Dzisiejsza noc była dla mnie wyjątkowo niespokojna. Wynikało to głównie z bardzo realistycznego snu, który mnie nawiedził. Niezbyt miłe wspomnienia przeszłości... Westchnąłem, wciąż rozmyślając dokładnie nad tym, co dokładnie mi się przyśniło. We śnie pojawiły się znajome mi pyski - konie z mojego stada, a wraz z nimi niezbyt miłe komentarze na mój temat. Skrzywiłem się nieznacznie, wstając z ziemi. Wieczne odrzucenie... Potrząsnąłem głową, nie chcąc już więcej o tym myśleć. Tutaj już nie miałem o co się martwić - w końcu znalazłem miejsce, w którym czułem się akceptowany przez innych, i właśnie tym powinienem się cieszyć. Skoro i tak nie mogłem już zmusić się do zaśnięcia, postanowiłem zająć się jakimś pożytecznym zajęciem. Powolnym krokiem wyszedłem z jaskini, kierując się do Tysiącletniego Drzewa. Ostatnimi czasy było to jedno z moich ulubionych miejsc w stadzie - rzadko można spotkać tutaj inne konie, co pozwala mi się wyciszyć i w spokoju tworzyć nowe wiersze. Usiadłem na trawie i dałem ponieść się myślom. Siedziałem tam tak długo, że nawet nie spostrzegłem jak słońce było już wysoko na niebie. Udało mi się ułożyć jeden krótki wierszyk, ale drugi sprawiał mi duże kłopoty. Zacząłem rozglądać się, próbując znaleźć jakąś inspirację, coś co mogłoby mi pomóc.
-Iskry... w oczach twe, com rozgrzewają serce me - zacząłem powoli łączyć pierwsze słowa, które przyszly mi do głowy w zdania - Miła o ma, miła ma, tyś... hmm - przestałem mówić, zastanawiając się nad tym, jakie słowo będzie odpowiednie. Westchnąłem ciężko, najwyraźniej dzisiejszego dnia moja wena już się skończyła. Rozmyślając, nawet nie spostrzegłem sylwetki innego konia. Lekko się przestraszyłem, nie wiedząc kim jest. Cofnąłem się o parę kroków i przyjąlem pozycję gotowy do ewentualnej ucieczki. Jednak klacz (tak wywnioskowałem z jej wyglądu) nie wyglądała jakby chciała zrobić mi krzywdę. Może była ze stada? Jej pysk wydawał się znajomy, na pewno już kiedyś ją widziałem, lecz nie mogłem przypomniec sobie jej imienia. Lekko niepewnie, postanowiłem się odezwać.
- Um.. witaj? - powiedziałem - Laisrean mnie zwą i do stada Silver Moon, na którego terenach twoje kopyta spoczywają, należę.
Uśmiechnąłem się, próbując wyglądać na miłego.
- A jak ciebie zwą? - spytałem, gdy klacz nadal mi nie odpowiedziała.
<Aviana?>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laisrean. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laisrean. Pokaż wszystkie posty
30 sty 2020
26 sty 2020
Od Laisreana CD Mauer
Odwzajemniłem uśmiech klaczy.
-Myślę jednak, że owa historia z ludźmi dała mi trochę do myślenia, kto wie, może powstanie z tego jakaś ciekawa opowieść - stwierdziłem z uśmiechem.
Moja towarzyszka wyglądała jakby była w dobrym nastroju, gdyż słysząc me słowa, lekko się zaśmiała, a uśmiech nie schodził jej z pyska. Staliśmy przez chwilę w ciszy, gdyż żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. Po chwili jednak usłyszeliśmy dźwięk kopyt uderzających o ziemię, co przykuło naszą uwagę. Odwróciliśmy się w stronę dźwięku i spostrzegliśmy zmierzającego w naszą stronę Vanitasa. Ogier przywitał się z nami, po czym zwrócił się do Mauer. Rozmawiali przez chwilę, a mina medyka wskazywała na to, że nie jest to nic błahego. Po chwili klacz odwróciła się do mnie ze zmartwionym wyrazem pyska, mówiąc:
-Wybacz, Laisrean, ale to ważna sprawa i Vanitas potrzebuje mojej pomocy.
