę krótkie przerwy.  Ja zrozumiałem najważniejsze. Chcą mnie zabić paląc żywcem, a potem zjeść to, co nie spłonie. Fakt, że zostanę pozbawiony życia wystarczył, by wzbudzić we mnie niemałą panikę. Stwór przede mną uniósł patyk w górę, a reszta powtórzyła jego ruch. Wszędzie widziałem ogień, który za niedługą chwilę miał pochłonąć moje ciało. A ja nie mogłem się na to zgodzić. Sprawdziłem najprostszą rzecz – jak funkcjonują w tym miejscu moce. Skierowałem swój wzrok na pobliski kamień i uniosłem go w górę. Telekineza działała. Wtedy właśnie dostrzegłem zamieszanie wśród potworów. Wpatrywali się w lewitujący głaz z przerażeniem.
 - Pan przemawiać, przemawiać pan! – krzyknął ktoś z tłumu, a reszta powtórzyła jego słowa. Największy odwrócił się do mnie.
 - Rytuał trzeba pośpieszyć, przyśpieszyć, pośpieszyć! – rzucił w moją stronę. Reszta krzyknęła radośnie. W tym towarzystwie, to ja byłem najbardziej smutną osobą. Stwór przystawił patyk z ogniem do stosu za mną. Czułem ciepło, aż w końcu płomyki zaczęły muskać moją skórę. Tego było za wiele, nie mogę aż tak ryzykować zdrowiem. Jeszcze raz użyłem swej mocy i ostrym głazem rozciąłem pętające mnie sznury.  Wśród stworów w maskach wybuchło poruszenie. Przemieniwszy swe ciało w wilczą postać, wykonałem spory skok. Nie przeleciałem nad wszystkimi tak, jak planowałem. Wpadłem w niewielki tłum, ale bez zastanowienia wyminąłem połowę i ruszyłem pędem przed siebie. Niektórzy ruszyli za mną, kiedy usłyszałem kilka słów.
 - Nie biegać za nim, my mieć więcej koni, one spłonąć tutaj!
To oznaczało tylko jedno. Wszyscy członkowie stada zniknęli dlatego, iż zostali porwani. Zatrzymałem się i obróciłem. Największy z nich, kierował się w stronę jednej z jaskini. Powróciłem do postaci konia i uniosłem telekinezą największy kamień, blokując im wejście do środka. Tam musieli przetrzymywać innych. Mam nadzieję, iż przede mną nikt nie został ani spalony, ani zjedzony.  Potworki zaczęły piszczeć z oburzenia. Największy z nich nie wiedział co się dzieje.
 - To być wola pana, on nie chcieć, by my zjeść konie! – krzyknął. Na wspomnienie o ich „mistrzu” wszyscy się uspokoili. Wycofałem się bardziej między drzewa i kucnąłem. Stworzenia zaczęły się rozchodzić.  Kiedy już całkowicie opustoszało, przerzuciłem kamień w inne miejsce i podbiegłem do jaskini. Wszedłem do środka, a na ziemi ujrzałem śpiących członków stada. Niedobrze, nie jestem w stanie ich stąd wyprowadzić. Wróciłem na chwilę pod las i zacząłem rozglądać się wśród roślin. Dostrzegłem niezmiernie potrzebną mi rzecz. Znaleziony przeze mnie okaz flory, wydzielał nieprzyjemny zapach, zdolny obudzić każdego. Złapałem za łodygę  i wróciłem do jaskini. Po kolei przystawiałem każdemu kwiat pod nos, aż wszyscy się zbudzili.  Streściłem im w skrócie sytuację. April, jako przywódczyni podjęła się doprowadzenia  członków na tereny stada. Pora dnia należała do tych wieczorowych. Podróż minęła bezproblemowo. Gdy tylko doszliśmy do Lazurowej Polany, każdy się rozszedł. Ja także powróciłem do swojej jaskini. Przed snem skubnąłem kilka kęsów trawy, wciąż nie dowierzając w sytuację z dzisiejszego dnia.
  Nazajutrz dostałem ochoty na porozmawianie z kimś na ten temat. Jednakże każdy nie wiedział o co mi chodzi. Wszyscy zapomnieli, o jakimkolwiek porwaniu. Na początku myślałem, iż wczorajsze wydarzenia to tylko sen, jednak popalona skóra z tyłu nóg utwierdziła mnie w przekonaniu, iż zdarzyło się to naprawdę. Nie wiem dlaczego nikt tego nie pamięta, ale najwyraźniej zostanie to tylko moim wspomnieniem.

