Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shanti. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shanti. Pokaż wszystkie posty

23 mar 2020

Od Shanti CD Phanthoma

 - Inteligentne osoby z reguły się nie nudzą - mruknęłam, lekko się uśmiechając. - Może i nie narzekam na brak frajdy w życiu, ale skrzydła byłyby ciekawym urozmaiceniem. W sumie każda rasa jest interesująca. Pegaz, jednorożec, hipokamp, sleipnir - wymieniałam w zamyśle.
 - Chciałabyś mieć 8 nóg? Albo rybi ogon, zamiast tylnych kopyt? - spytał z lekkim zaskoczeniem.
 - W sumie to tego akurat nie. - stwierdziłam po szybkiej analizie takiego życia. - Wciąż jednak podtrzymuje zdanie, że skrzydła są fascynujące - dodałam i przyjrzałam się ogierowi. Choć naprawdę często go widywałam, to głównie tylko na niebie, kiedy latał w miejscu, w którym ja zawsze chciałam być. Wzięłam głęboki wdech. Skoro zdecydowałam się go zagadać, to muszę teraz jakoś potrzymać rozmowę. Od sporego czasu trzymałam się mocno ubocza, mało z kim wymieniając chociażby spojrzenie. A teraz rzucałam się na głęboką wodę i starałam sobie znaleźć znajomych.
 - A ja wciąż nie przeczę, że są pożyteczne - odparł w końcu Phanthom.
 - Długo jesteś w stadzie ? - zapytałam. Słońce przedzierało się przez korony osłaniających nas drzew, a jego przyjemne ciepło nagrzewało moje futro.
 - Prawie od samego początku - odpowiedział, a ja pokiwałam z uznaniem łbem. - Byłem pierwszym członkiem po przywódczyni i jej doradcy - dodał spokojnie. Choć April rozpoznawałam, to za nic w świecie nie byłam w stanie przypomnieć sobie wyglądu jej zastępczyni, a tym bardziej imienia. Prawdopodobnie powinnam zacząć interesować się bardziej życiem stada. Póki co, jedyne czemu się oddawałam, to obserwacji wszelkich latających stworzeń, co prawdopodobnie było trochę niepokojące. Powinnam znaleźć sobie jakieś hobby.
 - Przeszedłbyś się ze mną na spacer? - zapytałam pewnie - Dawno nie rozmawiałam z nikim... To znaczy, po prostu jakoś przyjemnie mi się siedziało samej na uboczu. Teraz potrzebuję chyba zregenerować poziom samotności - wyjaśniłam.
 - Nie mam nic konkretnego do roboty, więc - urwał na moment - czemu nie? - mruknął.
 - Cudownie - poczułam lekką satysfakcję z powodu próby nawiązania przeze mnie jakiegokolwiek kontaktu z innymi członkami stada. Koniec wychodzenia na wiecznego odludka.
 Spacerując, mieliśmy okazję minąć parę koni ze stada. Nie ukrywam, kara pegazica od razu przykuła moją uwagę. To nie tak, że te wszystkie skrzydła wywołują we mnie zazdrość. Po prostu pobudzają moją chęć latania blisko słońca.
 - Nie uważasz, że trochę tu nudno ostatni? - odważyłam się zagadać.
 - Co masz na myśli? - spytał.
 - Żadnych wojen, problemów, nikt się nie kłóci - zaczęłam wymieniać - Oczywiście nie narzekam na to. Dobrze, że w stadzie panuje pokój, ale to jest jednak ten rodzaj rozrywki, którego mi poniekąd brakuje.
 - Brakuje ci wojen? - lekko prychnął.
 - Nieee - wzięłam głęboki wdech - Przepraszam. Jak próbuję się rozgadać, nie kontroluję tego, co mówię - westchnęłam ciężko - Ah.. moja poprzednia wypowiedź zabrzmiała naprawdę źle - dodałam. Znów zdałam sobie sprawę, iż jak zwykle mówiłam bez składu i ładu.