Kiwnąłem tylko lekko głową, nadal się uśmiechając. Mauer odwzajemniła uśmiech i podążyła za Vanitasem. Ciekawe co takiego się stało... pomyślałem, kierując się w stronę polany. Mój brzuch powoli zaczynał już burczeć, więc postanowiłem coś przekąsić. Gdy postawiłem już swoje kopyta na polanie, zacząłem jeść. Moje myśli zajęło wcześniejsze pojawienie się Vanitasa, zacząłem zastanawiać się, co się stało, że potrzebował pomocy Mauer. Byłem tak zamyślony, że nawet nie zauważyłem obecności innego zwierzęcia oprócz mnie.
-Laisrean? - dopiero gdy usłyszałem głos, wyrwałem się z przemyśleń.
Podniosłem delikatnie głowę i moje oczy napotkały sarnę, patrzącą na mnie z zaciekawieniem.
-Oh, Lila. Jakże dawno moje oczy cię nie widziały- powiedziałem, uśmiechając się.
Lila również nieśmiało się uśmiechnęła, ale wyglądała na lekko zmartwioną.
-Czyżby coś cię martwiło, tego pięknego poranka? Nie wyglądasz na szczęśliwą, a cóż to takiego się stało, co humor ci zepsuło? - zapytałem.
-Ludzie... Przyszłam cię ostrzec, widzieliśmy ludzi na tych terenach - powiedziała sarna - Chyba nie mają dobrych zamiarów. A co jeśli to myśliwi? Tu już chyba nie jest bezpiecznie...
Uśmiechnąłem się współczująco. Lila miała rację - ludzie mogli być dla nas zagrożeniem. Jednak wierzyłem w to, że wszystko potoczy się dobrze - w końcu April wszystkim miała się zająć, a była ona przywódcą stada. Wierzyłem w nią.
-Lila, nie zaprzątaj sobie tym głowy. Nasza przywódczyni - April - ma się wszystkim zająć, więc nie widzę powodów do zmartwień - powiedziałem, próbując ją uspokoić.
-Skoro tak mówisz... - nadal wydawała się niepewna - Ale ja już muszę iść. Miłego dnia, Laisrean - uśmiechnęła się i odeszła szybkim krokiem.
Nie mając nic innego do roboty, postanowiłem poszukać kogoś, z kim mógłbym porozmawiać. W planach miałem znalezienie April, aby spytać się jej o obecną sytuację dotyczącą ludzi, jednak po drodze natknąłem się na kogoś innego, a mianowicie na Mauer. Z uśmiechem podszedłem powoli do klaczy, która spokojnie jadła trawę i najwyraźniej jeszcze mnie nie zauważyła.
-Witaj, Mauer - powiedziałem.
Klacz oderwała się od jedzenia i spojrzała się na mnie lekko nerwowym wzrokiem, lecz gdy zobaczyła, że to tylko ja, uspokoiła się i uśmiechnęła.
-Ah, wybacz za przestraszenie cię. Już skończyłaś pomagać Vanitasowi? - zapytałem, zaczynając rozmowę.
-Myślę jednak, że owa historia z ludźmi dała mi trochę do myślenia, kto wie, może powstanie z tego jakaś ciekawa opowieść - stwierdziłem z uśmiechem.
Moja towarzyszka wyglądała jakby była w dobrym nastroju, gdyż słysząc me słowa, lekko się zaśmiała, a uśmiech nie schodził jej z pyska. Staliśmy przez chwilę w ciszy, gdyż żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. Po chwili jednak usłyszeliśmy dźwięk kopyt uderzających o ziemię, co przykuło naszą uwagę. Odwróciliśmy się w stronę dźwięku i spostrzegliśmy zmierzającego w naszą stronę Vanitasa. Ogier przywitał się z nami, po czym zwrócił się do Mauer. Rozmawiali przez chwilę, a mina medyka wskazywała na to, że nie jest to nic błahego. Po chwili klacz odwróciła się do mnie ze zmartwionym wyrazem pyska, mówiąc:
-Wybacz, Laisrean, ale to ważna sprawa i Vanitas potrzebuje mojej pomocy.