<KONIEC>
Vanitas otrzymuje 90 SH

23 sie 2019

Od Vanitasa CD. April

Wykrzywiłem pysk w grymasie. Przyjrzałem się dokładniej zranionej nodze klaczy.
 - Cóż, nie był to żaden poważniejszy uszczerbek na zdrowiu. Kości są całe, nic nie jest złamane - wymieniałem spokojnie. Dostrzegłem, iż opuchlizna minimalnie zeszła. - Obejrzałabym jeszcze raz twoje skaleczenie i wydam ostateczny werdykt. Przypomnij mi tylko, posiadasz jakieś zdolności regeneracyjne? - spytałem.
 - Umiem uzdrawiać, więc może to mieć niewielki wpływ na szybsze odzyskiwanie zdrowia.
Pokiwałem łbem ze zrozumienie. Zdjąłem nałożony opatrunek i poleciłem April wykonać kilka ruchów i zrobić przejście dokoła pomieszczenia.  Machnęła kilkakrotnie kopytem w powietrzu. Nie byłem w stanie dostrzec po niej jakichkolwiek znaków bólu. Kiedy jednak przeszła się szybszym krokiem, na jej pysku pojawiło się  niewielkie wykrzywienie. Zmarszczyłem brwi, kiedy zatrzymała się przede mną. Wbrew pozorom, było bardzo dobrze.
 - I jak? - zapytała z lekką nadzieją na pozytywną ocenę.
 - Widzę, że chodzić możesz, ale nie szybko. Nie przemęczaj nogi, założę ci nowy opatrunek. Zrobię go z Liści Anginowca. - mruknąłem, choć czułem, że klacz i tak nie zna tej rośliny - Zawierają dobroczynne olejki eteryczne, które działają przeciwbakteryjnie i przeciwwirusowo. Dzięki temu rana szybciej się zagoi, a żadne zbędne drobnoustroje nie dostaną się do środka organizmu - wyjaśniłem. April kiwnęła z uśmiechem głową i wysunęła nogę do tyłu. Złapałem w zęby potrzebne składniki i używając telekinezy ubezpieczyłem kończynę. Klacz spojrzała na mnie z wdzięcznością.
 - Niezmiernie jeszcze raz dziękuje ci za pomoc. Bardzo się cieszę, że znalazłeś nasze stado i zostałeś medykiem. Twoja pomoc jest nam niezbędna - powiedziała. Takie słowo działały na moje ego.
 - To raczej mój obowiązek. Poza tym, lubię to robić - odparłem. - Zostań jeszcze tę noc, a jutro z rana przejdę się z tobą zobaczyć te pułapki, na wypadek, gdybyś sobie coś zrobiła.
 - Nic mi się nie stanie. Będę bardziej uważna niż ostatnim razem - oświadczyła, a ja pokręciłem głową.
 - Wolę nie dmuchać na zimne. Przy okazji sprawdzę z czego były zrobione i przygotuje sobie odpowiednie składniki, na wypadek, gdyby komuś jeszcze miała się zdarzyć krzywda.
April przeszła kilka kroków w celu sprawdzenia, jak radzi sobie z chodzeniem, gdy ma opatrunek.
 - Skoro musisz, to twoje towarzystwo nie będzie mi przeszkadzać. Jednak i tak zapewniam cię, że nic sobie nie zrobię - odezwała się z pełną powagą. Uśmiechnął się lekko i spojrzałem w bok.
 - Zobaczymy, trzymam cię za słowo.

April?