<Phanthom?>

17 mar 2020

Od Shanti do Phanthoma

 Choć na ziemi wciąż tkwiły resztki białego puchu, w powietrzu dało się wyczuć zbliżającą wiosnę. Słońce, z początku delikatnie, a teraz coraz to odważniej wychylało się zza chmur. Jego jasne promienie oświetlały całą okolicę, a ja z ogromną chęcią chłonęłam niebiańskie ciepło. Śnieg topniał, a większość dróg zamieniła się w błotne ścieżki.  Gruba sierść, gęsto porastająca moją skórę, sprawiała, że zaczynało mi się robić gorąco. Za gorąco.
 Z niechęcią zsunęłam się z głównej polany i skryłam się w cieniu drzew, dalej obserwując tą wielką i żółtą kulę światła. Czułam potrzebę bycia blisko niej, ale nie miałam ku temu predyspozycji. Nie będę ukrywać, iż zawsze odczuwałam zazdrość na widok skrzydlatych stworzeń, które to mają szanse na wzniesienie się między chmury. Zadarłam wysoko łeb, wbijając spojrzenie w błękitne niebo. Sporych rozmiarów zwierzę przeleciało przed słońcem, rzucając na ziemię cień o kształcie konia. Pegaz.
 Wiedziałam, że w stadzie były dwa przedstawiciele tej rasy, jednak nigdy nie miałam okazji do rozmowy z nimi. Ciężki by mi się pewnie stało obok nich,  gdybym widziała te cudowne skrzydła, które pozwalają im na takie wspaniałe czyny. Uśmiechnęłam się lekko i wstałam z ziemi. Nie mogłam w końcu cały dzień leżeć, warto  byłoby odbyć jakiś spacer. Zrzuciłam spojrzenie po okolicy. Żadnej żywej duszy. Jednak skoro stado nie należało do licznych, a tereny były rozległe, to konie mogły się porozchodzić na wszystkie strony. Prawdopodobnie mogę spotkać kogoś po drodze.
 Idąc ścieżką, co jakiś czas ślizgałam się po zabłoconej trasie. Moje kopyta nie były przyzwyczajone do tego typu terenów.  Drepcząc dalej, nie mogłam oprzeć się pokusie spojrzenia w niebo. Ledwo to zrobiłam, a moje nogi zaczęły się plątać. Poleciałam do przodu, niemalże turlając się z niewielkiego wzniesienia. Zatrzymać udało mi się dopiero przy samym końcu górki. Na moment zrobiło mi się ciemno przed oczami. Kiedy odzyskałam wzrok, spostrzegłam przed sobą cztery kopyta.
 - Nic ci nie jest? - usłyszałam nad sobą głos pełen zainteresowania. To nawet nie brzmiało dla mnie jak troska, tylko czysta ciekawość.
 - Nie, tylko się lekko poobijałam - odparłam spokojnie, spoglądając w górę. Jeden z pegazów ze stada. Nie znałam jego imienia, bo nigdy nie miałam okazji do rozmowy z nim. To chyba dobry czas na zapoznanie się. - Jak się nazywasz? Widzę cię dosyć często, ale nigdy nie mieliśmy okazji do rozmowy - mruknęłam, jednocześnie podnosząc się z ziemi. Zachwiałam się, gdyż ciężko mi było utrzymać ciężar ciała na przedniej nodze. Dopiero teraz spostrzegłam lekką opuchliznę w okolicach pęciny.  Pegaz przyjrzał mi się z nieufnością. Zapewne starał się przypomnieć, czy kiedykolwiek mnie widział. No tak, nie byłam zbyt otwarta, a jednak dosyć często siadałam w środkowych częściach polany i wygrzewałam się w blasku słońca.
 - Phanthom - mruknął w końcu ogier, cofając się do tyłu, aby dać mi miejsce do wstania. Skinęłam z wdzięcznością głową, prostując się.
 -  Shanti - przedstawiłam się, choć nawet nie zostałam spytana o imię. Miałam nareszcie okazję do przyjrzenia się jego  skrzydłom z bliska. Fakt, iż takie zbiorowisko piór było w stanie utrzymać cały ciężar  konia, był dla mnie niesamowity.  Phanthom najwyraźniej spostrzegł moje zainteresowanie, przez co zrobiła kilka kroków w tył. Z pewnością mógł poczuć się speszony.
 - Przepraszam - mruknęłam - Zawsze chciałam być pegazem, dlatego... Po prostu jestem zaciekawiona całym mechanizmem latania - wyjaśniłam, choć gubiłam się we własnych słowach.

Phanthom?

20 sty 2020

Od Shanti

Noc rodziła we mnie uczucie błogiego spokoju. Ciemne barwy nieba sprzyjały mojemu zmęczeniu, powodując jeszcze większą chęć zapadnięcia w sen. Pochyliłam się, wbijając spojrzenie w zamarzniętą taflę jeziora. W niektórych miejscach lód wydawał się na tyle kruchy, że miałam niespodziewaną ochotę, usłyszeć jak trzaskałby pod ciężarem mojego ciała. Panująca zima nie powodowała u mnie tyle nieprzyjemnych odczuć co u innych. Urodziłam się na terenach wiecznie oblodzonych i pokrytych grubą warstwą białego puchu, dlatego też niska temperatura nie robiła na mnie większego znaczenia. Długa sierść zapewniała mi długotrwałe ciepło. Wypuściłam z siebie parę powietrze, obserwując, jak w postaci ledwo widocznej chmurki wznosi się ku górze.
Wpatrywałam się w dal, nucąc melodię kołysanki z lat źrebięcych. Zmrużyłam oczy, gotowa w pełni oddać się krainie Morfeusza. Prawie zasypiałam, póki z pobliskich drzew nie dobiegł mnie odgłos szumu. Zastrzygłam uszami i leniwie uniosłam powieki w górę. Wbiłam spojrzenie w kierunku źródła dźwięku, ale wśród panujących ciemności, ciężko było mi cokolwiek dostrzec. Ponowiłam próbę uśnięcia, jednak tajemniczy szelest zabrzmiał kolejny raz. Zadręczam na wszystko, iż z pewnością nie był to zwykły wiatr dmuchający w łysawe drzewa Rośliny dawno utraciły swe liście, więc świst był dla mnie jeszcze bardziej podejrzane. W końcu warknęłam sama do siebie i zerwałam się na równe nogi. Nic tak nie ukoi moich nerwów, jest nocny spacer po pobliskiej okolicy.
Muszę przyznać, że tereny są całkiem ładne. Nawet mi się tu podobało. W centrum stada spostrzegłam kilka kształtów koni, śpiących, skrytych wśród pni drzew. Wedle znanych mi informacji, stado liczyło zaledwie dwunastu członków. Nie była to wcale aż taka mała liczba. 
Im dalej szłam, tym większe zmęczenie atakowało mój organizm. Po zrobieniu obchodu po wszystkich terenach, wróciłam nad jezioro, gdzie tym razem, nic nie przeszkodziło mojemu snu.