Kiwnąłem tylko lekko głową, nadal się uśmiechając. Mauer odwzajemniła uśmiech i podążyła za Vanitasem. Ciekawe co takiego się stało... pomyślałem, kierując się w stronę polany. Mój brzuch powoli zaczynał już burczeć, więc postanowiłem coś przekąsić. Gdy postawiłem już swoje kopyta na polanie, zacząłem jeść. Moje myśli zajęło wcześniejsze pojawienie się Vanitasa, zacząłem zastanawiać się, co się stało, że potrzebował pomocy Mauer. Byłem tak zamyślony, że nawet nie zauważyłem obecności innego zwierzęcia oprócz mnie.
-Laisrean? - dopiero gdy usłyszałem głos, wyrwałem się z przemyśleń.
Podniosłem delikatnie głowę i moje oczy napotkały sarnę, patrzącą na mnie z zaciekawieniem.
-Oh, Lila. Jakże dawno moje oczy cię nie widziały- powiedziałem, uśmiechając się.
Lila również nieśmiało się uśmiechnęła, ale wyglądała na lekko zmartwioną.
-Czyżby coś cię martwiło, tego pięknego poranka? Nie wyglądasz na szczęśliwą, a cóż to takiego się stało, co humor ci zepsuło? - zapytałem.
-Ludzie... Przyszłam cię ostrzec, widzieliśmy ludzi na tych terenach - powiedziała sarna - Chyba nie mają dobrych zamiarów. A co jeśli to myśliwi? Tu już chyba nie jest bezpiecznie...
Uśmiechnąłem się współczująco. Lila miała rację - ludzie mogli być dla nas zagrożeniem. Jednak wierzyłem w to, że wszystko potoczy się dobrze - w końcu April wszystkim miała się zająć, a była ona przywódcą stada. Wierzyłem w nią.
-Lila, nie zaprzątaj sobie tym głowy. Nasza przywódczyni - April - ma się wszystkim zająć, więc nie widzę powodów do zmartwień - powiedziałem, próbując ją uspokoić.
-Skoro tak mówisz... - nadal wydawała się niepewna - Ale ja już muszę iść. Miłego dnia, Laisrean - uśmiechnęła się i odeszła szybkim krokiem.
Nie mając nic innego do roboty, postanowiłem poszukać kogoś, z kim mógłbym porozmawiać. W planach miałem znalezienie April, aby spytać się jej o obecną sytuację dotyczącą ludzi, jednak po drodze natknąłem się na kogoś innego, a mianowicie na Mauer. Z uśmiechem podszedłem powoli do klaczy, która spokojnie jadła trawę i najwyraźniej jeszcze mnie nie zauważyła.
-Witaj, Mauer - powiedziałem.
Klacz oderwała się od jedzenia i spojrzała się na mnie lekko nerwowym wzrokiem, lecz gdy zobaczyła, że to tylko ja, uspokoiła się i uśmiechnęła.
-Ah, wybacz za przestraszenie cię. Już skończyłaś pomagać Vanitasowi? - zapytałem, zaczynając rozmowę.
<Mauer?>
14 lis 2019
Od Laisreana CD Mauer
Spacerowałam sobie spokojnie, podziwiając przyrodę, gdy ujrzałem znajomą klacz, leżącą na trawie i jednym kopytem bawiącą się wodą. Nie mając nic innego ciekawego do roboty, postanowiłem do niej podejść. Powoli zbliżyłem się.
-Miło cię znów ujrzeć, Mauer - powiedziałem.
Klacz gwałtownie się podniosła i odwróciła w moją stronę. Musiałem ją zaskoczyć swoją obecnością.