18 sie 2019

Od Vanitasa CD. Phanthoma

Przez spory czas mojego biegu słyszałem nad sobą szum skrzydeł Phanthoma. Dźwięk ten świadczył o jego obecności, także byłem spokojny. W pewnym momencie rozległ się świst i głuchy łoskot, aż po chwili zapadła dookoła mnie całkowita cisza. Zatrzymałem się gwałtownie i obejrzałem w tył. Dzisiejsza noc zdecydowanie należała do najciemniejszych, jednak me oczy przy mocy księżycowego światła były w stanie dostrzec kształty poszczególnych rzeczy. Wbiłem spojrzenie w górę, szukając gdzieś ponad koronami drzew sylwetki pegaza. Jedyne co widziałem to gwiazdy rozsypane po całym niebie. Porozglądałem się jeszcze przez chwilę dokoła, szukając zagrożenia i mojego towarzysza. Stawiałem delikatnie kopyta, aby nie wydać żadnego dźwięku. Niespodziewanie do mych uszu dostrzegł ostry krzyk. Ludzie. Skuliłem się i przyległem do ziemi. Byli blisko. Mieli ze dziwny rodzaj światła, dzięki czemu byłem w stanie dostrzec co się stało. Na podłożu, między kupkami liści leżał Phanthom. Nawet z tej odległości byłem w stanie stwierdzić, iż nie był do końca przytomny.  Dwunożni otoczyli go, uniemożliwiając mi wgląd na zaistniałą sytuację. Warknąłem cicho i lekko wysunąłem łeb w górę. Klęknęli przy nim i rozłożyli jego skrzydło. No tak, to nie jest dla nich codzienny widok. Zaczęli dokładnie obmacywać jego pióra, a jeden z nich postanowił wyrwać kilka. Syknąłem. Wiedziałem jak taka strata boli pegaza, więc fakt, iż póki co Phanthom spał był całkiem pocieszający. Ludzie zaczęli porozumiewać się między sobą, wskazując co chwilę na ogiera. Moja bezradność w tym momencie mnie dobijała. Jeden z nich odłączył się od reszty i pobiegł w stronę ich obozowiska. Po chwili wrócił z grubą liną. Zarzucili ją pomiędzy nogi konia i mocno zawiązali. Każdy złapał za sznur i zaczęli go ciągnąć przed siebie. Starałem się zachować spokój i dyskretnie za nimi przemieścić. Musiałem reagować. Korzystając z umiejętności telekinezy, uniosłem jakiś kawał drzewa i rzuciłem im na drogę. Cała gromada gwałtownie zahamowała. Zacząłem rzucać na ich trasę niewielkie przedmioty, takie jak gałązki czy kamyki. Zaczęli się panicznie rozglądać dookoła, aż w końcu któryś z nich rzucił liną na ziemię i pobiegł przed siebie. Reszta poszła w jego ślady, zostawiając Phanthoma w spokoju. Gdy upewniłem się, że są daleko, podbiegłem do ogiera i kucnąłem przy nim. Zacząłem przy pomocy wszelkich mocy i znajdujących się w pobliżu roślin, przebudzić go do stanu przytomności. Trochę mi to zajęło, jednak w końcu ogier uchylił powieki i spojrzał na mnie niemrawo. W tym samym czasie znowuż to usłyszałem w oddali odgłosy rozmów. Nie wiem czy szli w tym kierunku, czy też postanowili wrócić do domu, ale wolałem nie dmuchać na zimne.
 - Wiem, że nie czujesz się dobrze, ale zmykajmy - mruknąłem.

Phanthom?

