7 sty 2020

Od April CD Hope

Powolnym krokiem przemierzałam tereny w poszukiwaniu jednego konkretnego konia - Laisreana. Pilnie potrzebna mi była jego pomoc w pewnej sprawie - nieznana wataha wilków zaczęła się panoszyć po naszych terenach i potrzebowałam kogoś, kto mógłby z nimi porozmawiać. Sytuacja była naprawdę pilna, ale ogiera nigdzie nie było. Zrezygnowana zatrzymałam się na chwilę by odpocząć, gdyż byłam zmęczona ciągłym bieganiem w te i we wte. Podeszłam bliżej jeziorka i napiłam się trochę wody. Byłam dzisiaj niezwykle zmęczona i nie czułam się zbyt dobrze, ale nie wiedziałam czym było to spowodowane. Skupiłam się na własnych przemyśleniach tak bardzo, że nie zwróciłam uwagi na szelest krzaków znajdujących się zaraz za mną. Wróciłam do rzeczywistości dopiero, gdy usłyszałam głośne warczenie. Jak poparzona odwróciłam się i ujrzałam wielkiego, czarnego wilka.
-O nie, tylko nie to - wymamrotałam wystraszona.
Wilk warknął jeszcze raz i zaczął się powoli zbliżać. Wycofałam się lekko i w myślach zaczęłam obmyślać wszystkie możliwe sposoby ucieczki. Nie zdążyłam jednak porządnie się zastanowić, gdyż napastnik rzucił się na mnie. Upadłam na ziemię, a moje ciało opanował silny ból, gdy wilk zatopił swoje kły w moim boku. Zarżałam głośno, próbując zrzucić go z siebie. W końcu mi się udało, a zdezorientowane zwierzę uderzyło mocno w pobliskie drzewo. Drapieżnik zaskomlał cicho, spojrzał się na mnie ostatni raz i wskoczył w krzaki. Nie miałam pojęcia, czy był to wilk z mniemanej watahy, która zabłądziła na nasze tereny, ale wiedziałam, że muszę jak najszybciej zająć się swoimi ranami i znaleźć Laisreana oraz resztę członków stada, żeby ich ostrzec. W końcu nie chciałam, żeby komukolwiek stała się krzywda. Jako przywódczyni powinnam być odpowiedzialna za wszystkich a bezpieczeństwo stada jest moim priorytetem. Próbowałam wstać z trawy, ale nie dałam rady. Traciłam krew niezwykle szybko i wszelkie próby ruchu kończyły się ponownym położeniem na ziemi. Spojrzałam się przelotnie na ranę, próbując ocenić sytuację. Była dość rozległa, ale wiedziałam, że jeżeli się skupię, to dam radę ją uleczyć. Postanowiłam spróbować. Skupiłam się na ranie i krwi najbardziej jak potrafiłam, ale wtedy.. Usłyszałam kroki. Szybko odwróciłam głowę w stronę źródła dźwięku, lecz jedynym co zobaczyłam był koń. Pegaz, jeżeli mam być bardziej precyzyjna. Czarna klacz wlepiła we mnie swoje spojrzenie.
-Może pomóc? - zaoferowała spokojnie.
Uśmiechnęłam się słabo i pokręciłam głową.
-Dam sobie radę, mam moc uzdrawiania - powiedziałam i ponownie skupiłam się na ranie.
Klacz stała cicho, a ja użyłam swojej mocy. Już po kilkunastu sekundach rana zaczęła się zasklepiać i już po chwili praktycznie nie było po niej śladu (z wyjątkiem krwi). Powoli się podniosłam. Nadal było mi słabo, gdyż nie dość, że straciłam dużo krwi, dużo mej energii również ubyło. Uśmiechnęłam się w stronę pegaza i przyjrzałam się jej dokładniej. Wtedy dotarło do mnie z kim rozmawiam.
-Hope? To ty? Myślałam, że odeszłaś - powiedziałam zdziwiona, jednak uśmiech nie znikał z mojego pyska. Miło było znowu ją widzieć.
<Hope?>

5 sty 2020

Od Hope

Zamknęłam oczy i znowu to sobie wyobraziłam. 