-Och, Laisrean. Wybacz, nie spodziewałam się tu nikogo. Tak cicho chodzisz - zaśmiała się cicho, ale usłyszałem w jej głosie nutkę nerwowości.
-Ah, przepraszać nie musisz, to ja nie powinienem był cię tak straszyć - uśmiechnąłem się - Co cię tutaj sprowadziło?
-W zasadzie to nic szczególnego. Nudziło mi się i tutaj zawędrowałam... - powiedziała klacz - Postanowiłam tu trochę posiedzieć, gdyż nie miałam nic do roboty - uśmiechnęła się delikatnie - A ty?
-Ah, ostatnio weny mi brak, więc myśl mnie naszła, że być może spacerując po terenach natchnie mnie coś - stwierdziłem, zamyślając się na chwilę - cóż za szkoda, że tak się nie stało, w mojej głowie niezmiennie gości pustka.
Klacz zaśmiała się perliście, co wywołało uśmiech na moim pysku. Rozmawialiśmy jeszcze parę minut na różne tematy. Stąpaliśmy powoli, a jedynym słyszalnym dźwiękiem były nasze kopyta uderzające o ziemię oraz nasza rozmowa. Byłem nią tak pochłonięty, że na początku kompletnie nie zwróciłem uwagi na pewien dziwny dźwięk. Coś jakby... szepty? Dopiero po chwili, gdy zatrzymałem się i wytężyłem słuch, byłem w stanie zlokalizować "to" i domyśleć się czym jest tajemniczy dźwięk. Mauer również się zatrzymała, zauważając moje dziwne zachowanie.
-Coś się stało? - spytała lekko zaniepokojona.
Przez chwilę zamyślony kompletnie nie zwracałem uwagi na klacz stojącą obok mnie. Dopiero gdy dwukrotnie powtórzyła moje imię powróciłem do rzeczywistości.
-Słyszysz to? - spytałem.
Mauer wpatrywała się we mnie przez chwilę, najwyraźniej nie rozumiejąc o co mi chodzi, jednak poszła za moją radą i wsłuchała się w dźwięki otoczenia. Już po paru sekundach źrenice klaczy wyraźnie rozszerzyły się w niedowierzaniu.
-Ludzie - powiedziałem.
-Powinniśmy powiadomić April - oznajmiła Mauer.
Pokiwałem głową, zgadzając się z nią.
-Jak najszybciej powinniśmy to miejsce opuścić i przywódczynię powiadomić, chodźmy więc - stwierdziłem i szybkim krokiem ruszyliśmy.
-Miło cię znów ujrzeć, Mauer - powiedziałem.
Klacz gwałtownie się podniosła i odwróciła w moją stronę. Musiałem ją zaskoczyć swoją obecnością.
-Och, Laisrean. Wybacz, nie spodziewałam się tu nikogo. Tak cicho chodzisz - zaśmiała się cicho, ale usłyszałem w jej głosie nutkę nerwowości.
-Ah, przepraszać nie musisz, to ja nie powinienem był cię tak straszyć - uśmiechnąłem się - Co cię tutaj sprowadziło?
-W zasadzie to nic szczególnego. Nudziło mi się i tutaj zawędrowałam... - powiedziała klacz - Postanowiłam tu trochę posiedzieć, gdyż nie miałam nic do roboty - uśmiechnęła się delikatnie - A ty?
-Ah, ostatnio weny mi brak, więc myśl mnie naszła, że być może spacerując po terenach natchnie mnie coś - stwierdziłem, zamyślając się na chwilę - cóż za szkoda, że tak się nie stało, w mojej głowie niezmiennie gości pustka.
Klacz zaśmiała się perliście, co wywołało uśmiech na moim pysku. Rozmawialiśmy jeszcze parę minut na różne tematy. Stąpaliśmy powoli, a jedynym słyszalnym dźwiękiem były nasze kopyta uderzające o ziemię oraz nasza rozmowa. Byłem nią tak pochłonięty, że na początku kompletnie nie zwróciłem uwagi na pewien dziwny dźwięk. Coś jakby... szepty? Dopiero po chwili, gdy zatrzymałem się i wytężyłem słuch, byłem w stanie zlokalizować "to" i domyśleć się czym jest tajemniczy dźwięk. Mauer również się zatrzymała, zauważając moje dziwne zachowanie.