10 sie 2019

Od Vanitasa CD April

W głowie na bieżąco analizowałem historię, którą opowiedziała mi April.
 - Mogłabyś mi jeszcze wytłumaczyć dokładne działanie tej mocy? - spytałem, wpatrując się w całkowicie białe oczy bezwładnie lezącego ciała klaczy. Nad naszymi głowami latał ptak, którym jak zrozumiałem, jest doradczyni przywódcy. Obok nas stał jeszcze pewien nieznany mi ogier, który z opowieści April, jest nowym członkiem i ma zdolność rozumienia mowy zwierząt. Cóż, to z pewnością ułatwi komunikacje.
 - Aviana potrafi wejść w ciało innego zwierzęcia, a wtedy jej końska część staje się  bezwładna - wytłumaczyła - Tylko tym razem, nie jest ona w stanie wrócić do swojego ciała - dodała. Skinąłem łbem. Do głowy zaczęło mi się nasuwać pełno myśli. Z początku wziąłem pod uwagę zanik mocy, jednak wtedy klacz natychmiast powróciłaby do swojej normalnej formy. W tym przypadku, jej umiejętność zacięła się,  bądź zatrzymała. Od razu do głowy przyszło mi rozwiązanie.
 - Laisrean, tak? - na dźwięk mojego głosu ogier zastrzygł uszami - Byłbyś w stanie proszę, przetłumaczyć mi kilka fragmentów rozmowy? - spytałem. Wpatrywał się we mnie przez chwilę, po czym skinął głową. Zwróciłem się do ptaka.
 - Leciałaś dość spory kawałek drogi, nieprawdaż? - zacząłem - Zahaczałaś może o jakieś rośliny? Byłaś w ich obrębie, bądź nawet wyczuwałaś ich woń? - dopytywałem. Rozległ się niezrozumiały mi ćwierkot, dlatego też skierowałem swoje spojrzenie na ogiera obok.
 - Mówi tak, iż okazji miała wiele, by natrafić na różne zielenie - odparł z obojętnym wyrazem pyska. Nie wiem czy mi się wydawało, ale jego zdanie się trochę rymowało, bądź po prostu brzmiało poetycko. Otrząsnąłem się lekko. Istniała roślina, która po zbyt dużym wchłonięciu przez organizm potrafiła zablokować na spory ogrom czasu moce. Jest ona trudno dostępnym gatunkiem, a ujrzeć ją miałem w życiu okazję tylko raz. Stałem wtedy z bezpiecznej odległości, aby nie odczuć przypadkiem skutków jej działania. Mój mentor kazał mi spamiętać jej wygląd, a był on dosyć abstrakcyjny. Przypominała ogromną paproć, jednak podobno była w dotyku nieprzyjemnie chropowate, a każdy z jej liści miał kolor czerni, srebra bądź krwistej czerwieni. Wydzielała z siebie duszącą i ostrą woń.Unieruchomiała moce na kilka lat, a byłem pewny, że tyle klacz nie chciała spędzić w ciele niewielkiego ptaszka. Jej nazwa brzmiała Paproć Wyciszenia. Spojrzałem na resztę, a szczególną uwagę zwróciłem na April. Z pewnością ogromnie martwiła się o kuzynkę. Podałem im powód zblokowania mocy Aviany i dokładnie opisałem roślinę, pod względem działań i wyglądu. Natychmiast po zakończeniu mojego wywodu, ptaszyna zaczęła świergotać. Laisrean zasłuchał się w jej słowa i mi je przekazał.
 - Według jej zdania, roślina została przez nią napotkana - mruknął, a ja znów zwróciłem uwagę na sposób wypowiedzenia tego zdania. Zmarszczyłem czoło.
 - A gdzie tą roślinę widziałaś? - spytałem. April mówiła mi wcześniej, iż Aviana przeganiała wilka z terenów stada, ale nie powiedziała gdzie konkretnie. Zwierzę zaćwierkotało.
 - Las Zguby - odparł krótko ogier, a ja zdrętwiałem i wbiłem zdumione spojrzenie w April.
 - Cóż, wiem co sobie myślisz - rzuciła klacz - Jesteś w stanie je pomóc? Znasz antidotum na tą roślinę? - zapytała z głosem przepełnionym nadzieją. Westchnąłem ciężko.
 - Owszem. Mam większość składników do jego stworzenia, ale potrzebuje prócz tego dwóch, a z tym może być problem - zacząłem. - Jeden widziałem ostatnio przy samym początku wejścia do Lasu Zguby, jednak nigdy nie miałem jakoś odwagi po niego podejść. Jest niegroźny, ale łatwo go pomylić z inną rośliną, dlatego też podejdę po niego - wyjaśniłem. - Jednak potrzebuje jeszcze dwóch liści z tamtej rośliny, która zatruła Aviane. I to dokładnie tego samego egzemplarza, a nie wiem, którędy Aviana leciała.  A tu problem jest jeszcze taki, że trzeba ją zdobyć samemu się przy tym nie trując. Zbyt wielka ilość jej oparów w płucach, może powodować w najlżejszym przypadku  utratę mocy,a w coraz to gorszych ciężkie, nieuleczalne choroby i... - zawiesiłem na moment - Śmierć.
Zapadła przez chwilę cisza. Wiadomo, że zdobycie tej jednej części nie będzie łatwe, ale trzeba podjąć się tej próby, jeśli chce się uratować Avianę.

