19 sie 2019

Od April CD Vanitasa (do Aviany)

-Okej, pójdę z tobą. Chwila, to mają być liście tej samej rośliny?- spytałam, a ogier pokiwał głową - W takim przypadku wy też musicie się udać do Lasu Zguby z nami - odparłam.
Ruszyliśmy. Ptak prowadził nas taką samą drogą, którą leciał wcześniej, by przegonić wilka. Gdy już znaleźliśmy się przy wejściu do lasu, Vanitas niespodziewanie zabrał głos:
-To ta roślina - powiedział, patrząc się na dziwnie wyglądającą paproć, znajdującą się zaraz przy wejściu do lasu.
Więc to był ten krzaczor, który zablokował moce Aviany. Westchnęłam, zastanawiając się, co robić.
-Okej, ja pójdę po dwa liście tej rośliny - Vanitas spojrzał się na mnie niepewnie - Wiem, że to może mieć fatalne skutki, ale ja muszę to zrobić. Będę uważać, zrobię to szybko. Tymczasem ty idź po drugi składnik do antidotum - powiedziałam i ruszyłam w kierunku rośliny.
Aviana i Laisrean patrzyli się na mnie niepewnie. Szybkim krokiem zbliżyłam się do rośliny i wyrwałam z niej dwa liście. Vanitas tymczasem zajął się drugim składnikiem i przenieśliśmy je do jego jaskini. Szczerze - czułam się całkowicie normalnie. Tak, jakby ta roślina w ogóle na mnie nie zadziałała. Usiadłam na ziemi zaraz obok Laisreana i zaczęłam przyglądać się ogierowi przygotowującemu lek.
-Czyli.. jeżeli wypije ten lek, to wróci do normy, tak? - spytałam, nadal nie będąc pewna - Czy to ma jakieś skutki uboczne?
Vanitas odwrócił się i spojrzał na mnie niepewnie. Wyglądał na zamyślonego, tak jakby wiedział coś, ale nie chciał mi o tym powiedzieć. Po chwili westchnął przeciągle.
-Właściwie to tak. Co prawda nie zdarza się to często, ale czasami skutki uboczne są obecne - powiedział.
To tylko sprawiło, że czułam się jeszcze gorzej. A co jeśli Aviana już nie będzie taka sama? Przez głowę przebiegało mi mnóstwo najgorszych scenariuszy. Siedzieliśmy w ciszy, nie odzywając się do siebie nawzajem. Vanitas był zbyt zajęty przyrządzaniem antidotum, a tymczasem Laisrean nie wyglądał na skorego do rozmowy. Aviana siedziała w jednym z rogów jaskini, obserwując wszystko uważnie. Po pewnym czasie ciszę przerwał medyk, powiadamiając nas o tym, że lek będzie gotowy dopiero za parę godzin. Zauważyłam, że na zewnątrz powoli zaczynało robić się ciemno. Dzisiejszy dzień był na tyle męczący, że poczułam, jak moje mięśnie powoli się rozluźniają, a ja odpływam wprost do krainy snów.
Aviana?