4 paź 2019

Od Shanti CD Caranthira

 - Okazało się, że mój organizm i skóra negatywnie reaguje w starciu z niektórymi roślinami leczniczymi - odparłam, kątem oka mierząc ogiera wzrokiem. Wcześniejszy temat rozmów wzbudził we mnie swego rodzaju zaciekawienie. Rozsądna strona zakazała mi być wścibską, choć i tak ta cecha nie dominowała w mej naturze. Na końcu języka plątały mi się wyrazy dotyczące historii ogiera. Nigdy nie interesowały mnie takie rzeczy, lecz teraz odpowiedź w tej kwestii miała większe znaczenie. Caranthir krył w sobie masę negatywnych uczuć. Wydawał mi się być przepełniony nostalgią i rozpaczą, starając się choć trochę ukryć swe smutki pod maską obojętności. Równie dobrze, mógł być taki od urodzenia. Opcji było naprawdę wiele, a mnie pozostało tylko snuć wszelkiego rodzaju domyślenia. Postanowiłam nie wystawiać zbyt pochopnych opinii, toteż odrzuciłam ten temat w tył mojej głowy. Skupiłam się nad zadane przez ogiera pytanie.
 - W końcu jednak znalazło się coś przydatnego. Jedynym efektem ubocznym póki co jest lekkie swędzenie w boku, ale medycy informowali mnie o takiej możliwości - mruknęłam - Twierdzili, że mam się tym nie martwić, bo to normalne - dodałam. Oboje próbowaliśmy rozwinąć dłuższą i sensowniejszą rozmowę, lecz co chwila zapadała między nami ta przeklęta, niezręczna cisza.
 - Chodźmy może po prostu na spacer, dobra? - wyrzuciłam w końcu zirytowana. Uśmiechnęłam się blado, aby moja wypowiedź nie została odebrana zbyt oschle. Nie odwzajemnił mojego gestu. Nie wymagałam jednak od wiecznie obojętnego Caranthira takich czynności. Skinął krótką łbem na znak zgody. Powinnam nakierować nas w miarę spokojne miejsce, z dala od reszty członków stada. Ponowiłabym wtedy próbę dogadania się z gniadoszem, może z bardziej zadowalającym skutkiem. W pewnym momencie teren wokół nas stał się monotonny. Każde drzewo wydawało mi się identyczne względem poprzedniego. Zirytowana takowym faktem, postanowiłam odwrócić swoją uwagę i zająć się czymś innym.  Zaczęłam rzucać w stronę ogiera losowe pytania, nie naruszające jego strefy prywatności. Naprawdę pytałam o tak prymitywne rzeczy jak ulubiony kolor bądź najchętniej spożywany posiłek. Cisza panująca dookoła wydawała się momentami przerażająca, więc starałam się zagłuszyć ją własnym głosem. Zaczęłam nawet mamrotać coś pod nosem, byleby słyszeć jakikolwiek uspokajający dźwięk.
 - Nie wydaje ci się, że te tereny... nie pasują do wcześniejszych terytorytoriów stada? - odezwał się niespodziewanie ogier, najwyraźniej wyrabiając sobie identyczną jak ja opinię na temat tego miejsca. Wzięłam głębszy oddech, wdychając jednocześnie zewsząd  wydobywający się zapach siarki.
 - Owszem, nie podoba mi się to miejsce - zatrzymałam się, lekko kładąc uszy po sobie.
 Następne wydarzenia były zbyt chaotyczne, bym mogła je sprawnie ogarnąć. Grunt pod moimi kopytami zatrząsł się, kiedy to zimne powietrze owiało moje ciało. Zadrżałam, zginając się na nogach. Rzuciłam spanikowane spojrzenie Caranthirowi. Oboje myśleliśmy o tym samym. Pora uciekać. Równo i gwałtownie obróciliśmy się. Poranna rana zaczęła się upominać, przez co fala bólu przepłynęła przez mój organizm. Biegłam, a zewsząd dobiegał mnie odgłos wyć i powarkiwania.  Motywowało mnie to do przetrzymania w ciszy cierpienia, do czasu znalezienia się w bezpiecznym miejscu. W pewnym momencie dostrzegłam brak towarzysza w moim pobliżu. Zauważyłam wcześniej rozwidlenie dróg, ale nie spodziewałam się, iż ogier wybierze przeciwną stronę. Musiał nie zauważyć tego tak samo, jak i ja. Byłam wycieńczona. Nie miałam już sił na dalszą podróż. Traciłam pomału oddech, aż w końcu dostrzegłam nieopodal mnie szeroką rzekę. Doczłapałam się do niej i postanowiłam iść jej brzegiem. W pewnym momencie przystanęłam. Byłam mocno spragniona, jednak nie chciałam ryzykować jakimkolwiek zatruciem. Nie miałam w końcu pewności, gdzie zbiornik wodny ma swoje źródło. Liczyłam, że przy jej końcu znajdę jakieś bezpieczne miejsce na odpoczynek. Wzięłam wdech i z trudem zaczęłam stawiać każdy kolejny krok. W pewnym momencie  temperatura wokół drastycznie spadła, a z nieba zaczął padać... śnieg? W oddali ujrzałam przed sobą płot, przez który ciągnęła się dalej rzeka. Jęknęłam w duchu. Nie miałam sił skakać, jednak myśl, iż za nim może być coś pozytywnego, motywowała mnie do dalszej drogie. Nade mną latało pełno kruków, wydających z siebie piskliwe skrzeki. Płot był niekiedy obwiązany drutem.  Odsunęłam się na parę kroków, by złapać rozpęd. Było to ciężkie przy tak grubej warstwie śniegu i poważnym skaleczeniu. . Znalazłam miejsce, w którym przeszkoda była najbardziej zniszczona i nakierowałam się na nie, po czym przy samym końcu oddałam skok. Po drugiej stronie wylądowałam, jednak na najbardziej zlodowaconą część, przez co moje kopyta zaczęły się ślizgać i wywróciłam się. Leżałam chwilę w bezruchu. Piekielny ból spowijał  me ciało.  Z trudem wstałam, ruszając przed siebie. Im dalej byłam, tym bardziej temperatura dookoła mnie wzrastała.Wszystkie części ciała odmawiały mi posłuszeństwa. Upadłam, z trudem utrzymując łeb w górze. Śnieg wokół mnie twardniał, a kopyta utykały mi co jeden krok. Me powieki stały się nagle ciężkie, a widok  gwałtownie pociemniał. Pozwoliłam sobie na całkowity odpoczynek, tracąc ostatki kontaktu z rzeczywistością.

