4 paź 2019

Od Shanti CD Caranthira

 - Okazało się, że mój organizm i skóra negatywnie reaguje w starciu z niektórymi roślinami leczniczymi - odparłam, kątem oka mierząc ogiera wzrokiem. Wcześniejszy temat rozmów wzbudził we mnie swego rodzaju zaciekawienie. Rozsądna strona zakazała mi być wścibską, choć i tak ta cecha nie dominowała w mej naturze. Na końcu języka plątały mi się wyrazy dotyczące historii ogiera. Nigdy nie interesowały mnie takie rzeczy, lecz teraz odpowiedź w tej kwestii miała większe znaczenie. Caranthir krył w sobie masę negatywnych uczuć. Wydawał mi się być przepełniony nostalgią i rozpaczą, starając się choć trochę ukryć swe smutki pod maską obojętności. Równie dobrze, mógł być taki od urodzenia. Opcji było naprawdę wiele, a mnie pozostało tylko snuć wszelkiego rodzaju domyślenia. Postanowiłam nie wystawiać zbyt pochopnych opinii, toteż odrzuciłam ten temat w tył mojej głowy. Skupiłam się nad zadane przez ogiera pytanie.
 - W końcu jednak znalazło się coś przydatnego. Jedynym efektem ubocznym póki co jest lekkie swędzenie w boku, ale medycy informowali mnie o takiej możliwości - mruknęłam - Twierdzili, że mam się tym nie martwić, bo to normalne - dodałam. Oboje próbowaliśmy rozwinąć dłuższą i sensowniejszą rozmowę, lecz co chwila zapadała między nami ta przeklęta, niezręczna cisza.
 - Chodźmy może po prostu na spacer, dobra? - wyrzuciłam w końcu zirytowana. Uśmiechnęłam się blado, aby moja wypowiedź nie została odebrana zbyt oschle. Nie odwzajemnił mojego gestu. Nie wymagałam jednak od wiecznie obojętnego Caranthira takich czynności. Skinął krótką łbem na znak zgody. Powinnam nakierować nas w miarę spokojne miejsce, z dala od reszty członków stada. Ponowiłabym wtedy próbę dogadania się z gniadoszem, może z bardziej zadowalającym skutkiem. W pewnym momencie teren wokół nas stał się monotonny. Każde drzewo wydawało mi się identyczne względem poprzedniego. Zirytowana takowym faktem, postanowiłam odwrócić swoją uwagę i zająć się czymś innym.  Zaczęłam rzucać w stronę ogiera losowe pytania, nie naruszające jego strefy prywatności. Naprawdę pytałam o tak prymitywne rzeczy jak ulubiony kolor bądź najchętniej spożywany posiłek. Cisza panująca dookoła wydawała się momentami przerażająca, więc starałam się zagłuszyć ją własnym głosem. Zaczęłam nawet mamrotać coś pod nosem, byleby słyszeć jakikolwiek uspokajający dźwięk.
 - Nie wydaje ci się, że te tereny... nie pasują do wcześniejszych terytorytoriów stada? - odezwał się niespodziewanie ogier, najwyraźniej wyrabiając sobie identyczną jak ja opinię na temat tego miejsca. Wzięłam głębszy oddech, wdychając jednocześnie zewsząd  wydobywający się zapach siarki.
 - Owszem, nie podoba mi się to miejsce - zatrzymałam się, lekko kładąc uszy po sobie.
 Następne wydarzenia były zbyt chaotyczne, bym mogła je sprawnie ogarnąć. Grunt pod moimi kopytami zatrząsł się, kiedy to zimne powietrze owiało moje ciało. Zadrżałam, zginając się na nogach. Rzuciłam spanikowane spojrzenie Caranthirowi. Oboje myśleliśmy o tym samym. Pora uciekać. Równo i gwałtownie obróciliśmy się. Poranna rana zaczęła się upominać, przez co fala bólu przepłynęła przez mój organizm. Biegłam, a zewsząd dobiegał mnie odgłos wyć i powarkiwania.  Motywowało mnie to do przetrzymania w ciszy cierpienia, do czasu znalezienia się w bezpiecznym miejscu. W pewnym momencie dostrzegłam brak towarzysza w moim pobliżu. Zauważyłam wcześniej rozwidlenie dróg, ale nie spodziewałam się, iż ogier wybierze przeciwną stronę. Musiał nie zauważyć tego tak samo, jak i ja. Byłam wycieńczona. Nie miałam już sił na dalszą podróż. Traciłam pomału oddech, aż w końcu dostrzegłam nieopodal mnie szeroką rzekę. Doczłapałam się do niej i postanowiłam iść jej brzegiem. W pewnym momencie przystanęłam. Byłam mocno spragniona, jednak nie chciałam ryzykować jakimkolwiek zatruciem. Nie miałam w końcu pewności, gdzie zbiornik wodny ma swoje źródło. Liczyłam, że przy jej końcu znajdę jakieś bezpieczne miejsce na odpoczynek. Wzięłam wdech i z trudem zaczęłam stawiać każdy kolejny krok. W pewnym momencie  temperatura wokół drastycznie spadła, a z nieba zaczął padać... śnieg? W oddali ujrzałam przed sobą płot, przez który ciągnęła się dalej rzeka. Jęknęłam w duchu. Nie miałam sił skakać, jednak myśl, iż za nim może być coś pozytywnego, motywowała mnie do dalszej drogie. Nade mną latało pełno kruków, wydających z siebie piskliwe skrzeki. Płot był niekiedy obwiązany drutem.  Odsunęłam się na parę kroków, by złapać rozpęd. Było to ciężkie przy tak grubej warstwie śniegu i poważnym skaleczeniu. . Znalazłam miejsce, w którym przeszkoda była najbardziej zniszczona i nakierowałam się na nie, po czym przy samym końcu oddałam skok. Po drugiej stronie wylądowałam, jednak na najbardziej zlodowaconą część, przez co moje kopyta zaczęły się ślizgać i wywróciłam się. Leżałam chwilę w bezruchu. Piekielny ból spowijał  me ciało.  Z trudem wstałam, ruszając przed siebie. Im dalej byłam, tym bardziej temperatura dookoła mnie wzrastała.Wszystkie części ciała odmawiały mi posłuszeństwa. Upadłam, z trudem utrzymując łeb w górze. Śnieg wokół mnie twardniał, a kopyta utykały mi co jeden krok. Me powieki stały się nagle ciężkie, a widok  gwałtownie pociemniał. Pozwoliłam sobie na całkowity odpoczynek, tracąc ostatki kontaktu z rzeczywistością.

