30 wrz 2019

Od Caranthir'a CD Shanti

   Gdy ogier odprowadził towarzyszkę do medyka, sam odszedł w kierunku dowódcy, do którego już dobrze znał drogę. Przemierzając leśną ścieżkę, nasłuchiwał otoczenia i oprócz jego równego oddechu, dało się usłyszeć miejscowe wycie psowatych lub kroki innych kopytnych, z czego tylko to pierwsze było dość niepokojące. O tym też powiadomił April, którą zastał tuż przed jej jaskinią i choć Car był świeży w stadzie, przywódczyni uwierzyła w jego raport i przekazała tą informację innymi, z czego to wojownicy muszą zająć się zagrożeniem, jeśli te pojawi się za blisko centrum. To też ogier uczynił, robiąc rundkę po terenach najbardziej zagrożonych atakiem ze strony psowatych, a nie widząc już zagrożenia, Car przeszedł w spokojniejszą część stada, gdzie mógł ponownie się wyciszyć. Gdy na chwilę przymknął swoje powieki, w moment usłyszał ciężki galop koni oraz ich parskanie, natomiast w jego głowie budował się obraz stada, którym dowodził. Była to armia, istne stado, które sobą potrafiłby zrównać wroga z ziemią, lecz nie smoki, które znienacka przybyły na ich tereny. Ich widok w wyobraźni spowodował, że oddech ogiera przyspieszył, lecz szybko ocknął się z tych myśli, gdy usłyszał kuśtykającą klacz, która zmierzała w jego kierunku. Od razu przedstawiła swój obecny stan, po czym podziękowała, co ogiera w duchu zadowoliło, że komuś udało się pomóc.
— (...) Od dziecka planowałeś mieć rolę obrońcy stada? — spytała zaczynając temat rozmowy.
— Nie. — odpowiedział krótko, lecz gdy klacz dała mu czas, ten kontynuował. — Od dziecka szkolono mnie na wojownika, lecz pozostałem przy walce magią. Przysiągłem na kodeks rycerski i obrona stada to mój obowiązek. — wyjaśnił spokojnie, dokładnie wypowiadając każde ze słów. — Pochodzę też wojowniczego stada, gdzie kodeks był obowiązkiem. — dodał lekko wzdychając.
— A czemu stamtąd odszedłeś? — zapytała zerkając na ogiera.
— Bo wszyscy nie żyją. — odpowiedział bez jakichkolwiek uczuć, których i tak nie posiadał. — Nie zdołałem ich obronić. — dodał trochę ciszej i choć teraz zamilkł, w środku krzyczał. W tym też momencie zapadła cisza, którą ogier rozumiał, ba, klacz nie musiała tego komentować.
Z jednej strony, ogier miał ochotę uciec od jakichkolwiek istot żywych lub rozpędzić się, wyżyć w terenie i wrócić zmęczonym, by móc przespać te okrutne dni. Lecz z drugiej strony, chyba nadszedł czas, gdy to trzeba choć trochę otworzyć się do innych, porozmawiać, gdyż to rozmowa jest najlepszym lekarstwem na wszystko, ba, nawet jakby miało się gadać z własnym cieniem. W pewnym momencie ogier poczuł dziwną ulgę, która zaraz została stłumiona zlodowaciałym sercem, a wszystko to działo się w ułamkach sekund, czego nie dało się zauważyć.
 — Jak Twoja rana? — spytał zaraz Car, zerkając na grzbiet klaczy. — Podali Ci maść z ziół? Dobrze regeneruje skórę. — dodał, chcąc sam rozpocząć jakąś rozmowę, co jest trochę jego przeciwieństwem.

Shanti? 