-Coś się stało? - spytała lekko zaniepokojona.
Przez chwilę zamyślony kompletnie nie zwracałem uwagi na klacz stojącą obok mnie. Dopiero gdy dwukrotnie powtórzyła moje imię powróciłem do rzeczywistości.
-Słyszysz to? - spytałem.
Mauer wpatrywała się we mnie przez chwilę, najwyraźniej nie rozumiejąc o co mi chodzi, jednak poszła za moją radą i wsłuchała się w dźwięki otoczenia. Już po paru sekundach źrenice klaczy wyraźnie rozszerzyły się w niedowierzaniu.
-Ludzie - powiedziałem.
-Powinniśmy powiadomić April - oznajmiła Mauer.
Pokiwałem głową, zgadzając się z nią.
-Jak najszybciej powinniśmy to miejsce opuścić i przywódczynię powiadomić, chodźmy więc - stwierdziłem i szybkim krokiem ruszyliśmy.
<Mauer?>
17 wrz 2019
Od Laisreana CD Mauer
Stałem spokojnie przy Jeziorze Gai, kontemplując nad pięknem kwiatów rosnących przy wodzie, gdy nagle usłyszałem donośne skrzeczenie stada ptaków przelatującego po niebie. Zadarłem głowę do góry, wpatrując się w piękne, błękitne niebo i nieliczne chmury leniwie sunące w nieznanym mi kierunku. Ten widok wprawił mnie w zamyślenie i niespodziewanie mnie natchnął.
Jakże swobodnie płyną
chmury, i jak dostojnie!
Gdy las mroczny, spokojny
wzywa je, darzą go hojnie
złocistą chleba kruszyną
i ciągną oczarowane
przez fioletowe sawanny
o płomienistym obrzeżu
-by zniknąć, gdy je przemierzą
łagodne, ciche, zbłąkane.
Nagle poczułem się niesamowicie zrelaksowany i usatysfakcjonowany tym, że w końcu, po kilkunastu dniach, wena znowu do mnie wróciła i mogłem powrócić do tworzenia. Szczęśliwy, powolnym krokiem udałem się do Lasu Świateł, podziwiając przyrodę wokół mnie. Szedłbym tak dalej, gdybym nagle pod jednym ze swoich kopyt nie poczuł czegoś, co zdecydowanie glebą nie było. Wyrwany z zamyślenia, spuściłem swój wzrok w dół i spostrzegłem jakąś sakiewkę, na którą przez swoją nieuwagę nadepnąłem. Ostrożnie podniosłem przedmiot z ziemi i zacząłem rozglądać się wokół w poszukiwaniu właściciela owej sakiewki. Jednak mój wzrok nie spoczął na żadnym żywym stworzeniu (z wyjątkiem jednego ptaka, który przez cały czas przyglądał mi się ciekawsko). Postanowiłem więc udać się dalej, z nadzieją, że (najprawdopodobniej) koń, który to zgubił jest gdzieś w pobliżu. Ewentualnie stwierdziłem, że jeśli nikogo nie znajdę pójdę do April, w końcu ona jest przywódczynią stada. Po chwili, gdy udałem się głębiej w las, moim oczom ukazała się sylwetka siwej klaczy. Wydawało mi się, że już wcześniej ją widziałem i należała ona do stada. Zaciekawiony zacząłem się jej przyglądać, gdy nagle gwałtownie się odwróciła. Wyglądała na lekko zakłopotaną i przez dłuższy czas wpatrywała się we mnie bez słowa, więc postanowiłem jako pierwszy zabrać głos:
-Witam, Laisrean mnie zwą, śmiem twierdzić, że już cię ujrzałem.
Klacz przez chwilę wydawała się wytrącona z równowagi przez moją wypowiedź, ale szybko odpowiedziała, uśmiechając się nieśmiało.