18 sie 2019

Od Vanitasa CD. Phanthoma

Przez spory czas mojego biegu słyszałem nad sobą szum skrzydeł Phanthoma. Dźwięk ten świadczył o jego obecności, także byłem spokojny. W pewnym momencie rozległ się świst i głuchy łoskot, aż po chwili zapadła dookoła mnie całkowita cisza. Zatrzymałem się gwałtownie i obejrzałem w tył. Dzisiejsza noc zdecydowanie należała do najciemniejszych, jednak me oczy przy mocy księżycowego światła były w stanie dostrzec kształty poszczególnych rzeczy. Wbiłem spojrzenie w górę, szukając gdzieś ponad koronami drzew sylwetki pegaza. Jedyne co widziałem to gwiazdy rozsypane po całym niebie. Porozglądałem się jeszcze przez chwilę dokoła, szukając zagrożenia i mojego towarzysza. Stawiałem delikatnie kopyta, aby nie wydać żadnego dźwięku. Niespodziewanie do mych uszu dostrzegł ostry krzyk. Ludzie. Skuliłem się i przyległem do ziemi. Byli blisko. Mieli ze dziwny rodzaj światła, dzięki czemu byłem w stanie dostrzec co się stało. Na podłożu, między kupkami liści leżał Phanthom. Nawet z tej odległości byłem w stanie stwierdzić, iż nie był do końca przytomny.  Dwunożni otoczyli go, uniemożliwiając mi wgląd na zaistniałą sytuację. Warknąłem cicho i lekko wysunąłem łeb w górę. Klęknęli przy nim i rozłożyli jego skrzydło. No tak, to nie jest dla nich codzienny widok. Zaczęli dokładnie obmacywać jego pióra, a jeden z nich postanowił wyrwać kilka. Syknąłem. Wiedziałem jak taka strata boli pegaza, więc fakt, iż póki co Phanthom spał był całkiem pocieszający. Ludzie zaczęli porozumiewać się między sobą, wskazując co chwilę na ogiera. Moja bezradność w tym momencie mnie dobijała. Jeden z nich odłączył się od reszty i pobiegł w stronę ich obozowiska. Po chwili wrócił z grubą liną. Zarzucili ją pomiędzy nogi konia i mocno zawiązali. Każdy złapał za sznur i zaczęli go ciągnąć przed siebie. Starałem się zachować spokój i dyskretnie za nimi przemieścić. Musiałem reagować. Korzystając z umiejętności telekinezy, uniosłem jakiś kawał drzewa i rzuciłem im na drogę. Cała gromada gwałtownie zahamowała. Zacząłem rzucać na ich trasę niewielkie przedmioty, takie jak gałązki czy kamyki. Zaczęli się panicznie rozglądać dookoła, aż w końcu któryś z nich rzucił liną na ziemię i pobiegł przed siebie. Reszta poszła w jego ślady, zostawiając Phanthoma w spokoju. Gdy upewniłem się, że są daleko, podbiegłem do ogiera i kucnąłem przy nim. Zacząłem przy pomocy wszelkich mocy i znajdujących się w pobliżu roślin, przebudzić go do stanu przytomności. Trochę mi to zajęło, jednak w końcu ogier uchylił powieki i spojrzał na mnie niemrawo. W tym samym czasie znowuż to usłyszałem w oddali odgłosy rozmów. Nie wiem czy szli w tym kierunku, czy też postanowili wrócić do domu, ale wolałem nie dmuchać na zimne.
 - Wiem, że nie czujesz się dobrze, ale zmykajmy - mruknąłem.

Phanthom?