Od Shanti CD Caranthira

Smętnie spojrzałam na zakrwawiony bok i lekko poszarpane wnętrzności. Nie prezentowało się to ani trochę dobrze, a ja zastanawiałam się, jak długo pociągnę z otwartą raną, wabiącą swoim zapachem wszelkie drapieżniki. Wykonałam jeden krok, czując, jak naciąga mi się kilka mięśni w ciele. Syknęłam, starając się ignorować niemiłosierny ból i iść dalej. Posłałam niepewne spojrzenie ogierowi.
 - Będziesz... mnie asekurować?  - spytałam - Bynajmniej do jaskini medyków - dodałam ciszej. Jego ucho drgnęło, nasłuchując czegoś z północnej strony. Pokiwał głową.
 - Takie me zadanie, pełniąc stanowisko wojownika - oznajmił zwięźle - Teraz, jeśli mogłabyś, nabierz tempa swego chodu. Wiem, że to trudne z tak szkaradnym paskudztwem, ale musisz przecierpieć te kilkaset metrów drogi - westchnął. Znałam powagę sytuacji, to też wysiliłam się na żwawszy chód. Dorównywanie kroku Caranthirowi sprawiało mi niemałą trudność. Mój oddech był nierówny i ciężki, lecz dochodzące z oddali wycia wilków, motywowały mnie do zwalczania bólu.
 - Nawet, jeśli pójdę do medyków, to potem wypadałoby od razu udać się do przywódcy - wykrztusiłam słabo. Przed oczami co chwilę migały mi czarne plamki - Warto powiadomić o nieproszonych gościach - dodałam ochrypłym głosem.Spojrzał na mnie z brakiem zrozumienia.
 - Ja mogę to zrobić, kiedy ty będziesz u medyków - stwierdził. Odwróciłam zawstydzona łeb w przeciwną stronę, co jakiś czas mocniej wbijając kopytem w ziemie. Nie wiem, czy to wina mojego uszczerbku na zdrowiu, czy zwykłej niezdarności, ale potykałam się co kilka kroków.
 - No tak... Też możesz to zrobić - wydusiłam z siebie, czując, że powinnam się odezwać. Panująca wokół nas cisza pozwoliła mi na chwilę zamyślenia. Liście o ciepłych barwach gęsto pokrywały gałęzie drzew, choć i tak ich przeznaczeniem było wkrótce opaść na ziemię. Słońce wciąż ogrzewało okolicę, a jednakże były to jedne z ostatnich ciepłych dni. Chciałabym móc skorzystać z tej okazji.
 - To tu, nieprawdaż? - wybudził mnie z zamyśleń głos ogiera. Znajdowaliśmy się u celu,a nie wliczając mojego zranienia, nic nam się nie stało.
 - Jestem tu niewiele dłużej od ciebie, ale to jedyna charakterystyczna grota na tych terenach. - rzuciłam, czując, jak rana zaczyna o sobie przypominać. Ponownie zapanowała między nami nieskazitelna cisza, dopóki Caranthir nie zdecydował się odezwać.
 - W takim razie pójdę już do przywódczyni. Dasz sobie radę, prawda? - zapytała.
 - Owszem - mruknęłam. Postanowiłam nie przedłużać rozmowy i weszłam do środka jaskini. Od razu wpadłam w medyczne sidła i dostałam tyle ziół,że aż mój żołądek postanowił połowę zwrócić.
 - Cóż, faszerowanie ciebie leczniczymi roślinami to nie najlepszy pomysł - stwierdziła klacz, będąca jednym z dwóch medyków. Jej imię z pewnością zaczynało się na literę na M, ale dalej nie byłam w stanie nic wskazać. Kazali mi chwilę posiedzieć, zabezpieczyli otwartą raną i pozwolili odejść. Byłam zdumiona ich zaradnością. Spodziewałam się większych problemów i o wiele dłuższego, a tymczasem łatwo przywrócili mnie do sił.
 - Zjaw się tu jeszcze jutro z rana, bądź w przypadku nieporządnych dolegliwości - urwał - dzisiaj - mruknął ogier, któremu na imię było Vanitas. Akurat go zapamiętałam. Skinęłam tylko łbem, na potwierdzenie, iż wszystko zrozumiałam. Podziękowałam i z radością opuściłam jaskinię. Pierwsze co poczułam po wyjściu, to silny wiatr owiewający moje ciało. Syknęłam, wspominając wcześniejszą, słoneczną pogodę. Nienawidziłam jesieni za tą zmienność. 
Nie pozostało mi nic innego, jak znalezienie ustronnego miejsca, w którym mogłabym schronić się przed zimnem. Połowa mijanych przeze mnie miejsc nie spełniała moich oczekiwań. W pewnym momencie spostrzegłam Caranthira, stojącego między skupiskiem drzew i z zamyśleniem wpatrującego się w dal. Uznałam, iż za pierwszym razem byłam wobec niego zbyt opryskliwa, toteż teraz chciałam porozmawiać na spokojnie. W przeciwieństwie do poprzedniego spotkania, ogier dostrzegł mnie od razu. Z ogromnej odległości. Cierpliwie czekał, aż kuśtykając dojdę do niego.
 - Cóż, już po wszystkim, żyję - uśmiechnęłam się lekko - Jeszcze raz dziękuje za ratunek.
 - Mówiłem już, to mój wojowniczy obowiązek - odparł.
 - Spełniasz się przynajmniej w tym zawodzie. Od dziecka planowałeś mieć rolę obrońcy stada? - zagadnęłam, starając się zapoczątkować rozmowę.