 *****
Lekko uchyliłam powiekę. Podniosłam powoli łeb z ziemi i rozejrzałam się. Nie pamiętałam nic. Dopiero po chwili zwróciły mi się wszystkie wspomnienia. Zdałam sobie sprawę z czyjejś obecności. Minęło sporo czasu, nim złączyłam wszystkie informacje, a w mojej głowie rozbrzmiał się dźwięk imienia ogiera. Powoli rozejrzałam się po otoczeniu, które było  w wyjątkowo jednolitym kolorze. Bieli. Całą okolicę pokrywała warstwa grubego śniegu, przy czym z nieba spadały kolejne płatki.
 - Caranthir? - wykrztusiłam, z trudem poznając swój głos. Był ochrypły i niski, a przy tym każde słowo wydawało mi się niemożliwe do wypowiedzenia. Gniadosz od razu zwrócił na mnie uwagę.
 - Obudziłaś się - stwierdził, choć zabrzmiało to jak pytanie.
 - Tak... - wymruczałam - Co się dzieje? -wbiłam w niego pragnące odpowiedzi spojrzenie.
 - Zakładam, że wiem tyle co ty - mruknął, przekręcając łbem - Zgubiłaś mi się, więc postanowiłem zawrócić - wyjaśnił, co mocno mnie zszokowało. Nie miałabym ochoty wracać się po ledwo co poznaną osobę. Rzadko kiedy okazywałam aż taki nadmiar empatii. - Znalazłem cię nieprzytomną i odciągnąłem w bardziej bezpieczne miejsce.
 Nie wiedziałam, jak skomentować jego słowa. Nie będę kłamać, mówiąc, iż lekko mnie to wzruszyło. Caranthir naprawdę znał cenę oddania się w pełni własnemu zawodu, broniąc na każdym kroku członków stada.
 - Co to za tereny? - spytałam. W odpowiedzi dostałam tylko krótkie chrząknięcie. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z kilku podstawowych rzeczy. Po pierwsze - oboje jesteśmy tu zaledwie parę dni. A w kwestii drugiego problemu? Zdążaliśmy się zgubić.
- Kojarzę pewną legendę, opowiadaną przez przydrożnych szamanów, iż właśnie w tych rejonach świata znajdują się ukryte krainy. Zabrzmi to głupio, ale wydaje mi się, że mamy przyjemność przebywać na jednej z nich - wykrztusiłam, czując lekkie drgania ciała. Temperatura powietrza była zbyt niska, nawet jak na moje przystosowanie do ogromnego zimna - Tu cały czas pada śnieg...
 - Uważasz, że to może być prawda? - zapytał niespodziewanie. Jego ton głosu nie wskazywał na nic. Nie mogłam więc wyczuć, co uważa o tej sprawie. Równie dobrze pod tą warstwą obojętności może szydzić z moich wybujałych domysłów.
 - Nie mam konkretnego zdania na ten temat. Sądzę, że we wszystkich "bzdurach" tego rodzaju, jest jakieś ziarno prawdy - odparłam.