Od April CD Vanitasa

Byłam bardzo wdzięczna ogierowi za jego pomoc. Gdyby nie on, najprawdopodobniej już bym się wykrwawiła. Gdy Vanitas spytał się mnie o okoliczności zdarzenia, dokładnie wszystko mu opowiedziałam. Oczywiście ogier jako mój lekarz uprzedził mnie, że nie wypuści mnie, dopóki mi się nie poprawi, co wywołało uśmiech na moim pysku.
-Poza tym, co zamierzasz zrobić z pułapkami dwunożnych na terenie stada? - ciszę przerwał głos Vanitasa.
Westchnęłam, przypominając sobie o tym. No właśnie, będę musiała nad tym jeszcze pomyśleć - narazie nie miałam konkretnego planu, ale trzeba będzie jakoś temu zaradzić. W końcu pewnie tych pułapek jest więcej, co może oznaczać, że inne konie też mogą zrobić sobie krzywdę.
-Właściwie to jeszcze nad tym nie myślałam - zaczęłam - Ale najistotniejszą rzeczą teraz jest ostrzeżenie reszty stada o niebezpieczeństwie. Byłbyś w stanie to dla mnie zrobić? - spytałam się niepewnie.
Nie chciałam obciążać go swoją pracą, ale nie miałam innego wyjścia. Nadal byłam dość słaba, a wcześniej powiedział mi, że nie wypuści mnie, póki nie wyzdrowieje, więc ja nie mogłam tego zrobić. A przecież czas się liczył - inne konie musiały się dowiedzieć jak najszybciej, bo inaczej również mogłyby stać się ofiarą pułapek.
-Oczywiście, to nie będzie problem - odparł - Lepiej się nigdzie nie ruszaj i odpoczywaj.
Uśmiechnęłam się i pokiwałam głową, a Vanitas wyszedł z jaskini. Nie mając nic innego do roboty, ułożyłam się wygodnie i zaczęłam wpatrywać w niewielkie rośliny rosnące zaraz przy wejściu do jaskini. Po chwili jednak poczułam zmęczenie i moje oczy powoli się zamknęły.
Gdy się obudziłam, z zaskoczeniem spostrzegłam, że na zewnątrz jest już ciemno. Spałam tak długo? Rozejrzałam się, lecz nigdzie nie było Vanitasa. Zdziwiona zaczęłam się zastanawiać, gdzie mógłby być. W końcu powiadomienie reszty stada o niebezpieczeństwie nie powinno było zająć mu tyle czasu. Powoli zaczynałam się martwić i już miałam wstać i iść go poszukać, gdy nagle usłyszałam odgłosy kopyt uderzających o ziemię, a po chwili do jaskini wszedł Vanitas. Odetchnęłam z ulgą, widząc go i uśmiechnęłam się.
-Jak się czujesz? - zapytał, widząc mnie.
-Już całkiem dobrze. Myślisz, że jutro będę mogła już stąd wyjść? Powinnam rozejrzeć się po terenach i zobaczyć, czy tych pułapek jest więcej - powiedziałam.
Vanitas?