 *****
Lekko uchyliłam powiekę. Podniosłam powoli łeb z ziemi i rozejrzałam się. Nie pamiętałam nic. Dopiero po chwili zwróciły mi się wszystkie wspomnienia. Zdałam sobie sprawę z czyjejś obecności. Minęło sporo czasu, nim złączyłam wszystkie informacje, a w mojej głowie rozbrzmiał się dźwięk imienia ogiera. Powoli rozejrzałam się po otoczeniu, które było  w wyjątkowo jednolitym kolorze. Bieli. Całą okolicę pokrywała warstwa grubego śniegu, przy czym z nieba spadały kolejne płatki.
 - Caranthir? - wykrztusiłam, z trudem poznając swój głos. Był ochrypły i niski, a przy tym każde słowo wydawało mi się niemożliwe do wypowiedzenia. Gniadosz od razu zwrócił na mnie uwagę.
 - Obudziłaś się - stwierdził, choć zabrzmiało to jak pytanie.
 - Tak... - wymruczałam - Co się dzieje? -wbiłam w niego pragnące odpowiedzi spojrzenie.
 - Zakładam, że wiem tyle co ty - mruknął, przekręcając łbem - Zgubiłaś mi się, więc postanowiłem zawrócić - wyjaśnił, co mocno mnie zszokowało. Nie miałabym ochoty wracać się po ledwo co poznaną osobę. Rzadko kiedy okazywałam aż taki nadmiar empatii. - Znalazłem cię nieprzytomną i odciągnąłem w bardziej bezpieczne miejsce.
 Nie wiedziałam, jak skomentować jego słowa. Nie będę kłamać, mówiąc, iż lekko mnie to wzruszyło. Caranthir naprawdę znał cenę oddania się w pełni własnemu zawodu, broniąc na każdym kroku członków stada.
 - Co to za tereny? - spytałam. W odpowiedzi dostałam tylko krótkie chrząknięcie. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z kilku podstawowych rzeczy. Po pierwsze - oboje jesteśmy tu zaledwie parę dni. A w kwestii drugiego problemu? Zdążaliśmy się zgubić.
- Kojarzę pewną legendę, opowiadaną przez przydrożnych szamanów, iż właśnie w tych rejonach świata znajdują się ukryte krainy. Zabrzmi to głupio, ale wydaje mi się, że mamy przyjemność przebywać na jednej z nich - wykrztusiłam, czując lekkie drgania ciała. Temperatura powietrza była zbyt niska, nawet jak na moje przystosowanie do ogromnego zimna - Tu cały czas pada śnieg...
 - Uważasz, że to może być prawda? - zapytał niespodziewanie. Jego ton głosu nie wskazywał na nic. Nie mogłam więc wyczuć, co uważa o tej sprawie. Równie dobrze pod tą warstwą obojętności może szydzić z moich wybujałych domysłów.
 - Nie mam konkretnego zdania na ten temat. Sądzę, że we wszystkich "bzdurach" tego rodzaju, jest jakieś ziarno prawdy - odparłam.