Caranthir?

2 paź 2019

Od Mauer CD Meary

Prawdę mówiąc, zdębiałam.
Nie spodziewałam się takiej prośby z ust Meriel, mimo że zauważyłam jej zainteresowanie Lasem Zguby.
Złamać zakaz? Tak bez większego powodu?
Miałam ogromne problemy z zaufaniem i wiecznie węszyłam jakiś podstęp. Nikt miałby się nigdy nie dowiedzieć?
A co jeśli... Jeśli tam znajdę jakąś wskazówkę? Las wydaje się być po prostu ogromny. Nie wierzę, że są tam same drzewa, jedno koło drugiego. Jakieś smoki na pewno gdzieś są, tam głębiej. Z drugiej strony… Przecież mam łuski. Przecież mój brat już prawdopodobnie nie żyje. To tak nie działa.
Mauer, ogarnij się.
Wróciłam myślami do sióstr. Meara gromiła wzrokiem mnie i klacz, która wspomniała o Lesie.
– Meriel, wiesz...
– Nawet o tym nie myśl. Nie po to dołączyłyśmy do stada, żeby teraz zostać z niego wyrzucone! Albo, co gorsza… Zginąć w tym buszu – Meara była wyraźnie absolutnie przeciwna wyprawie.
Wiedziałam, że bez zgody obu klaczy nie ruszą się z miejsca. Mogłam się jednak tylko domyślać, jak bardzo nieprzyjemne jest takie poróżnienie między dwoma połączonymi ciałem siostrami.
– Meriel... – Naprawdę chciałam jej powiedzieć, że pójdziemy. Jakkolwiek to kretyńsko nie brzmiało, to mogła być nawet moja szansa na śmierć z poczuciem, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Zastanawiało mnie jednak, czego druga klacz mogła szukać w Lesie Zguby. – Nie mogę. Znaczy... To chyba nie jest najlepszy pomysł, to niebezpieczne. Mamy mnóstwo terenów, miejsc pełnych magii, dlaczego by nie korzystać z nich, zamiast iść gdzieś, skąd możemy nie wrócić?
Meriel nie wydawała się być zachwycona tą odpowiedzią. Raczej skrajnie przeciwnie. Jednak widzieć emocję na twarzy tej klaczy to już coś.
– Powiedz mi... Dlaczego chciałabyś tam iść? – Nie spodziewałam się właściwie szczerej odpowiedzi, jednak takie pytanie chyba jest na miejscu. Czułam, że tracę wielką okazję. Jeśli miałabym iść do zakazanego miejsca, na pewno wolałabym mieć kogoś przy sobie. Byłam rozdarta między zdrowym rozsądkiem a pragnieniami skrzywdzonej duszy.

Meara/Meriel?