16 sie 2019

Od April CD Shadowa

Ta sytuacja nie wyglądała dobrze. Od samego początku miałam wątpliwości co do tego planu. Moje obawy okazały się realne, gdy wataha postanowiła nas zaatakować. Shadow wytworzył ścianę z ognia, lecz niewiele to dało. Wilki nie wydawały się przestraszone ogniem i zaczęły wymijać płomienie. Wtedy stało się coś, co mnie zdziwiło - Shadow zamienił się w wilka. I to dużego. O wiele większego, niż wilki z obcej watahy. Myślałam, że napastnicy po zobaczeniu wilczej formy ogiera zdecydują się wycofać, jednak byłam w błędzie. Samiec Alfa wyszedł na przód i stanął przed Shadowem. Z jego gardła wydobyło się gardłowe warknięcie, a on sam stanął w pozycji bojowej. Ogier (to znaczy aktualnie wilk) zrobił to samo. Gdy spojrzałam się w stronę Phanthoma i nawiązałam z nim kontakt wzrokowy, wiedziałam, że myśli o tym samym co ja.
Kiedy samiec Alfa poczuje się zagrożony przez innego wilka, który będzie chciał przejąć jego pozycję w stadzie, będą walczyć.
W głowie usłyszałam głos mojej matki, mówiącej do mnie te słowa, gdy jeszcze byłam małym źrebakiem. Skarciłam się w myślach. Jako przywódczyni powinnam była bardziej to przemyśleć i lepiej się przygotować - a tymczasem swoją niedokładnością właśnie naraziłam na niebezpieczeństwo dwóch członków mojego stada. Ale teraz już nie byłam w stanie nic zrobić i mogłam tylko modlić się o to, by Shadow wyszedł z tego bez szwanku. Oba wilki zaczęły krążyć wokół siebie, warcząc gardłowo. Wpatrywałam się w nie i czekałam w napięciu na to, co stanie się później. Nagle zrozumiałam, że coś jest nie tak. Rozejrzałam się i ku mojemu zdziwieniu spostrzegłam, że nie widzę nigdzie Surma. To było dziwne... Orzeł nigdy nie opuszczał Shadowa, w żadnej sytuacji. Jednak postanowiłam się tym nie przejmować i skupić się na rozgrywającej się walce. Alfa watahy pierwszy rozpoczął atak. Rzucił się na Shadowa, próbując go powalić. Jednak Shadow dzięki temu, że był większy, szybko zrzucił mniejszego na ziemię, gryząc go w szyję. Alfa zaskomlał, ale szybko się otrząsnął, gdyż znowu rzucił się na drugiego, drapiąc go po brzuchu. Wilki gryzły się nawzajem i drapały, agresywnie tarzając się po ziemi. W pewnym momencie usłyszałam skowyt i zobaczyłam krew. Z przerażeniem stwierdziłam, że ranny został Shadow. Z rany na jego brzuchu leciało dużo szkarłatnej cieczy, lecz wrócił do walki, atakując Alfę watahy, na którego ciele po chwili pojawiła się wielka, głęboka rana. Ale żaden z nich nie chciał odpuścić i walka toczyła się dalej, a z każdą sekundą byłam coraz bardziej zaniepokojona. Nagle Shadow wgryzł się w szyję drugiego wilka i agresywnie rzucił nim o ziemię. Ku mojemu zdziwieniu wilk podniósł się, lecz widać było, że jest już o wiele słabszy. Mimo osłabienia, udało mu się zranić Shadowa, wgryzając się w jego łapę. Wtedy usłyszałam skrzek, a gdy spojrzałam w górę, ujrzałam Surma. Odetchnęłam z ulgą na jego widok. Orzeł zaczął pikować w stronę walczących wilków i wleciał prosto na naszego wroga. Zaczął drapać go po szyi. Basior próbował się bronić, lecz ptak walczył zawzięcie i w końcu wilk upadł na ziemię. Nie był martwy, ale ledwo dyszał. Gdy zobaczyłam, że Shadow idzie w jego kierunku, odezwałam się:
-Stop, Shadow, nie zabijaj go. 
Spojrzał się na mnie zdziwiony, ale posłuchał mnie i odsunął się. Podeszłam do leżącego basiora, który ledwo dyszał. Rany na jego ciele były głębokie i lało się z nich dużo krwi - wiedziałam, że wyleczenie ich będzie wymagało dużo czasu. Spojrzał się na mnie i zawarczał cicho. 
-Spokojnie. Nic ci nie zrobimy, jeśli obiecasz, że odejdziesz z naszych terenów i już nigdy więcej cię tu nie zobaczę. Jednak jeśli odmówisz - mówiąc to spojrzałam się na Shadowa - on się tobą zajmie. I mogę ci zagwarantować, że nie wyjdziesz z tego żywy. 
Pokonany basior spojrzał się na mnie z niezadowoleniem, ale nie miał innego wyjścia, niż przystać na moją propozycję. 
-Dobrze, niech tak będzie, odejdziemy - powiedział cicho. 
Reszta watahy, która przez cały czas przyglądała się walce, nadal stała nieruchomo, ale dwa wilki podeszły bliżej by sprawdzić stan swojego przywódcy. Ja natomiast odwróciłam się w stronę Shadowa. Wyglądał na osłabionego, a z rany na jego brzuchu leciało dużo krwi. Podeszłam do niego i skupiłam się na ranie, używając swojej mocy uzdrawiania.
<Shadow?>