Caranthir?

30 wrz 2019

Od Shanti CD Caranthira

Smętnie spojrzałam na zakrwawiony bok i lekko poszarpane wnętrzności. Nie prezentowało się to ani trochę dobrze, a ja zastanawiałam się, jak długo pociągnę z otwartą raną, wabiącą swoim zapachem wszelkie drapieżniki. Wykonałam jeden krok, czując, jak naciąga mi się kilka mięśni w ciele. Syknęłam, starając się ignorować niemiłosierny ból i iść dalej. Posłałam niepewne spojrzenie ogierowi.
 - Będziesz... mnie asekurować?  - spytałam - Bynajmniej do jaskini medyków - dodałam ciszej. Jego ucho drgnęło, nasłuchując czegoś z północnej strony. Pokiwał głową.
 - Takie me zadanie, pełniąc stanowisko wojownika - oznajmił zwięźle - Teraz, jeśli mogłabyś, nabierz tempa swego chodu. Wiem, że to trudne z tak szkaradnym paskudztwem, ale musisz przecierpieć te kilkaset metrów drogi - westchnął. Znałam powagę sytuacji, to też wysiliłam się na żwawszy chód. Dorównywanie kroku Caranthirowi sprawiało mi niemałą trudność. Mój oddech był nierówny i ciężki, lecz dochodzące z oddali wycia wilków, motywowały mnie do zwalczania bólu.
 - Nawet, jeśli pójdę do medyków, to potem wypadałoby od razu udać się do przywódcy - wykrztusiłam słabo. Przed oczami co chwilę migały mi czarne plamki - Warto powiadomić o nieproszonych gościach - dodałam ochrypłym głosem.Spojrzał na mnie z brakiem zrozumienia.
 - Ja mogę to zrobić, kiedy ty będziesz u medyków - stwierdził. Odwróciłam zawstydzona łeb w przeciwną stronę, co jakiś czas mocniej wbijając kopytem w ziemie. Nie wiem, czy to wina mojego uszczerbku na zdrowiu, czy zwykłej niezdarności, ale potykałam się co kilka kroków.
 - No tak... Też możesz to zrobić - wydusiłam z siebie, czując, że powinnam się odezwać. Panująca wokół nas cisza pozwoliła mi na chwilę zamyślenia. Liście o ciepłych barwach gęsto pokrywały gałęzie drzew, choć i tak ich przeznaczeniem było wkrótce opaść na ziemię. Słońce wciąż ogrzewało okolicę, a jednakże były to jedne z ostatnich ciepłych dni. Chciałabym móc skorzystać z tej okazji.
 - To tu, nieprawdaż? - wybudził mnie z zamyśleń głos ogiera. Znajdowaliśmy się u celu,a nie wliczając mojego zranienia, nic nam się nie stało.
 - Jestem tu niewiele dłużej od ciebie, ale to jedyna charakterystyczna grota na tych terenach. - rzuciłam, czując, jak rana zaczyna o sobie przypominać. Ponownie zapanowała między nami nieskazitelna cisza, dopóki Caranthir nie zdecydował się odezwać.
 - W takim razie pójdę już do przywódczyni. Dasz sobie radę, prawda? - zapytała.
 - Owszem - mruknęłam. Postanowiłam nie przedłużać rozmowy i weszłam do środka jaskini. Od razu wpadłam w medyczne sidła i dostałam tyle ziół,że aż mój żołądek postanowił połowę zwrócić.
 - Cóż, faszerowanie ciebie leczniczymi roślinami to nie najlepszy pomysł - stwierdziła klacz, będąca jednym z dwóch medyków. Jej imię z pewnością zaczynało się na literę na M, ale dalej nie byłam w stanie nic wskazać. Kazali mi chwilę posiedzieć, zabezpieczyli otwartą raną i pozwolili odejść. Byłam zdumiona ich zaradnością. Spodziewałam się większych problemów i o wiele dłuższego, a tymczasem łatwo przywrócili mnie do sił.
 - Zjaw się tu jeszcze jutro z rana, bądź w przypadku nieporządnych dolegliwości - urwał - dzisiaj - mruknął ogier, któremu na imię było Vanitas. Akurat go zapamiętałam. Skinęłam tylko łbem, na potwierdzenie, iż wszystko zrozumiałam. Podziękowałam i z radością opuściłam jaskinię. Pierwsze co poczułam po wyjściu, to silny wiatr owiewający moje ciało. Syknęłam, wspominając wcześniejszą, słoneczną pogodę. Nienawidziłam jesieni za tą zmienność. 
Nie pozostało mi nic innego, jak znalezienie ustronnego miejsca, w którym mogłabym schronić się przed zimnem. Połowa mijanych przeze mnie miejsc nie spełniała moich oczekiwań. W pewnym momencie spostrzegłam Caranthira, stojącego między skupiskiem drzew i z zamyśleniem wpatrującego się w dal. Uznałam, iż za pierwszym razem byłam wobec niego zbyt opryskliwa, toteż teraz chciałam porozmawiać na spokojnie. W przeciwieństwie do poprzedniego spotkania, ogier dostrzegł mnie od razu. Z ogromnej odległości. Cierpliwie czekał, aż kuśtykając dojdę do niego.
 - Cóż, już po wszystkim, żyję - uśmiechnęłam się lekko - Jeszcze raz dziękuje za ratunek.
 - Mówiłem już, to mój wojowniczy obowiązek - odparł.
 - Spełniasz się przynajmniej w tym zawodzie. Od dziecka planowałeś mieć rolę obrońcy stada? - zagadnęłam, starając się zapoczątkować rozmowę.