Biegnę przez las z niewiarygodną prędkością, ścigam swoją ofiarę, która jest równie szybka jak ja. Po chwili obok mnie pojawia się kolejne zwierzę, biegniemy razem, tak jak kiedyś. Omijamy drzewa, przeskakujemy rzeczki i razem dopadamy sarnę. Potem się zatrzymuję, podnoszę łeb i spoglądam na swego przyszłego męża.

Nigdy nie pozwolę odejść tym wspomnieniom, nie ważne ile czasu przetrwam w tym ciele, nawet jeśli mam tak żyć do końca swego istnienia, nigdy nie zapomnę swej miłości. Nigdy nie pozwolę sobie zapomnieć tego, kim na prawdę jestem i co mam w sercu, a mimo wszystko, w sercu dalej jestem drapieżnikiem - tylko w ciele ofiary.
Podniosłam się z ziemi i wyprostowałam gnaty. Przez chwilę stałam otumaniona, promienie słońca ledwo do mnie docierały przez las, w jakim się znajdowałam. Spojrzałam w górę, zobaczyłam błękitne niebo, a po chwili lecącego ptaka. Kolejny nudny koński dzień. Westchnęłam zrezygnowana i zniżyłam łeb, skubnęłam trochę trawy i zaczęłam ją przeżuwać. Miałam dość tej zieleniny, ale co zrobić, kiedy moje ciało nie przyjmuje mięsa? Rozprostowałam skrzydła i aby chodź trochę urozmaicić sobie ten dzień, postanowiłam wybrać się w góry. Stamtąd chciałam po prostu skoczyć i polatać wśród orłów. Skierowałam się do wyjścia z lasu, jednak coś mnie zatrzymało. Była to woń krwi, jako drapieżnik instynktownie ruszyłam w jej kierunku. Przez chwilę miałam wrażenie, że jestem pumą i właśnie zmierzam do swej kolacji - jakże ta myśl była mylna. Zamiast ofiary do pożarcia, zobaczyłam konia. Leżał na ziemi i miał zraniony bok, podeszłam do niego.
- Może pomóc? - zaoferowałam spokojnie.

<Ktoś?>

Odejście Caranthira oraz powrót Hope


Z przykrością informujemy o odejściu Caranthira ze stada z powodu braku czasu. Prosiłybyśmy jednak autorkę o skontaktowanie się z jedną z adminek jeżeli jest taka możliwość na discordzie, howrse bądź pocztą elektroniczną!


Yewrezz
13.11 | 7 lat | Koń ziemski | Wojownik | ---


Pragniemy także z radością ogłosić, że Hope powraca do stada! Witamy ciepło z powrotem! ^^

opaque-studios
19.02 | 13 lat | Wojowniczka | Pegaz | Pandemonium.