15 sie 2019

Od Mauer CD Phantoma

– Miłych snów – usłyszałam od pegaza.
– Wzajemnie.
Byłoby świetnie, gdybym tej nocy miała te dobre sny. Od dawna noc raczej nie przynosiła mi zbyt wiele wypoczynku. Ogier zamknął oczy. Przyjrzałam się znakowi na jego łbie. Byłam ciekawa, jaką moc ćwiczył, choć nie chciałam go o nic wypytywać. Musiała go nieźle wykończyć. Byłam zdania, że jeśli ktoś chciałby się czymś ze mną podzielić - sam to powie. Mogłam usłyszeć równy, spokojny oddech ogiera. Sama też postanowiłam się nieco wyciszyć.
Znów śniło mi się to samo. Niezwykła, niemal bajeczna kraina, znajdująca się za pustkowiem poza Lasem Zguby. Bardzo, bardzo daleko. Często się zastanawiałam, jak przeżyłam taką podróż.
Widziałam wielkie drzewo z fioletowymi liśćmi i świetlikami latającymi między gałęziami. Na skraju lasu, niedaleko głównego miejsca pobytu mojego dawnego stada.
Był też smok. Może nie był w rzeczywistości aż tak wielki, jak zapamiętało go źrebię, ale liczna grupa wojowników i zwykłych koni stających do walki nie dała mu rady. Pamiętam pumę, która na pewno nie była zwykłą pumą. Od dnia masakry często widywałam ją we własnym odbiciu. Pamiętam martwe ciała wszystkich, z wyjątkiem mojego brata. I pamiętam piękne, metaliczne oraz zimne w dotyku łuski pokryte krwią, która do tej pory nie zaschnęła. Sprawdzałam to każdego dnia.
Obudziłam się zlana potem. Widziałam go, widziałam mojego brata. Musiał żyć.
Ale czy mnie szuka..?
Był jeszcze środek nocy. Phantom spał wystarczająco mocno, bym go nie obudziła swoim nagłym zrywem. Naprawdę musiał być zmęczony. Wiedziałam, że już nie zasnę, więc odeszłam znaczny kawałek i znalazłam się w lesie. Światło księżyca, odbijane przez mój róg, wystarczyło, bym widziała, gdzie idę. Znalazłam małą sadzawkę między drzewami. Woda jakby świeciła na jasnoniebiesko, rozjaśniając wszystko dookoła, a nad nią latały małe wróżki. Weszłam do chłodnej cieczy, jej powierzchnia sięgała mi niemal do grzbietu. Było tak pięknie dookoła. Idealne miejsce do ćwiczenia. Duże krople wody uniosły się nad powierzchnię. Wpadła w nie z impetem jedna z wróżek. Zaśmiałam się i oberwałam drobiną cieczy w twarz. Małe istotki zaczęły się bawić tym, co im wyczarowałam. Poczułam jakąś wewnętrzną energię, pierwszy raz w życiu doświadczyłam czegoś takiego. Siłą woli stworzyłam ścianę wody nad swoim ciałem. Pierwsza wróżka stwierdziła, że śmiesznie mnie będzie rozproszyć i cała wodna "konstrukcja" runęła prosto na mnie, bo fruwające istoty oczywiście zdążyły uciec. Usłyszałam ich cichutki śmiech, ja też swojego nie mogłam powstrzymać. Sama nie wiem, kiedy zaczęłam śpiewać, wpatrując się w gwiazdy. W końcu mogłam być sobą. Poczułam, że może znalazłam swój drugi dom, przynajmniej tu w lesie. Strumienie wody samoistnie powędrowały w górę mojego ciała i wchłonęły się w moją grzywę i ogon. Te na chwilę zaświeciły, jak sama ciecz. Usłyszałam ciężkie kroki. Spanikowałam i chwilę później wyskoczyłam z wody jako jasnoszara puma. Zza drzew wyszedł nienaturalnie duży wilk, a zaraz za nim orzeł usiadł na gałęzi. Zerwałam się do biegu, jako kotowate byłam dużo szybsza niż w normalnej postaci. Wskoczyłam na jakieś drzewo i siedziałam tam, dopóki nie upewniłam się, że nikogo nie ma. Nie miałam pojęcia, że zaszłam aż tak daleko, by spotkać wilka. Jeszcze w takim duecie.. Słyszałam jednak, że to drapieżniki się zbliżyły do nas. Postanowiłam za dużo o tym nie myśleć.
Gdy wracałam do reszty stada, robiło się już jasno. Po drodze jeszcze raz spotkałam wróżki i zdążyłam zostać oblana wodą. Nieco mnie to orzeźwiło. Na polanę wróciłam więc cała mokra. Nie widziałam nikogo w pobliżu, więc poskubałam trochę trawy. Usłyszałam za sobą szelest. Odwróciłam się gwałtownie i spojrzałam prosto na pegaza. Nie powiem, zaskoczył mnie, delikatnie mówiąc.
– Och, to tylko ty – odetchnęłam, śmiejąc się cicho z własnej nerwowości.