-Miło mi cię poznać. Jestem Mauer, jeden z medyków.
Medyk? Ciekawy zawód. Ale również niesamowicie trudny. Postanowiłem jednak nie rozwodzić się nad tym i oddać Mauer jej własność.
-To chyba do ciebie należy, jeśli mnie nie zmyliły moje spostrzeżenia - odrzekłem, podając klaczy jej sakiewkę.
Odebrała ją z wdzięcznym wyrazem pyska, z czego wywnioskowałem, że owa rzecz musiała mieć dla niej niezwykle duże znaczenie.
-Dziękuję. Już prawie zawału dostałam - zaśmiała się cicho.
Sprawiała wrażenie nieco nerwowej, ale wydawała się sympatyczna, więc postanowiłem porozmawiać z nią jeszcze chwilkę.
-Wnioskuję zatem, że owa sakiewka wartość dużą ma dla ciebie? Zmartwiona się wydawałaś, swym spojrzeniem jej szukając - odrzekłem.
Klacz pokiwała głową.
-Tak, jest dla mnie ważna, dziękuję za znalezienie jej - uśmiechnęła się - Czym się zajmujesz w stadzie?
-Ah, pisaniem wierszy się trudzę, więc stanowisko poety objąłem - posłałem ciepły uśmiech w stronę Mauer - Może masz ochotę udać się ze mną na spacer po terenach, gdyż pogoda dzisiaj jest wyjątkowo piękna? - spytałem.
Klacz pokiwała niepewnie głową i zaczęliśmy iść. Zapadła dość niezręczna cisza, której nie miałem zamiaru przerwać, gdyż zwyczajnie nie wiedziałem jaki temat zacząć.
<Mauer?>
21 sie 2019
Od Laisreana CD Hope
-Ja jestem wojownikiem - oznajmiła klacz i powróciła do spożywania trawy.
Wojownik? To ciekawe, rzadko spotykałem się z klaczami, które przyjmowały to stanowisko. Wyczuwając, że Hope nie ma zbytnio ochoty na dalszą rozmowę odsunąłem się trochę i również zacząłem jeść, tym samym pogrążając się w swoich myślach. Byłem tak bardzo zamyślony, że nie zauważyłem, że klacz odeszła i dopiero gdy rozejrzałem się wokół, spostrzegłem, że zniknęła. Nie przejąłem się tym zbytnio i postanowiłem udać się na mały spacer po terenach. Kto wie, może poznam kogoś innego, pomyślałem, jednak szybko wygoniłem tą myśl ze swojej głowy i zacząłem iść. Było bardzo spokojnie, rozkoszowałem się piękną pogodą, gdy nagle usłyszałem trzask gałęzi i moja głowa natychmiastowo zwróciła się w tamtą stronę. Moim oczom ukazał się lis o pięknym, rudym futrze, wpatrujący się we mnie ciekawsko.
Kim jesteś? - usłyszałem głos w swojej głowie i niemal od razu odpowiedziałem:
Laisrean mnie zwą, nie obawiaj się, nie jestem twym wrogiem.
Lis nadal wpatrywał się we mnie niepewnie, ale podszedł bliżej. Moja umiejętność komunikacji ze zwierzętami była dla mnie niczym zbawienie. Przynajmniej one mnie akceptowały i mogłem z kimś porozmawiać, nie martwiąc się, że zacznie mnie oceniać. Najwyraźniej jednak lis nie miał ochoty na bliższą znajomość, gdyż już po chwili wpatrywania się we mnie odsunął się i zniknął w krzakach. Westchnąłem przeciągle, uświadamiając sobie, że ten dzień nie będzie należał do najbardziej udanych. Postanowiłem się tym nie przejmować i poszedłem dalej. Co parę chwil słyszałem skrzeczenie kruków, siedzących na gałęziach i plotkujących między sobą, a na swoim grzbiecie czułem ich czujne spojrzenia. Minęło ledwie parę minut, a ja już dotarłem do niewielkiego jeziorka znajdującego się we wnętrzu lasu. Z niewielką trudnością przypomniałem sobie, że April oprowadzając mnie po terenach nazwała to miejsce Oazą Spokoju. Interesująca nazwa, pomyślałem, siadając zaraz przy brzegu wody. Jak zwykle oddałem się swoim przemyśleniom i utkwiłem swój wzrok w swoim odbiciu widocznym w tafli wody. Do rzeczywistości przywrócił mnie odgłos kopyt. Odwróciłem się w stronę miejsca, z którego dobiegał dźwięk i ujrzałem Hope. Podniosłem się i z lekkim zawahaniem podszedłem do klaczy:
-Jakże wspaniale cię znów ujrzeć, Hope. Mam głęboką nadzieję, że dzisiejszy dzień jak narazie mija ci promiennie.