~ Administracja bloga Silver Moon 

14 lis 2019

Od Laisreana CD Mauer

Spacerowałam sobie spokojnie, podziwiając przyrodę, gdy ujrzałem znajomą klacz, leżącą na trawie i jednym kopytem bawiącą się wodą. Nie mając nic innego ciekawego do roboty, postanowiłem do niej podejść. Powoli zbliżyłem się.
-Miło cię znów ujrzeć, Mauer - powiedziałem.
Klacz gwałtownie się podniosła i odwróciła w moją stronę. Musiałem ją zaskoczyć swoją obecnością.
-Och, Laisrean. Wybacz, nie spodziewałam się tu nikogo. Tak cicho chodzisz - zaśmiała się cicho, ale usłyszałem w jej głosie nutkę nerwowości.
-Ah, przepraszać nie musisz, to ja nie powinienem był cię tak straszyć - uśmiechnąłem się - Co cię tutaj sprowadziło?
-W zasadzie to nic szczególnego. Nudziło mi się i tutaj zawędrowałam... - powiedziała klacz - Postanowiłam tu trochę posiedzieć, gdyż nie miałam nic do roboty - uśmiechnęła się delikatnie - A ty?
-Ah, ostatnio weny mi brak, więc myśl mnie naszła, że być może spacerując po terenach natchnie mnie coś - stwierdziłem, zamyślając się na chwilę - cóż za szkoda, że tak się nie stało, w mojej głowie niezmiennie gości pustka.
Klacz zaśmiała się perliście, co wywołało uśmiech na moim pysku. Rozmawialiśmy jeszcze parę minut na różne tematy. Stąpaliśmy powoli, a jedynym słyszalnym dźwiękiem były nasze kopyta uderzające o ziemię oraz nasza rozmowa. Byłem nią tak pochłonięty, że na początku kompletnie nie zwróciłem uwagi na pewien dziwny dźwięk. Coś jakby... szepty? Dopiero po chwili, gdy zatrzymałem się i wytężyłem słuch, byłem w stanie zlokalizować "to" i domyśleć się czym jest tajemniczy dźwięk. Mauer również się zatrzymała, zauważając moje dziwne zachowanie.
-Coś się stało? - spytała lekko zaniepokojona.
Przez chwilę zamyślony kompletnie nie zwracałem uwagi na klacz stojącą obok mnie. Dopiero gdy dwukrotnie powtórzyła moje imię powróciłem do rzeczywistości.
-Słyszysz to? - spytałem.
Mauer wpatrywała się we mnie przez chwilę, najwyraźniej nie rozumiejąc o co mi chodzi, jednak poszła za moją radą i wsłuchała się w dźwięki otoczenia. Już po paru sekundach źrenice klaczy wyraźnie rozszerzyły się w niedowierzaniu.
-Ludzie - powiedziałem.
-Powinniśmy powiadomić April - oznajmiła Mauer.
Pokiwałem głową, zgadzając się z nią.
-Jak najszybciej powinniśmy to miejsce opuścić i przywódczynię powiadomić, chodźmy więc - stwierdziłem i szybkim krokiem ruszyliśmy.
<Mauer?>

2 lis 2019

Od Meriel CD Mauer

Zarówno Mauer jak i Meara nie potrafiły uciszyć się choć na chwilę. Nieustannie gadały o jakiś bzdetach, zupełnie chyba zapominając po co tutaj jesteśmy. Ich chichotanie pod nosem sprawiało, że miałam ochotę po prostu zapaść się pod ziemię i nigdy więcej spod niej nie wychodzić. Toteż mój wzrok wiódł po glebie na której stąpałyśmy i nieszczególnie miałam ochotę go podnosić ani na na przód ani tym bardziej na moją siostrą czy samą Mauer. Czy cieszyłam się z tego, że z nami idzie? Skłamałabym odpowiadając, że tak.
Im głębiej w las tym cichsze stawały się ich rozmowy, aż w końcu zupełnie zakończyły swój dialog. Dziękowałam wszystkim bóstwom w duchu za to, że wreszcie mogłam w spokoju iść przed siebie. Nie do końca interesowało mnie jak ten cały las wygląda, interesowało mnie co ma mi do zaoferowania i czy jest w stanie zdjąć ze mnie, z nas to przekleństwo.
Gdy jedynym źródłem hałasu były nasze kroki i łamane gałęzie zupełnie straciłam czujność. W momencie kiedy coś huknęło w oddali ze strachu gwałtownie się zatrzymałam, całkowicie zdezorientowana. Meara nie zareagowała równie niespokojnie co ja, przez co zupełnie wybiłyśmy się z rytmu na co klacz w odpowiedzi spojrzała na mnie gniewnie. Potrząsnęłam tylko łbem wracając do przytomności i obejrzałam się powoli za siebie.
- Gdzie Mauer? - zapytałam dziwnie niespokojnie. Nie żebym się jakkolwiek o nią martwiła, ale skoro ona tak nagle mogła zniknąć to co może przydarzyć się zaraz nam? Wolałam o tym nie myśleć jednak milion czarnych scenariuszy przewijało mi się nieustannie przed oczami.
- Ja... Nie wiem... Była tuż obok nas, a teraz... Pewnie jest gdzieś blisko, musimy tylko jej poszukać. Zaraz się znajdziemy i zabieramy się stąd. To był zły pomysł, to był beznadziejny pomysł. Kurewsko zły pomysł. - skomentowała zaraz cała spięta Meara. Strach tańczył jej dziko w oczach kiedy starała się odnaleźć wzrokiem zagubioną klaczy.
- Ja na pewno nie mam zamiaru jej szukać. Sama chciała tu przyjść i my nie bierzemy za nią odpowiedzialności. Zgubiła się, trudno. Jakoś się znajdzie. Jedyne co musimy to wykorzystać okazję i znaleźć rozwiązanie wszystkich naszych proble-
- MERIEL! - wrzasnęła nagle, a ja stałam jak wryta w ziemię. Nigdy nie słyszałam aby Meara aż tak głośno krzyczała, nigdy. - Meriel, proszę cię! Zgodziłam się, ale to za dużo! Po prostu za dużo... Teraz nawet nie mamy pojęcia gdzie jest Mauer, a jeżeli coś się jej się stało... to to będzie nasza wina... Proszę cię Meriel, po prostu znajdźmy ją i wyjdźmy stąd. Nie chcę tu przebywać ani chwili dłużej niż jest to konieczne. - w oczach klaczy zaczęły zbierać się słone łzy, a z każdym słowem było ich więcej i więcej. Westchnęłam tylko ciężko i przytuliłam ją, starając się chociaż w minimalny sposób ją wesprzeć.