<Caranthir?>

29 wrz 2019

Od Shadowa do Caranthir

Stałem w lesie, była noc jedynie ściółkę leśną oświetlał księżyc, który wyglądał pomiędzy koronami drzew. Idąc ścieżką, szukałem, sam nie wiem czego. Nie poznawałem tego miejsca, nie były to tereny naszego stada, ani tereny gdzie bywałem wcześniej w swojej podróży. Gdzie jestem ? Jak się tu znalazłem? Galopowałem między drzewami, szukając jakieś istoty, znanego miejsca, a raczej wyjścia z tego lasu. Nagle spostrzegłem się, że nie ma ze mną mojego Surma. Coś było nie tak, nigdy mnie nie opuszczał, zawsze był blisko, coś mu się mogło stać. Od razu zacząłem dalej galopować i nawoływać Surma jednak nic nie słyszałem. Ze zmęczenia przeszedłem w stęp, zgubiony w czeluściach nieznanego lasu. W oddali zobaczyłem dziwną sierść, była jak ogień, pomarańczowa i puszysta, nie znam takiego zwierzęcia. Poszedłem trochę dalej i zobaczyłem dziwną kupkę wyglądająca jak ogień, jednak nie wydobywał się dym. Podszedłem ostrożnie, nie czułem żadnego ciepła. Nagle to coś się poruszyło, Gdy mnie zobaczyło to coś, od razu zerwało się na równe nogi, a raczej łapy i przybrało wojownicza pozycje. Przez moje ciało przeszła adrenalina, serce zaczęło mocniej bić, mięśnie się napięły, byłem gotowy do wali, jednak nic się nie działo, postanowiłem porozmawiać, zamiast od razu walczyć.
- Kim jesteś?
-Jestem lisem.Dość dziwny z niego był lis, wielości przypominał dorosłego psa, co posiadali ludzie, wkoło łba miał futro jak lew, a ogon nie wyglądał na lisią. Lis ma jedną kitę, a tu było 5 kit jednak w tym samym kolorze.
-Nie wyglądasz na normalnego lisa
-Bo nim nie jestem.Wypowiadając to, stwór zaczął świecić, a raczej palić się niebieskim światłem. Było to zjawisko magiczne.
-Zabije was wszystkich. – odparł palący lis, po czym spostrzegłem, że zdyszany leże pod drzewem a obok mnie śpi stado. Wstałem i poszedłem napić się zimnej wody, od razu się obudziłem i stwierdziłem, że to był sen, bardzo dziwny i groźny sen, nigdy takich nie miałem. Surm przysiadł na grzbiecie i zaskrzeczał, aby gdzieś pobiegać. Zgodziłem się na jego propozycję i od razu przeszedłem do cwału, Surm wbił się w powietrze, a ja po znacznej odległości od stada zmieniłem się w bestię i dalej biegłem, nie patrząc gdzie byle najdalej przed siebie. Biegłem dość długi czas, gdyż z myśli wyrwał mnie skrzek Surma, od razu przybrałem końską postać, a zza drzew wyłonił się ogier.
-Kim jesteś? - zapytałem nieznajomego
-Jestem Caranthir. Wojownik tego stada.
-Miło mi cię poznać a co robisz w nocy, zawsze tu było spokojnie, ostatnio przegnaliśmy wilka z April. Szukasz może zagrożenia?
-Wstałem i postanowiłem się przejść, zauważyłem dziwnie duże łapy, niedaleko stada. Trochę za duże jak na wilka, a jednak odcisk pasuje do łapy. Chcę sprawdzić co to. – Odpowiedział Caranthir a Surm od razu zaskrzeczał. Ogier popatrzył na drzewa i zauważył go, Surm usiadł na grzbiecie i zaczął, skrzeczeć. Tak miał race, dzisiaj byłem nieuważny i zostawiłem swoje odciski, gorzej, że ogier wie, że coś tu chodzi, trzeba być bardziej uważnym. Ogier patrzył na nas lekko zdziwiony.
-Och przepraszam- powiedziałem – Poznaj mojego przyjaciela Surma.