Wojownik? To ciekawe, rzadko spotykałem się z klaczami, które przyjmowały to stanowisko. Wyczuwając, że Hope nie ma zbytnio ochoty na dalszą rozmowę odsunąłem się trochę i również zacząłem jeść, tym samym pogrążając się w swoich myślach. Byłem tak bardzo zamyślony, że nie zauważyłem, że klacz odeszła i dopiero gdy rozejrzałem się wokół, spostrzegłem, że zniknęła. Nie przejąłem się tym zbytnio i postanowiłem udać się na mały spacer po terenach. Kto wie, może poznam kogoś innego, pomyślałem, jednak szybko wygoniłem tą myśl ze swojej głowy i zacząłem iść. Było bardzo spokojnie, rozkoszowałem się piękną pogodą, gdy nagle usłyszałem trzask gałęzi i moja głowa natychmiastowo zwróciła się w tamtą stronę. Moim oczom ukazał się lis o pięknym, rudym futrze, wpatrujący się we mnie ciekawsko.
Kim jesteś? - usłyszałem głos w swojej głowie i niemal od razu odpowiedziałem:
Laisrean mnie zwą, nie obawiaj się, nie jestem twym wrogiem.
Lis nadal wpatrywał się we mnie niepewnie, ale podszedł bliżej. Moja umiejętność komunikacji ze zwierzętami była dla mnie niczym zbawienie. Przynajmniej one mnie akceptowały i mogłem z kimś porozmawiać, nie martwiąc się, że zacznie mnie oceniać. Najwyraźniej jednak lis nie miał ochoty na bliższą znajomość, gdyż już po chwili wpatrywania się we mnie odsunął się i zniknął w krzakach. Westchnąłem przeciągle, uświadamiając sobie, że ten dzień nie będzie należał do najbardziej udanych. Postanowiłem się tym nie przejmować i poszedłem dalej. Co parę chwil słyszałem skrzeczenie kruków, siedzących na gałęziach i plotkujących między sobą, a na swoim grzbiecie czułem ich czujne spojrzenia. Minęło ledwie parę minut, a ja już dotarłem do niewielkiego jeziorka znajdującego się we wnętrzu lasu. Z niewielką trudnością przypomniałem sobie, że April oprowadzając mnie po terenach nazwała to miejsce Oazą Spokoju. Interesująca nazwa, pomyślałem, siadając zaraz przy brzegu wody. Jak zwykle oddałem się swoim przemyśleniom i utkwiłem swój wzrok w swoim odbiciu widocznym w tafli wody. Do rzeczywistości przywrócił mnie odgłos kopyt. Odwróciłem się w stronę miejsca, z którego dobiegał dźwięk i ujrzałem Hope. Podniosłem się i z lekkim zawahaniem podszedłem do klaczy:
-Jakże wspaniale cię znów ujrzeć, Hope. Mam głęboką nadzieję, że dzisiejszy dzień jak narazie mija ci promiennie.
<Hope?>
13 sie 2019
Od Laisreana (do Hope)
*wiersz wykorzystany w opowiadaniu to Krzak dzikiej róży w Ciemnych Smreczynach autorstwa Jana Kasprowicza*
Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy
Na plamy szarych złomów ciska
U stóp mu bujne rosną trawy.