Phantom?

Od Hope cd. Laisreana

Las Świetlików był dość ciekawym miejscem, jeśli znalazłeś dobre miejsce, mogłeś leżeć w cieniu cały dzień, a ja takie znalazłam. Między dwoma klonami leżałam na ziemi i skubałam powoli trawkę, czerpiąc garściami, z tego spokojnego dnia i co ważniejszego, cichego miejsca. Nowe stado zapowiadało się całkiem dobrze, przywódczyni i jej doradczyni były bardzo sympatyczne, tereny ładne i chociaż reszty członków jeszcze nie poznałam, było mi tu dobrze. Przynajmniej na razie. Położyłam łeb na trawie i westchnęłam. Nawet po tylu latach nie mogę zapomnieć o byciu drapieżnikiem, ostre pazury i zęby, gęste futro, skradanie się, wspinanie po drzewach… koń tego nie potrafi i jedyne, co mnie przekonuje do mojej postaci, to skrzydła. Tylko one dają mi jakąkolwiek satysfakcję z bycie roślinożercą, w końcu podbiłam niebiosa, ale jakim kosztem. Zamknęłam na chwilę oczy i pozwoliłam sobie usnąć na krótką chwilę. Obudził mnie szelest, ktoś się zbliżał. Znudzona faktem, że powinnam poznać nowe osoby, zmusiłam się do wstania, rozciągnęłam i zaczęłam jeść trawę. Dalej dziwnie smakowała i brakowało mi surowego mięsa, ale wiedziałam, że jako koń go nie tknę. Mimo wszystko żołądek nie był przystosowany do tego.
W końcu pojawił się przybysz. Był to ziemski koń, bułany w białe plamy o jasnej sierści. Wyglądał na miłego, spojrzałam na niego, a kiedy się odezwał…
O rany.
Patrzyłam na niego przez chwilę w osłupieniu, starając się ogarnąć sytuację. Czy on miał coś z językiem? Plątał mu się? Chyba nie chciałam znać prawdy, ale przecież nie mogłam się odwrócić, uderzyć go prostacko ogonem i odejść.
Owszem, mogłam.
- Cześć – odezwałam się wreszcie. - Hope – moja wypowiedź w porównaniu do niego wyglądała strasznie marnie, ale nie potrafiłem powiedzieć nic więcej; nie było potrzeby i dalej się zastanawiałam, czemu tak mówił, ale zapytanie się o to wprost było by niegrzeczne.
To co z tego.
- Pysk twój obcy zdaję mi się, czyś nowa w stadzie? - słuchając go, czułam się, jakbym była w innym świecie. Miałam ochotę się zaśmiać drwiąco, ale na moim pysku została obojętność. W końcu jako puma też miewałam dziwne sytuacje.
- Tak – przyznałam, miałam tylko nadzieje, że rozumiem o co się pyta. - A ty? - zapytałam i szykowałam się na kolejną, przedziwną wypowiedź.
- Owszem, me kopyta stąpają po tej ziemi pierwszy raz - pokiwałam głową i powoli zaczynałam się przyzwyczajać do jego dziwnej wymowy. Wtedy wpadła mi do głowy jedna myśl, dzięki której mogłam się dowiedzieć, czemu tak rozmawia.
- Jakie masz stanowisko?
- Trudzę się pisaniem wierszy, zatem w stadzie pełnię stanowisko poety.
I wszystko wyjaśnione.
Pokiwałam głową.
- Ja jestem wojownikiem - oznajmiłam spokojnie i powróciłam do jedzenia trawy.