April?

Od Vanitasa CD Phanthoma

Stałem przez dłuższą chwilę w przejściu do głębi jaskini. Przyglądałem się, jak pegaz oddala się i z każdą sekundą jego sylwetka zanika między chmurami. Znów zostałem sam, ale nie narzekałem na to. Towarzystwo Phanthoma zawsze mi pasowało. Nie odzywaliśmy się do siebie zbyt wiele, ale jak był jakiś ciekawszy bądź ważniejszy temat do rozmów, to potrafiliśmy wymienić między sobą kilka zdań. Odwróciłem się i na powrót znalazłem się na środku groty, a wokół mnie piętrzyły się stosy roślin. Wbiłem spojrzenie w niedawno co uzbieraną Cykorię Podróżnika. Nie pamiętałem już, czy podziękowałem ogierowi za pomoc, jednak byłem pewny, że na pewno dostrzegł moją wdzięczność. Nie sądzę, by w najbliższym czasie ktokolwiek potrzebował mojej pomocy. Póki co, nikt nie wpadał w ogromne choroby, a drobne rany szło łatwo uleczyć.  Moją umiejętnością, jaką jest telekineza poprzenosiłem wszystko i ułożyłem w inny sposób. Sam nie wiem, czy zrobiłem to z nudów czy też mojej duszy perfekcjonisty stary układ nie pasował. Teraz na nowo panował tu porządek, a wszystkie rośliny były posegregowane. Wyjrzałem przez otwór jaskini.  Okolicę ogarnął mrok, a moje oczy nie były w stanie dostrzec niczego.  Zazwyczaj księżyc oświetlał większą część terenu, lecz tej nocy, przysłaniały go chmury. Westchnąłem lekko i wycofałem się do swojego schronienia. Chociaż nie byłem zmęczony, postanowiłem pójść już spać. Obudzę się wcześniej, dzięki czemu będę mógł więcej zrobić za dnia, kiedy to słońce będzie górować na niebie. Ułożyłem się wygodnie niedaleko wejścia i schyliłem łeb. Zmrużyłem oczy i leżałem tak przez dłuższą chwilę, póki nie zapadłem w sen.
*********** 
Usłyszałem głośny huk i od razu po przebudzeniu podniosłem powieki. Gwałtownie poderwałem się do góry. Co to był za dźwięk? Wydawał mi się znajomy, ale wciąż nie byłem w stanie określić, czym on jest. Wyszedłem z jaskini. Był środek nocy, jednak  chmury nie przysłaniały już księżyca i było widać o wiele więcej. Do moich uszu dobiegł kolejny dźwięk, ten sam. Stanąłem w miejscu i zacząłem szybko analizować, co powinienem zrobić. Odgłosy nie brzmiały na przyjazne. Postanowiłem przejść się do źródła huku. Nigdy nie wiadomo, czy ktoś ze stada nie przebywał w pobliżu i nie stała mu się krzywda. Ruszyłem przed siebie żwawym krokiem, co chwilę rozglądając się dookoła. Niespodziewanie coś zaszeleściło w krzakach obok. Zatrzymałem się, a spomiędzy roślin wyłonił się znany mi ogier. 
 - Phanthom? – mruknąłem z niedowierzeniem – Co ty tu robisz? – spytałem.
  - Zapewne to samo co ty – odparł – Idę zbadać przyczynę tych głośnych dźwięków. 
Skinąłem głową, potwierdzając ten sam cel. Skoro byliśmy już razem, nie było powodu, aby razem nie odkryć źródła dziwnych odgłosów. Gdy tylko zaczęliśmy iść, rozległa się kolejna seria huków. Z każdą sekundą byliśmy coraz bliżej. W pewnym momencie dostrzegłem jarzące się płomienie ognia i pojąłem, że już dawno przekroczyliśmy granice stada. Chociaż oboje stanęliśmy, wiedzieliśmy już wszystko. Wokół rozpalone ogniska biegała grupka ludzi, strzelająca dookoła swoimi dziwnymi urządzeniami.
 - Raczej nie powinniśmy się do nich zbliżać – zacząłem – Są daleko od terenów stada, nie stanowią na razie zagrożenia. Choć zawsze mogą się dostać bliżej – westchnąłem.

Phanthom?