< Caranthir >

28 wrz 2019

Od Aviany CD April

Spojrzałam na medyka wchodzącego do jaskini, odwracając zaraz wzrok. Nie miałam najmniejszej ochoty chociażby patrzeć na któregokolwiek z nich. Do mych uszu dotarło tylko głośne westchnięcie, kiedy dwójka koni zaczęła po cichu rozmawiać na temat tego co teraz ze mną zrobić. Byłam dla nich ciężarem, problemem który trzeba było jak najszybciej rozwiązać. Myśleli, że nie wiedziałam? Widziałam to po ich zachowaniu, ich spojrzeniach, czułam tą niechęć do swojej osoby, ale mimo wszystko nie potrafiłam się tym bardziej przejąć. Bolało mnie to, co zrobili mi zabierając mi moje moce. Odzyskam je chociaż jeszcze? Do cholery, to musiał być jakiś żart.
Nie prosiłam nikogo o pomoc, nie chciałam tutaj wracać, ale jak zwykle musiało być tak jak oni tego chcą. Moje zdanie przestało się liczyć już dawno temu. Nawet teraz leżąc tuż obok nich, mogłam jedynie słuchać i przygotowywać psychicznie na wszystko co mnie czeka. Nie mogłam w końcu na to wszystko powiedzieć "Nie".



Kilka miesięcy później...

Spoglądając na błękitną wodę wspominałam dzieciństwo które w większości składało się z różnych przygód wraz z April. To wręcz niesamowite jak wiele przeszłyśmy razem, a jak bardzo oddaliłyśmy się od siebie przez pewne sytuacje...
April zaczęła coraz więcej czasu spędzać z Vanitasem, a ja wyraźnie widziałam, że mają się ku sobie, nawet jeśli mieliby zaraz się wszystkiego wyprzeć. Cała ta sytuacja była mi na rękę, dzięki temu klacz nie chodziła za mną jak cień martwiąc się co krok, a mogła po prostu zacząć żyć, tworząc nowe wesołe wspomnienia z ogierem który wpadł jej w oko. Życzyłam im szczęścia i nawet trochę zazdrościłam. April nigdy nie miała problemu żeby złapać z kimś dobry kontakt czy rozkochać kogoś w sobie, moją osobą nikt nigdy nie wykazywał większego zainteresowania, unikając mnie zazwyczaj będąc zmęczonym moim nazbyt dziecinnym i wesołym charakterem. Nawet gdy przestałam cieszyć się jak głupia co kilka sekund, wciąż nikt nie chce chociaż spróbować ze mną wytrzymać. Nikomu nie chce się zawalczyć, bo nigdy nie masz gwarancji jaki będzie finał. Może okazać się wyśniony w najpiękniejszych snach, a może być po prostu jeszcze większym utrapieniem którego ciężko będzie się pozbyć. To w sumie zrozumiałe, ja sama unikałabym siebie gdybym tylko miała takie możliwości.

Po niebie przefrunęło kilka ptaków, a ja pustym spojrzeniem towarzyszyłam im. Wciąż pragnęłam wzlecieć w niebo, ale darowałam sobie próby które i tak za każdym razem kończyły się porażką. Nie władała już mną obsesja którą skutecznie zwalczała droga mi kuzynka każdego dnia, starając się obudzić we mnie dawne zachowanie. Może nie skończyło się to tak jakby to sobie wymarzyła, jednak wiedziałam, że była ze mnie dumna i cieszyła się z tych drobnych postępów.
Obiecałyśmy sobie również nie wracać wspomnieniami do tamtych wydarzeń jeżeli nie ma naprawdę takiej potrzeby. Nie poruszałyśmy też tematu moich mocy, nawet ja miałam tą świadomość, że przywrócenie mi ich na obecną chwilę sprawiłoby tylko, że całe starania poszłyby na marne, a stado w którym przebywam już nigdy więcej nie ujrzałoby mnie.