<Laisrean? Wybacz jej myśli>

Od Mauer CD Meary

Stałam chwilę z opuszczonym łbem, przyglądając się dwóm klaczom, połączonym w jednym ciele. Może i byłam młodsza, ale widziałam wiele podczas swojej podróży - lecz nigdy takiego przypadku. Nawet przez głowę mi nie przeszło, by określić je mianem wybryku natury, co pewnie nie raz słyszały. W końcu dlaczego były tutaj same, tak spragnione koni, które mogłyby je zaakceptować?
Klacze wstały. Zwróciłam uwagę na to, że mają wspaniale zsynchronizowane poruszanie się. Moją medyczną stronę duszy to bardzo zaintrygowało. Może to wcale nie był przypadek, że tak przyszły na świat? W głębi duszy niemal zawsze czułam, że nic nie dzieje się bez powodu.
– Jestem Meara, a to moja siostra Meriel – druga z klaczy posłała mi ledwo widoczny uśmiech. Może wizja znalezienia stada na stałe też ją nieco ożywiła? Obie wydawały mi się tak inne, tak różne od siebie. Miałam mocno zakorzenione poczucie zewnętrznego i wewnętrznego piękna, może dlatego klacze wydawały mi się intrygujące.
– Mauer. Miło mi was poznać – mimowolnie się uśmiechnęłam. – W drodze do stada mogę wam pokazać też trochę terenów. Sama dołączyłam niedawno i pewnie części nie będę pamiętać, ale jestem przekonana, że będziecie miały jeszcze niejedną okazję do zwiedzenia ich.
Jeśli będą chciały zostać, bo przecież nic nie jest pewne. Ale, patrząc na niektórych członków stada, zwłaszcza tych nowych - może nie będą czuły się tak bardzo odmienne. No, i na razie ja też byłam jedynym jednorożcem.
– Mauer, czy to stado jest duże?
– W tej chwili chyba ośmioro, po równo klaczy i ogierów. Znaczy, z wami, możemy mieć przewagę – uśmiechnęłam się z dumą. Szłyśmy wzdłuż jeziora, przy którym ledwie kilka dni temu spotkałam Vanitasa. Znałam więc dobrze drogę. Meriel prawie się nie odzywała. Ukradkiem spojrzałam na klacz i z niemałą radością spostrzegłam, że rozgląda się po okolicy. Jej siostra natomiast wydawała się być poruszona, czego pewnie nie była nawet w stanie ukrywać. Chciałam usłyszeć opowieść o ich podróży i wcześniejszym życiu, ale nigdy nie byłam ciekawska i miałam tylko jeden cel - zaprowadzić je do stada, w którym mogłyby poczuć się dobrze.
Stanęłam na skraju polany, na której zauważyłam April i Avianę. Ruszyłam do nich śmiało, po czym odwróciłam się do sióstr. Meara wyglądała, jakby chciała jednocześnie zrezygnować jak i pognać w stronę przywódczyni z radością. Meriel zauważyła to i nagle zrobiła krok, ponaglając siostrę.
Jak podejrzewałam, zostały ciepło przyjęte przez April i Avianę.
– Jeszcze jedno pytanie – April wyjaśniała pokrótce zasady panujące w stadzie, wspomniała o zakazanym Lesie. – Chcecie odrywać jakąś rolę w stadzie? Mauer jest na przykład drugim medykiem. Możecie oczywiście być zwykłymi członkami.
– Jest tu coś takiego jak piosenkarka? – Mearze zaświeciły się oczy. Głos miała ładny nawet jak mówiła. Ja miałam odwagę śpiewać tylko w samotności, słuchały mnie zazwyczaj tylko rośliny i małe zwierzęta w lesie.
– Pewnie! Mamy tutaj kilka artystycznych duszyczek – Aviana wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Meriel zdecydowała się zostać zwykłą członkinią.
Gdy już wszystko było jasne, klacze miały wreszcie czas na odpoczynek. Patrząc po nich, przeszły niemało i chyba go bardzo potrzebowały.
– Pewnie jesteście zmęczone. Tutaj możecie się odprężyć. Na wszystko będzie jeszcze czas, na spotkanie innych koni też. Teraz pewnie są pochłonięci swoimi zajęciami, ja też mogłabym do nich już wrócić i dać wam nieco odsapnąć – uśmiechnęłam się miło. Czasem zastanawiałam się, jakim cudem jestem w stanie tak dużo się uśmiechać. Żyję szybko przez bardzo krótkie miesiące.

(Meara/Meriel?)