<Caranthir?>

18 wrz 2019

Od Shanti do Caranthira

Stukot mych kopyt odbijał się echem po jaskini. Wśród panujących wokół ciemności, jedynym źródłem światła była szczelina w wejściu, zasypanym w połowie kamieniami. Przechodząc przez wąskie sklepienia skał, ocierałam sobie skórę i odczuwałam nieprzyjemny chłód. Chociaż byłam przystosowana do niskich temperatur, nie sprawiały mi one przyjemności. Szczególnie w miejscu sprzyjającemu klaustrofobii. O wiele bardziej preferuję przebywanie na otwartym i nasłonecznionym terytorium. Brak zasobów świeżego powietrza nie wpływał na mnie pozytywnie. Chrząknęłam, wciąż czując w pysku nieprzyjemny posmak dziwnej substancji, którą to dane było mi wcześniej wypić. Nie przyniosła mi efektów, jakimi miało być całkowite odzyskanie sił i energii. Nie warto ufać przydrożnym szamanom, którzy choć kuszą bezinteresowną pomocą, są całkowicie do niczego. Przekonałam się o tym już kolejny raz w swym krótkim życiu. Znów wyszłam na naiwną, a teraz za karę musiałam przechodzić przez ten mały tunel. Ugięłam się lekko na nogach, nie zatrzymując się ani na chwilę. Nad sobą słyszałam dziwne piski. Nie miałam jednak ochoty na odkrywanie ich źródła. Była chwila, w której otaczała mnie tylko ciemność. Ku mojej uciesze w oddali rozbłyskało delikatne światło panującego  na zewnątrz dnia. Moje kopyta rwały się do przodu, byleby tylko opuścić to przeklęte miejsce. Powstrzymywałam się jednak, nie chcąc na sam koniec popełnić błędu. Wyjście było wąskie, a ja nie miałam wystarczająco wiele energii by przybrać postaci pustej materii. Musiałam wziąć głęboki wdech i przecisnąć się mimo wszystko. Łeb przeszedł najszybciej, gorzej było z całym tułowiem. Nogi mi się plątały, aż w końcu całe me ciało otuliło przyjemne ciepło. Kichnęłam, na wskutek drastycznej zmiany temperatury otoczenia. Słońce chyliło się ku ziemi, co oznaczało zapadający wieczór. Skrzywiłam się lekko. Moja wędrówka była tak długa?
 - Hej! - znienacka doszedł mnie cudzy głos. Obróciłam się gwałtownie w kierunku źródła dźwięku, a mym oczom ukazała się siwa klacz w białe plamki. Możliwe, iż jej umaszczenie mogłam nazwać po prostu srokatym, ale nie dbałam o to. Spoglądała na mnie przyjaźnie,  aż zrobiłam kilka kroków do tyłu. Znam już te uśmiechy, zaraz będzie próbowała sprzedać mi jakieś ziółka.
 - Słucham? W  czymś przeszkadzam? - wysiliłam się na kulturalne słownictwo, nie chcąc zbyt pochopnie oceniać nieznajomej.
 - Jeśli mogę wiedzieć, co sprowadza cię na te tereny? - zagadnęła.
 - Zwykła podróż - odparłam wymijająco. Spodziewałam się zaraz jakiejkolwiek propozycji kupna eliksiru, który okaże się kompletnie bezużyteczny. Dlatego też musiałam odkryć zamiary klaczy i czym prędzej opuścić to miejsce. Liczyłam na dłuższy odpoczynek, najwyraźniej nie było mi to dane.
 - Ah tak? - spytała - Jeśli twoja podróż nie miała konkretnego celu, chętnie ci coś zaproponuje - te słowa symbolizowały, iż zaczyna swój biznes - Znajdujesz się właśnie na terytorium stada Silver Moon. Jestem jego przywódczynią, na imię mi April - przedstawiła się, a mnie totalnie zbiło z tropu. Nie takiego obrotu spraw się spodziewałam, to też spoglądałam na nią z niemałym zainteresowaniem.
 - Zaproponowałaś mi właśnie dołączenie do swojego stada? -nie dowierzałam.
 - Tak, każdy ma prawo tu być, jeśli tylko chcę - uśmiechnęła się kolejny raz. Ja wciąż myślami tkwiłam we własnym świecie.  Zazwyczaj decyzję podejmowałam spontanicznie, ale ta wymagała ode mnie wykazania się zdrowym rozsądkiem.