Bokiem się piętrzy turnia śliska,
Jednak po chwili odgłosy te stały się na tyle głośne, że przestałem je ignorować. Zatrzymałem się i zacząłem nasłuchiwać. Oprócz kopyt uderzających o podłoże mogłem zidentyfikować jeszcze jeden dźwięk: szelest liści. Ewidentnie jakiś koń zbliżał się do miejsca, w którym aktualnie przebywałem. Zaalarmowany zacząłem się rozglądać, przygotowując się na ewentualny atak.
Kosodrzewiny wężowiska
Poobszywały głaźne ławy
Ku mojemu zdziwieniu po chwili zza drzew znajdujących się naprzeciwko mnie powoli wyszła klacz. Spojrzała na mnie, lekko zdziwiona. Najwyraźniej nie spodziewała się spotkać kogoś obcego na tych terenach. Po chwili jednak jej zdziwiona mina przekształciła się w uśmiech, a klacz niepewnie podeszła do mnie.
-Witaj - powiedziała spokojnie.
Nie wyglądała jakby chciała zaatakować, jej postawa wydawała się dość zrelaksowana, a sama klacz zdawała się być przyjaźnie nastawiona.
-Nazywam się April - kontynuowała - Jestem przywódczynią stada Silver Moon.
Później rozmowa poszła z górki. Klacz zaprosiła mnie do dołączenia do stada, a ja - zgodziłem się. Oczywiście pogodziłem się z faktem, że reszta stada w końcu uzna mnie za dziwaka i będę zmuszony odejść po pewnym czasie. Takie już było moje życie - wieczna tułaczka, ale nie narzekałem. Przynajmniej na razie. April zdawała się być bardzo sympatyczna i zaproponowała mi, że oprowadzi mnie po terenach. Zaczęliśmy iść. Klacz dużo mówiła i była sympatyczna - nawet bardzo.
Samotny, senny, zadumany
Skronie do zimnej tuli ściany,
Skronie do zimnej tuli ściany,
Jakby się lękał tchnienia burzy.
Jej towarzystwo sprawiało mi przyjemność - przy jej boku nie czułem się jak odmieniec, gdyż traktowała mnie jak każdego, innego, normalnego konia. Poza tym nie słyszałem głosu żadnego konia (oprócz siebie) już przez blisko pięć miesięcy, więc spotkanie kogoś było dla mnie zbawieniem. Uśmiechała się do mnie od czasu do czasu, a ja starałem się odwzajemniać ten gest.
Cisza… O liście wiatr nie trąca,
A tylko limba próchniejąca
Spoczywa obok krzaku róży.
W końcu, po blisko godzinie (albo dwóch, straciłem poczucie czasu) klacz pokazała mi już wszystkie tereny. Najbardziej intrygującym był Las Zguby - jego historia wydała mi się niezwykle inspirująca (kto wie, może kiedyś powstanie o nim wiersz). April pożegnała się ze mną, tłumacząc się tym, że musi pozałatwiać parę spraw. Odeszła, życząc mi miłego pobytu w stadzie.
Słońce w niebieskim lśni krysztale,
Światłością stały się granity,
Zacząłem się rozglądać, zastanawiając się, gdzie powinienem udać się najpierw. Postanowiłem iść się do Lasu Świetlików i oddać się trochę poezji, stworzyć nowe wiersze. Może coś by mnie natchnęło - oprócz jednego wiersza, który stworzyłem dzisiaj, ostatnimi czasy nie miałem pomysłów i brakowało mi inspiracji.
Las spowity
W blado błękitne, wiewne fale.
Gdy dotarłem na miejsce, spostrzegłem innego konia - klacz, i to pegaza. Pewnie należy do stada. Patrzyła się na mnie nieufnie - postanowiłem więc się przedstawić, by nie brała mnie za intruza. Podszedłem bliżej i odezwałem się:
-Chylę łeb i witam się pogodnie, Laisrean mnie zwą i poznać mi Cię miło.
<Hope?>
9 sie 2019
Subskrybuj:
Posty (Atom)