Delikatny podmuch wiatru musnął moją skórę, a ja cichutko westchnęłam do siebie samej. Chciałam cofnąć czas, chciałam cofnąć się do chwili w której miał nas zaatakować wilk. To od niego wszystko się zaczęło i to on zrujnował życie mi, a zaraz potem ja zrobiłam to samo z życiem April.
Ale jest już dobrze, prawda? Lubiłam to sobie wmawiać, nawet jeśli nie wierzyłam w to całym sercem. Jest lepiej niż przedtem i tym razem nie zawalę tego.

- Dzień dobry, Avi. - dotarło nagle do moich uszu, kiedy zorientowałam się, że powolnym krokiem zmierza do mnie zbyt dobrze mi już znana klacz. Mogłam wyczuć jej uśmiech nawet na nią nie patrząc, towarzyszył jej dobry humor, byłam tego pewna.
- Dobry, April. - wymamrotałam nie odwracając wzroku od wody. - Vanitas?
- Słucham?
- Czy za twoim dobrym humorem stoi Vanitas? Obstawiam, że tak. - szepnęłam kładąc łeb na ziemię. Klacz położyła się tuż obok mnie i przez chwilę w ciszy obserwowałyśmy spokojną i czystą wodę przed nami. Nie czułam się niezręcznie, bliżej było mi do obojętności. To ona stała się moim nieodłącznym elementem każdego poranka, południa czy wieczora. Nie miałam siły jak i ochoty ekscytować się czymkolwiek, a tym bardziej udawać, że wszystko mnie cieszy.
- Czy kiedyś ktoś w końcu usłyszy mój głos? Czy kiedyś ktoś w końcu da mi szansę? - wystrzeliłam nagle, dziwiąc nie tylko samą April, ale też i siebie. Próbowała coś powiedzieć, jednak ja skutecznie przerwałam jej kontynuując. - Jest już za późno. Tak, wiem. Ale chciałabym wierzyć, że jednak jeszcze czeka mnie coś dobrego w tym życiu. Chciałabym wierzyć w lepsze jutro, ale jakoś nie przekonują mnie te wizje. To cięższe niż się może wydawać.
Klacz nie odezwała się już i nawet nie próbowała. Ponownie cisza otoczyła nas, a ja spojrzałam na nią kątem oka. Myślała nad czymś intensywnie, to było widać gołym okiem. Nie chciałam jej przerywać ani jej przeszkadzać, dlatego zaraz odwróciłam wzrok, wracając do poprzedniej czynności. Czekałam aż coś zrobi, odezwie się, a otoczenie wprawiało mnie coraz bardziej w senny nastrój. Ziewnęłam przeciągle, przymykając oczy. Czułam delikatnie iskrzącą radość na dnie serca, radość, że chociaż April nie poddawała się względem mnie i była przy mnie nawet wtedy kiedy wydawało mi się, że tego nie potrzebuję, chociaż było zupełnie na odwrót. Zawdzięczałam jej więcej niż mogłaby sobie wyobrazić i więcej niż kiedykolwiek byłabym wstanie się jej przyznać.