~ ○ ~

Z każdą upływającą minutą miałam wrażenie, że kręcimy się w kółko. Pomału dopadało mnie znużenie, a zaginionej klaczy jak nie było tak nie ma. To poszukiwanie było bezcelowe, ale wiedziałam, że Meara tak łatwo sobie nie odpuści.
Chciałam się odezwać kiedy znikąd coś przepełzło tuż przed nami, znikając zaraz za drzewami. Nastawiłam czujnie uszy, dostrzegając kątem oka, że moja siostra poczyniła identycznie. Zwolniłyśmy kroku kiedy to same tajemnicze stworzenie przeleciało tym razem tuż za nami. Znikąd do naszych uszu zaczęły dochodzić dziwne szepty, a pełzający stwór przewijał się nam już bezpośrednio pomiędzy nogami.
- Meriel! Meriel pomóż mi!
Kiedy podniosłam łeb dostrzegłam nikogo innego jak samą Mauer. Walczyła z dziwnymi korzeniami które oplatały ją szybciej i szybciej. Szarpanie się było coraz mniej skuteczne, ktoś musiał jej pomóc.
Ruszyłam przed siebie bez większego zastanowienia, zupełnie ignorując szepty czy cokolwiek to co pełzało po tej rąbanej ziemi. Używając telekinezy zaczęłam wyrywać wszystkie korzenie po kolei, wspomagając się zębami które choć mało skuteczne, zawsze jakiś efekt dawały.
Im szybsze były moje ruchy, tym szybciej działały korzenie ściskając drobne ciało klaczy.
- Meriel! Meriel, kochanie! - ryknęła nagle i zaśmiała się mi prosto w twarz. Jej śmiech brzmiał jakby setka demonów zamieszkała w niej, na raz krzycząc i śmiejąc się do rozpuku. Cofnęłam się przerażona, a korzenie całkowicie pożarły jej ciało, miażdżąc je, kiedy spomiędzy nich zaczęła wypływać czerwona ciecz. Krzyknęłam i upadłam na ziemię, chwilę po tym gdy oberwałam czymś twardym w tył łba.