 - A co, jeśli jestem seryjnym mordercą i wybiję... - nie wiedziałam, ile tak naprawdę jest tu koni.
 - Wszystkich? - dokończyła za mnie. - Nie jesteś mordercom.
 - Owszem, ale gdybym była? - mruknęłam.
 - To bym ci nawet nie proponowała dołączenia, tylko od razu zostałabyś przegoniona -  wytłumaczyła. Nie kłóciłam się, gdyż w to nie wątpiłam. To stado może mieć wielu silniejszych ode mnie członków. Problemy to ostatnie czego teraz potrzebowałam. Zmrużyłam oczy.
 - Jakie mam korzyści z bycia w takim stadzie? - zapytałam.
 - Bezpieczeństwo. Każdy dba o każdego. Mamy doświadczonych medyków, wytrwałych wojowników, jedzenia pod dostatkiem i czystej wody zdatnej do picia - wymieniła. W głębi mnie rozpoczęła się burza. Nie przewidziałam takiej możliwości, ale bycie tu mogło nieść za sobą wiele korzyści. Wbiłam spojrzenie w klacz.
 - Chyba jestem skora co do twojej propozycji..
**********************************
Znów wędrowałam po lekko zabłoconej drodze. Spod moich kopyt na wszystkie strony pryskały brązowe plamki. Smętnie spoglądałam w dół, próbując ustalić, czy podjęta przeze mnie kilka dni temu decyzja była słuszna. Od sporego czasu prowadziłam tryb koczowniczy, a jednak przez cały ten okres jakaś część mnie chciała znaleźć miejsce do zamieszkania na stałe. A kiedy los podsuwa mi rozwiązanie pod nos, mam mieszane uczucia. To nie tak, że członkowie stada są podli i wredni wobec mnie. Wręcz przeciwnie, każdy z nich sprawia wrażenie przyjaznego.  Za to ja musiałam wyrobić sobie w ich oczach opinię oschłego gbura. Mętlik w głowie nie pozwalał mi się na niczym skupiać. Po części czułam, iż zadomowiłam się tu na dobre. Wiedziałam, gdzie rosła najsmaczniejsza trawa i skąd czerpać najświeższą wodę. Znalazłam ulubione  miejsce do spania i poznałam niektóre sposoby życia innych członków. April najczęściej można było znaleźć na Lazurowej Polanie. Jeden z medyków kręcił się wiecznie po lasach, w poszukiwaniu swych ziół. Pozostali mieli własne ścieżki, którymi spokojnie podążali. Z pewnością w tabunie dominowały klacze, ale jakoś nie miałam do tego pretensji. Zależało mi jedynie na bezpiecznym miejscu do życia i niewielkim gronie przyjaciół. O ile będę miała ochotę odezwać się do kogoś ze stada. Ten jeden, chociaż tylko jeden raz, musiałam się przełamać. Obiecałam sobie zgadać do pierwszej napotkanej osoby. Nie powinno być z tym problemu, gdyż pozostali członkowie chodzą grupkami, toteż jedna z nich powinna przynajmniej gdzieś tu przechodzić.  Nim się obejrzałam, niedaleko granic stada dostrzegłam większy kształt. Zmrużyłam oczy, upewniając się, czy to aby na pewno koń, a nie zmutowany niedźwiedź. Me przypuszczenia były trafne. Ciemnobrunatny ogień stał na środku niczego. Naprawdę, to była ogromna, pusta polana, z niską trawą. Na środku stało jedno drzewo, pod którego koronami krył się ów nieznajomy. Nie kojarzyłam go z widzenia, ale miałam wysokie predyspozycje do nierozpoznawania członków stada. Pełniłam funkcję szpiega, więc zakradanie się w jego stronę nie stanowiło przeszkody. Dopiero będąc niedaleko niego, zdałam sobie sprawę, jak źle muszę się prezentować, bawiąc się w takie podchody. Zatrzymałam się niedaleko i lekko odchrząknęłam. Koń poderwał się w moją stronę. Widocznie wcześniej pochłonęły go myśli, więc zajście go nie  było naprawdę trudne.  Takie wrażenie bynajmniej odebrałam. Spojrzałam na niego i od razu w oczy rzuciło mi się coś dziwnego. Jego spojrzenie wydawało się puste, niemające w sobie żadnych emocji. Nie odzywał się, tak samo jak ja, co spowodowało niezręczną ciszę. Doszłam do wniosku, że skoro to ja do niego podeszłam, to też do mnie należał obowiązek rozpoczęcia rozmowy.