< April? >

26 wrz 2019

Od April CD Aviany

Przez cały czas wlepiałam swój wzrok w Avianę, obserwując jej każdy ruch. Na początku zachowywała się normalnie (w miarę normalnie) , ale po chwili, gdy na niebie pojawił się niewielki, latający spokojnie ptak, zaczęła się zachowywać jak obłąkana. Wlepiła swoje oczy w ptaszynę, a po chwili zobaczyłam, jak ciało klaczy upada bezwładnie na ziemię, a ptak odlatuje. Natychmiast pojęłam co właśnie się stało.
-Aviana! Zatrzymaj się! - zaczęłam ją gonić, wiedząc, że i tak nie mam szans. Jak niby miałam dogonić ptaka?
Na szczęście spostrzegłam Phanthoma, latającego spokojnie po niebie. Ogier doskonale wiedział o stanie Aviany (właściwie to wszystkie konie ze stada wiedziały, na wszelki wypadek) i po moich zdesperowanych krzykach najwyraźniej zrozumiał co się dzieje. Podleciał blisko ptaka i złapał niewielkie zwierzątko w swoje ciężkie kopyta, lecąc w moją stronę. Odetchnęłam z ulgą, lecz nie trwało to długo, gdy spostrzegłam, jak Tom wypuszcza ptaka. Prawie spanikowałam, gdy dotarło do mnie, że Aviana próbuje teraz uzyskać kontrolę nad pegazem. Na szczęście Tom szybko wywalczył sobie władzę nad własnym ciałem i zobaczyłam, jak kara klacz podnosi głowę z ziemi i zaczyna rozglądać się wokół zdezorientowana. Phanthom zaczął lecieć w moją stronę, a wtedy zauważyłam, jak Aviana wpatruje się w ciało ptaka leżące na ziemi i próbuje się do niego przyczołgać.
-Oczy! Zakryj jej oczy! - krzyknęłam do ogiera, który znajdował się już na ziemi.
Pegaz podniósł z ziemi liść, którym już po chwili zakryliśmy oczy klaczy. W tym momencie miałam tysiące myśli w swojej głowie, zastanawiając się nad tym co powinnam zrobić dalej. Musieliśmy działać szybko. Powaliliśmy klacz na ziemię i położyłam jedno kopyto na jej brzuchu, by utrzymać ją w miejscu.
-Idź po Vanitasa i Mauer! Ja ją przypilnuję - rozkazałam Phanthomowi.
Kiwnął głową i poszybował w górę. Aviana nieoczekiwanie zaczęła się śmiać, ale po chwili zaczęła się dusić i kaszleć. Ucichła, a ja coraz bardziej zmartwiona stanem kuzynki czekałam na pomoc. Te parę minut ciągnęło się w nieskończoność, ale odetchnęłam z ulgą, gdy ujrzałam biegnących w moją stronę Mauer oraz Vanitasa. Ogier wepchnął leżącej klaczy coś do pyska i po chwili poczułam, jak mięśnie Aviany się rozluźniają.
-To sprawi, że zaśnie - wyjaśnił medyk, a stojąca przy nim klacz tylko przytaknęła.
Z niewielką pomocą Phanthoma udało nam się przemieścić moją kuzynkę do jaskini Vanitasa, gdzie medyk przygotował napar, który miał zablokować moce klaczy na czas nieokreślony, dopóki jej nie wyleczymy. Serce łamało mi się z powodu naszych drastycznych metod, ale wiedziałam, że to nieuniknione. Naszym planem było całkowite wyleczenie i terapia Aviany, ale czy się uda i ile czasu to zajmie? Nikt tego nie wiedział, ale wierzyłam w naszych medyków i miałam nadzieję, że uda im się coś zdziałać. W jaskini Vanitasa spędziłam noc, pilnując klaczy. Rano obudziłam się wcześnie i zaczęłam wpatrywać się w nią, tysiąc myśli napłynęły do mojej głowy. Moje rozmyślania zostały przerwane, gdy zobaczyłam, że Aviana obudziła się i spoglądała na mnie.
-Aviana? Jak się czujesz? - spytałam, uśmiechając się.
Jednak ona spojrzała się na mnie spod byka i odwróciła wzrok, nie odpowiadając mi. Poczułam ciężkie uczucie winy w swoim sercu, ale wierzyłam, że w końcu wróci do siebie. Bolało mnie to, w jaki sposób się zachowywała. Wzrok mojej kuzynki niemal natychmiastowo powędrował w stronę ptaków, które wleciały do jaskini. W skupieniu obserwowałam ją. Widziałam, że próbuje użyć swej mocy i odetchnęłam z ulgą, kiedy jej się nie udało. Napar Vanitasa zadziałał. Jednak klacz wydawała się załamana, w jej oczach zaszkliły się łzy. Westchnęłam ciężko, ale uśmiechnęłam się, gdy spostrzegłam medyka wchodzącego do jaskini.
-Zadziałało - powiedziałam - Co teraz? Co teraz zrobimy? - spytałam.
<Aviana?>