~ ○ ~

Cały świat wirował, a ja czułam jakby ktoś właśnie porządnie mnie skopał i zostawił na pastwę losu.
- Me...meara... - wyszeptałam pod nosem starając się obrócić łeb aby sprawdzić stan siostry. Jednak tam jej nie było. Serce zaczęło walić mi jak młot kiedy przez myśl przeszło mi, że jej głowa mogła zostać ścięta i zagubiona gdzieś w tym przeklętym lesie. Ale jej po prostu nie było, Meary, całej. Nie było nawet śladu, że kiedykolwiek mogłybyśmy być połączone. Niepewnie poruszyłam obcymi mi dotąd kończynami i byłam już pewna, byłam pewna w stu procentach, że moje marzenie nareszcie się ziściło. Wszystkie cztery kończyny należały do mnie, nie tylko dwie. Nie było drugiego łba z którym musiałam spędzać dzień i noc bez chwili wytchnienia. Tylko i wyłącznie moje ciało. Uśmiechałam się, uśmiechałam jak głupia, jednak moje szczęście nie trwało długo kiedy na pierwszy plan wkradła się ogromna troska o siostrę. Opornie, lecz jakimś cudem stanęłam o własnych siłach i przez dziwnie rozmazany obraz starałam się czegoś wypatrzyć. Czegokolwiek.
Po kilku sekundach wyłapałam tylko dużą jasną plamę która powiększała się z każdą chwilą aż w końcu zatrzymała się. Ze wszystkich sił próbowałam dostrzec z kim miałam do czynienia i kiedy zorientowałam się, że to nie kto inny jak Mauer poczułam nagłą radość jak i przerażenie. Zrobiłam krok do przodu jednak zaraz się zatrzymałam, mając przed oczami straszny widok krwi która powoli zmierzała w moją stronę z ciemnych korzeni, otulających martwe ciało klaczy.
- Meriel...? - zapytała niepewnie, jednak kiedy nie otrzymała żadnej odpowiedzi przez jakiś czas kontynuowała. - Meriel, to ja, Mauer. To naprawdę ja, co się stało? Dlaczego ty... Gdzie jest Meara?
Gdy dokończyła swoją wypowiedź poczułam jak całe moje ciało zaczęło się trząść, a w oczach pojawiła się masa łez. W tym momencie już nie obchodziło mnie czy była to prawdziwa Mauer czy też nie, po prostu podbiegłam do niej i rzuciłam się jej na szyję, przytulając z całej siły i rycząc jak małe dziecko. Nie wiedziałam co mam mówić, nie miałam nawet siły na jakiekolwiek rozmowy. Choć ciężko było mi to przyznać to szczerze cieszyłam się, że odnalazłam klacz, a raczej, że to ona odnalazła mnie.


< Mauer? >

1 lis 2019

Od Mauer CD Meriel

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, klacze pospiesznie odeszły. Patrzyłam w osłupieniu, jak oddalają się, nie rozmawiając między sobą.
Wcześniejsza uwaga Meriel trochę mnie zabolała, choć byłam dobrą aktorką i umiałam to ukryć. Nie znosiłam się domyślać, nawet jeśli odpowiedź na moje pytanie była pozornie oczywista. Nienawidziłam niejasnych sytuacji, nawet nie da się wyobrazić, jak bardzo.
Ostatnim razem, gdy się czegoś "domyślałam", zginęła moja najbliższa rodzina, a wraz z nią całe stado.
Zawaliłam, ale Meriel nie mogła przecież o tym wiedzieć i raczej się to nie zmieni. Nigdy nie chowałam urazy.

Może i byłam najgłupsza w swoim życiu, gdy następnego ranka stałam na polanie z zamkniętymi oczami, pochłaniając swoim ciałem pierwsze promienie słońca. Czekałam na nie, przyszłam dosyć wcześnie. Nie spałam tej nocy zbyt długo, nie zdziwiło mnie to. Noce były coraz gorsze, gdy tylko zostawałam sam na sam ze swoimi myślami.
Patrzyłam w dal, w cienką i długą z daleka ścianę Lasu Zguby.
Zastrzygłam uszami, słysząc kroki. Nie musiałam się nawet odwracać, Meriel i Meara miały charakterystyczny sposób poruszania się.
– Mauer! – Wreszcie spojrzałam na Mearę, która mimo domniemanej przeze mnie niepewności, a może nawet strachu, nie traciła pogody ducha.
– Przyszłaś – dopowiedziała od niechcenia jej siostra. Nie miałam zamiaru się jej narzucać.
– Chodźmy. Nie należy marnować czasu – wysiliłam się na lekki uśmiech i zrównałam krok z towarzyszkami.
Droga była dosyć długa, szłyśmy żwawo, rozmawiając o głupotach. To znaczy, Meriel za dużo się nie odzywała. Raczej zdawkowo odpowiadała na pytania zadawane przez siostrę. Czułam się niepożądana, może przez wczorajszą wymianę zdań. Starałam się nie przejmować, w Lesie mogłabym się okazać nieco użyteczna.
Przekroczyłyśmy granicę lasu, zanim się zorientowałyśmy. Nie była ona zbyt wyraźna.
Z każdą chwilą było coraz gęściej, drzewa coraz wyższe, a my coraz cichsze. Atmosfera lasu była tajemnicza, to fakt, jednak milczałyśmy z powodu... Jego piękna.
Było wyjątkowo ciemno, jakby słońce nie docierało przez warstwy liści lub, mniej racjonalnie, mrocznej aury. Las wydawał się być jednocześnie martwy i żywy. Wokół panowała głucha cisza, przerywana dźwiękiem naszych kroków i trzasków gałęzi. Głębiej pojawiały się niewielkie polanki, trawa była ciemna, choć miała soczysty kolor. Gdzieniegdzie latały świetliki. Miałam wrażenie, że czas płynie wolniej.
Usłyszałam dziwny dźwięk, jakby coś wielkiego się przewróciło gdzieś daleko.
– Co to było?
Odwróciłam się, zadając pytanie, ale...
Za mną nikogo nie było.