 - Um... jesteś stąd? - rzuciłam pierwszym pytaniem, które przyszło mi do głowy.  Głupim pytaniem.
Pierwszą reakcją z jego strony było lekkie uniesienie brwi w górę. Nie byłam w stanie wyczytać z mimiki, czy to była oznaka zdziwienia. Wyraz pysku wciąż pozostawał taki sam.  B
 - Chodzi ci o moje pochodzenie, czy przynależność do stada?
 -  To drugie - odparłam w minimalnym stopniu zmieszana. Odwrócił łeb i  spojrzał gdzieś w dal, jakby myślami znajdował się w innym miejscu.
 - Tak - rzucił krótko - Od tego ranka - dopowiedział. Ta odpowiedź usatysfakcjonowała mnie,  gdyż przynajmniej wytłumaczyła mi fakt, iż pierwszy raz go widziałam. Z moją pamięcią nie jest aż źle.
 - Cóż, także do niego należę - mruknęłam, w celu podtrzymania rozmowy. Nie kleiła się ona zbyt bardzo, a ja musiałam nawiązać jakieś nowe kontakty. Obiecałam sobie to, a ja nie lubię rezygnować z ustalonych celów. Jeśli jednak okaże się on mocno aspołeczny, nie będę naciskać.
 - Zdradzisz mi swe imię? - zapytałam.
 - A po cóż to? - odparł pytaniem. Przekręciłam w duchu oczami. Trafiłam na marudę i gbura.
 - Jesteśmy w jednym stadzie, warto się znać - mruknęłam zirytowana. Spojrzał na mnie, a ja wciąż nie byłam w stanie określić jego emocji. - Zacznę dla przykładu - oświadczyłam  - Jestem Shanti.
 -  Caranthir.
Po  jego  przedstawieniu byłam już pewna jednego. Nie dogadam się z nim, on nawet nie próbuje brzmieć na chętnego do rozmowy. Doceniam bynajmniej jego szczerość, bo jeśli ja zaraz bym ją zastosowała, mogę posłużyć się niezbyt przyjemnym słownictwem. Za szybko się denerwuję.
 - W takim razie żegnam, przynajmniej próbowałam z tobą rozmawiać - rzuciłam oskarżycielsko. Nic nie odpowiedział. Z pewnością uznał me zachowanie za dziecinne. Wydawał mi się starszy ode mnie i to z kilka lat. Ledwo się odwróciłam i zrobiłam parę dłuższych kroków, a coś rozbłysnęło w pobliskich krzakach. Zatrzymałam się i obejrzałam do tyłu. Caranthir wciąż stał w swoim miejscu, znów obrócony tyłem do mnie. Prychnęłam cicho. Wbiłam spojrzenie we własne kopyta. Nie minęła chwila, a poczułam ból w prawym boku. Coś przygniotło mnie do ziemi. Kątem oka dostrzegłam nad sobą sporej wielkości wilka z czerwonymi ślepiami. Wydałam z siebie zduszony okrzyk, gdy zanurzył swe  kły w mym grzbiecie.  Nie byłam w stanie trzeźwo myśleć. Starałam  skupić w sobie jakąś moc, np. porazić go prądem, ale ktoś inny mnie wyprzedził. Pan gbur powalił go w krótszą chwilę na ziemię i ... po prostu się z nim rozprawił. W tym czasie z trudem podniosłam się na nogi, spoglądając jak na mojej czarnej sierści powstają czerwone plamy. Syknęłam, zrobiło mi się trochę słabo. Jednocześnie rozglądałam się panicznie dokoła. Wilki lubią atakować w większych grupach, więc reszta może się zawsze kręcić w pobliżu. 
 - Jak bardzo źle się czujesz? - usłyszałam głos ogiera. Nie brzmiał na zmartwionego, ale przynajmniej spytał.
 - Nie jest źle - odparłam - Poza tym... myślę, że byłabym w stanie poradzić sobie sama - skłamałam. Moje ego by ucierpiało, gdybym po prostu wyznała szczerą wdzięczność. - Mimo to... dziękuję ci.

<Caranthir?>

15 wrz 2019

Szpieg, Shanti!

Powitajmy pierwszego szpiega w naszym stadzie - Shanti!

~~Shanti~~
Autor zdjęcia: opaque-studios
13.05 | 3 lata | Szpieg | Koń ziemski | witto59