23 wrz 2019

Od Alexi CD April

- Jeszcze nie - odpowiedziałam. - Nie zdążyłam jeszcze nikogo spotkać na szczęście - odetchnęłam z ulgą.
- Czemu tak mówisz? - klacz spojrzała na mnie pytająco.
- Nie jestem zbyt towarzyską klaczą...
- Czy to przez nieśmiałość?
- Możliwe, że i to miało na to wpływ, ale... - zawiesiłam się, gdyż o mały włos nie powiedziałabym za dużo.
- Ale...?
- Naprawdę muszę powiedzieć? - nie zbyt mi się to uśmiechało.
- Nie no jeśli nie chcesz...
- Tu nie o to chodzi - wyznałam.
- A o co?
- O reakcję. Obawiam się że zareagujesz jak reszta - spuściłam łeb na dół.
- Czyli? O co chodzi?
- Że mnie wyśmiejesz - odpowiedziałam cicho.
- Czemu miałabym Cię wyśmiać? - po tonie klaczy wywnioskowałam że jest nieźle zdziwiona.
- Bo ja nie do końca jestem koniem, to znaczy nie od urodzenia. Stąd ta slamazarność...
- Nic takiego nie zdążyłam zauważyć.
- Jeszcze, bo mnie krótko znasz. Ale to wszystko przez poprzednie wcielenie i Senopie - powiedziałam. - I klątwę - dodałam ciszej.
- Jaką klątwę?!
- Spokojnie, nikomu się nie oberwie. Chyba. Klątwę rzuciła na mnie czarownica z Senopii jako karę za zdradę.
- Nic nie rozumiem - przyznała.
- Wcale się nie dziwię - przyznałam.
Na chwilę powróciłam myślami w tamten dzień. Wszystko działo się praktycznie zaraz przy Lesie Wygnańców. Król Senopii, bezwzględny Teroyoko, stał pośrodku dumnie wyprostowany, groźnie spoglądając na mnie. Po jego lewej stronie stała starsza szamanka, z pozoru niewinna staruszka, a jednak wielkie zło. Nikt tak naprawdę nie znał jej prawdziwego imienia, ale wołali na nią Freja, gdyż uwielbiała koty (zaraz po klątwach i czarnej magii). Po prawej zaś stała o wiele młodsza szamanka, której kruczoczarne długie włosy powiewały z wdziękiem. O ile starsza zachowała kamienną twarz, o tyle młodsza uśmiechała się złośliwie. Potem wszystko działo się szybko. Zarzucili mi zdradę stanu, która nie była prawdą. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć mój los został zapieczętowany. Z blondwłosej wojowniczki stałam się koniem. Magicznym koniem noszącym na swych barkach poczucie winy za zawiedzenie Senopii i klątwę, która mi o tym przypominała. To było okropne.