Meriel/Meara?

19 paź 2019

Od April CD Aviany

Ostatnie kilka miesięcy minęło zaskakująco spokojnie. Na początku było trudno, ale z czasem było coraz lepiej. Co prawda może i Aviana nie wróciła do swojego dawnego zachowania, ale zmiana jaka dokonała się w ciągu tych miesięcy była na prawdę godna podziwu i byłam dumna ze swojej kuzynki. Boli mnie to, że przez te nieszczęsne wydarzenia tak bardzo oddaliłyśmy się od siebie. Kiedyś nierozłączne, a teraz.... Starałam się rozmawiać z nią i dotrzymywać jej towarzystwa, ale za każdym razem czułam się, jakby owa klacz myślami znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Na szczęście u mojego boku zawsze był Vanitas, na którego zawsze mogłam liczyć i opowiedzieć mu o swoich problemach. Musiałam przyznać, że ostatnimi czasy spędzałam z nim dużo czasu i nawet.. zbliżyliśmy się do siebie? Przynajmniej tak mi się wydawało. Z zamyśleń wyrwał mnie widok klaczy leżącej na polanie i postanowiłam podejść do niej. Przywitała się ze mną i po chwili smętnie położyła głowę na ziemi. Ułożyłam się zaraz obok niej i przez chwilę trwałyśmy w ciszy, której żadna z nas nie zamierzała przerwać. Moja kuzynka wyglądała na smutną, lecz nie był to obcy widok. Ostatnio cały czas taka była, a ja czułam się bezużyteczna; nie mogłam zrobić nic, żeby poprawić jej nastrój i to bolało najbardziej. Już chciałam się odezwać, lecz wyprzedziła mnie Aviana, wyskakując niespodziewanie z pytaniem, które zaskoczyło zarówno mnie, jak i (chyba) ją samą.
- Czy kiedyś ktoś w końcu usłyszy mój głos? Czy kiedyś ktoś w końcu da mi szansę?
Już miałam się odezwać, ale klacz kontynuowała swoją wypowiedź, nie dając mi szansy na powiedzenie czegokolwiek:
- Jest już za późno. Tak, wiem. Ale chciałabym wierzyć, że jednak jeszcze czeka mnie coś dobrego w tym życiu. Chciałabym wierzyć w lepsze jutro, ale jakoś nie przekonują mnie te wizje. To cięższe niż się może wydawać.
Chciałam coś powiedzieć, uspokoić ją, powiedzieć, że będzie dobrze, że zawsze będę przy niej, ale w głębi duszy wiedziałam, że będzie lepiej , jeżeli nic nie powiem. Na prawdę chciałam ją pocieszyć, ale wiedziałam, że takie słowa w obecnej sytuacji tylko pogorszyłyby stan mojej kuzynki, więc ugryzłam się w język. W środku biłam się z myślami. Aviana potrzebowała teraz spokoju, musiała sobie to sama poukładać. Wiedziałam, że nie potrzebuję mojej słów, tylko samej mojej obecności. Obiecałam sobie, że będę z nią w trudnych chwilach i miałam zamiar tej obietnicy dotrzymać. Klacz wpatrywała się we mnie kątem oka, ale już po chwili ziewnęła przeciągle i przymknęła oczy. Po chwili usłyszałam, jak jej oddech się wyrównuje i uśmiechnęłam się pod nosem.
-Dobranoc, Aviano. Śpij dobrze - powiedziałam cicho.
Ułożyłam głowę na trawie i jeszcze chwilę wpatrywałam się w klacz, rozmyślając o wszystkim. Poczułam, jak ogarnia mnie zmęczenie i moje powieki powoli opadły i ja sama pogrążyłam się w sen.
<Aviana?>