<April?>

19 wrz 2019

Od Caranthir'a CD Shanti

Przeszłość.
   Po wykonaniu swoich codziennych zadań, Caranthir udał się do laboratorium, oddalonego zaledwie kilka metrów od kwater wojska konnego. Stukot jego kopyt o twardą posadzkę niósł się na pobliskie sale, w których pracowali zielarze oraz chemicy, lecz ci nie obawiali się ogiera, a bardziej cieszyli na jego widok.
— Jak idą pracę nad nową osłoną? — spytał ogier jednego z chemików, który akurat wyszedł z sali.
— Zaskakująco dobrze. — odpowiedział z uśmiechem — Dzisiejsze wyniki potwierdziły, że ukończenie badań jest bliskie. — dodał zaraz.
— Bardzo dobrze. — rzekł spokojnie — W takim razie miłej pracy.
Gdy młody chemik z uśmiechem oddalił się od ogiera, ten mógł przemierzać długi korytarz, dzięki któremu zaraz doszedł do swojej prywatnej sali. W jej środku znajdował się obca istota żyjąca, która nie przypomina żadnego z obecnie istniejących zwierzyn. Sam Caranthir zaczął badania nad nią i pomimo kilku dni pracy, nadal nie posiadają żadnych informacji. Młody alfa zajął swoje miejsce w bezpiecznej klatce i mackami cienia zaczął badać obiekt, który od czasu do czasu wydobywał z siebie ciche piski.
— Co dzisiaj robisz? — usłyszał nagle głos młodej klaczy, która akurat weszła do sali.
— To samo, Verinne. — odpowiedział w skupieniu — Nie powinnaś być na zajęciach iluzji? — spytał ogier i zerknął na swoją córkę.
— Profesor się rozchorował i wcześniej nas wypuścili. — rzekła spokojnie i przyglądnęła się nieznanemu bytowi — Nadal nie wiadomo, co to za maleństwo?
— Podejrzewam, że jest to jakiś gad lub płaz, lecz ciężko w tej fazie to określić. — spojrzał na byt — Myślę, że jak podrośnie, to łatwiej będzie go określić.
Gdy młoda Verinne była gotów wypowiedzieć kolejne słowa w stronę ojca, jej mowa została przerwana przez potężne uderzenie, którego dźwięk dobiegał od centrum stada, a samo drganie przeszło po ciele alfy. Konie zaraz po sobie spojrzały i prędkim galopem udali się do wyjścia z laboratorium, do którego wkradały się liczne rżenia oraz.. warczenia. To, co ujrzeli na miejscu, zszokowało młodego alfę, który to teraz musi pokazać, jak bardzo ważne jest dla niego stado.
— Biegnij do Ariel i zbierz grupę szamanów oraz czarowników. — powiedział szybko ogier — Ja zostanę z wojownikami.
Młoda klacz przytaknęła i portalem przeniosła się w tereny zamieszkałe, natomiast Caranthir przystąpił do obrony swojego stada.
Kilka dni później.
   Wojna wybiła większość mieszkańców tych terenów, lecz nie umarli oni od zadanych im obrażeń, a od broni chemicznej, którą wypuścił smoczy szaman. Pomimo dobrych zielarzy oraz lekarzy, nie udało się ich uratować, w tym córki alfy, która umarła kilka dni po zakończeniu wojny. Jego syn poległ w trakcie walki, natomiast Ariel.. została zamordowana przez niedobitków. Tego dnia stado się rozpadło i każdy kto przeżył, poszedł w swoją stronę.
Teraźniejszość.
   Caranthir dość często korzystał ze smoczej klątwy i w tej też postaci przemierzał nieznane mu ziemie, w celu oddalenia się od rodzinnego miejsca. Mijały tygodnie, miesiące, ogier był coraz dalej, a jego umysł jeszcze bardziej zamknięty..
Czując liczne zagrożenie ze strony dzikich zwierzyn, musiał dołączyć do pierwszego napotkanego stada, które o dziwo go przyjęło z otwartymi kopytami i posadzili na stanowisko wojownika, co ogierowi nawet pasowało. Czas jednak było zapoznać się z okolicą, a że długo przebywał w smoczej postaci, jego kroki momentami były niepewne, a brak skrzydeł na grzbiecie sprawiał mu lekki dyskomfort. Szybko jednak przywykł do swojej prawdziwej natury, odrzucając w głąb smocze myśli, przechodząc od razu w cwał, dla poczucia choć odrobiny wolności.
Gdy odkrył większość terenów, udał się w miejsce, które najbardziej go urzekło, a konkretnie pod samotne drzewo, które idealnie opisuje jego samego. Wiatr delikatnie muskał rozgrzane ciało ogiera, a grzywa lekko falowała z ciepłym wiatrem, co trochę pozwoliło mu uciec od złych myśli. Ten stan trwał dość długo, do momentu pojawienia się klaczy ze stada i pewnie gdyby nie jego skupienie, już wcześniej zdołałby ją usłyszeć czy wyczuć. Ich wspólna rozmowa się nie kleiła i choć ogier chciał zapoznać się z członkiem stada, nie potrafił wydusić z siebie miłego słowa, a wszelkie wredne były hamowane, gdyż Caranthir nie chciał urazić nowej towarzyszki, której imię zapadło mu w pamięć — Shanti. Jednak ich rozmowa nie trwała za długo, czego można było się spodziewać od początku, więc ogier powrócił do swoich przemyśleń, lecz gdy on sam wyczuł zapach zagrożenia, odruchowo spojrzał w kierunku oddalającej się klaczy oraz.. wilka. Psowaty szybko przystąpił do ataku na pojedynczego osobnika, na co Caranthir od razu zareagował i przystąpił do obrony klaczy, a zaraz zlikwidowania zagrożenia. Shanti podziękowała i wstała z ziemi o własnych siłach, choć rana na jej grzbiecie nie wyglądała najlepiej.
— Dobrze będzie, jak udasz się z tym do medyka. — oznajmił ogier i zerknął na jej ranę — Krew za szybko uchodzi. Możliwe, że uszkodził jedną z głównych żył.. — dodał bardziej półszeptem i jakby do siebie. Wtem jego słuch zarejestrował kolejne kroki wilków, które wyczuły zapach krwi. — Wataha się zbliża.. — zerknął ponownie na klacz — Idziesz czy czekasz na włochatych kolegów? — dopytał kopytnej, "włączając" charakter nadopiekuńczo ostrego ogiera.

Shanti?