Od Mauer CD Laisreana

Zawsze gdy spędzałam czas z nowo poznanymi osobistościami, bałam się, że zapadnie niezręczna cisza. Szukałam tych, z którymi cisza szybki przestałaby mi przeszkadzać.
Byłam bardzo rozproszona, nie potrafiłam skupić się na jednej myśli. Na ułamki sekund zapominałam, że nie spaceruję sama. Nagle słowa uciekły z moich ust, zanim zdążyłam je dokładnie przemyśleć.
– Zarecytujesz któryś ze swoich wierszy?
Spojrzałam na ogiera. To pytanie najwyraźniej go nieco zakłopotało. Przystanął, chyba nieświadomie. Nieznacznie otworzył usta, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
– No wiesz, nie musisz przecież. Jeśli jednak w stadzie oficjalnie pełnisz rolę poety, pewnego dnia i tak wszyscy będą chcieli coś usłyszeć.
Mówiłam niespiesznie, nie chciałam, by pomyślał, że naciskam. Nie miałam tego w zamiarze.
– Cóż, jeśli nie znuży cię mój głos, mógłbym ujawnić któryś z mych tworów.
Odwzajemniłam lekki uśmiech towarzysza. Ruszyliśmy dalej. Wsłuchiwałam się w melodyjny głos ogiera, malując w wyobraźni obraz, który miał, gdy tworzył wiersz. Po głowie zaczęła mi chodzić melodia, idealnie wpasowana w słowa poematu. Już prawie zaczęłam ją rytmicznie nucić, na szczęście w porę się powstrzymałam.
– Wiesz, myślę, że z twoich wierszy byłyby niezłe piosenki.
– Czyżbyś śpiewała?
– Nie, skąd – przez chwilę poczułam się paskudnie, kłamiąc. Nigdy miało nie być jednak okazji, by Laisrean dowiedział się, że nie byłam szczera. Miałam małą obsesję na punkcie tego, by już nikt poza bratem nie usłyszał mojego śpiewu. – A ty? Wydaje mi się, że chyba miałbyś do tego predyspozycje.
Ogier tylko uśmiechnął się nieśmiało. Może doskonale to wiedział?

Wróciliśmy na teren stada w dobrych humorach. Nieczęsto mi się to zdarzało, jeśli mam być szczera. Gdybym nie dołączyła do April i jej towarzyszy, dziś prawdopodobnie nie miałabym żadnego humoru. W ogóle by mnie nie było. A kuszące myśli do tej pory mnie nie opuściły.
Nie siląc się na jakikolwiek posiłek, ruszyłam do lasu. Mała, świecąca zatoczka, czy jak to nazwać, chyba była już moim stałym miejscem do ćwiczeń. Wróżki mnie rozpoznawały, a ja zaczęłam rozróżniać je.
Zmieniłam swoją postać, delikatne poduszki kocich łap tłumiły moje kroki. Tego dnia na polanie zauważyłam niepokojąco znajome oczy. Nigdy wcześniej nie widziałam tego ogiera, ale te oczy… Nie chciałam się jednak nad tym zastanawiać.
Odkryłam, że w kocim ciele też mogę bez problemu władać wodą. Nieco mnie to zdziwiło, gdyż sądziłam, że to głównie przez róg i bycie magicznym koniem jestem do tego zdolna. Czasem miło było mi wiedzieć, że nie osiągnęłam wszystkiego tylko przez geny.
Leżałam, w swoim już ciele, na trawie, która w tym miejscu była wyjątkowo zielona. Bawiłam się wodą, gdy usłyszałam za sobą znajomy głos.
– Miło cię znów ujrzeć, Mauer.
Podniosłam się gwałtownie i odwróciłam w stronę ogiera.
– Och, Laisrean. Wybacz, nie spodziewałam się tu nikogo. Tak cicho chodzisz – zaśmiałam się cicho. Rany, naprawdę przydałoby mi się jakieś odstresowanie.

Laisrean?

30 wrz 2019

Od Caranthir'a CD Shanti

   Gdy ogier odprowadził towarzyszkę do medyka, sam odszedł w kierunku dowódcy, do którego już dobrze znał drogę. Przemierzając leśną ścieżkę, nasłuchiwał otoczenia i oprócz jego równego oddechu, dało się usłyszeć miejscowe wycie psowatych lub kroki innych kopytnych, z czego tylko to pierwsze było dość niepokojące. O tym też powiadomił April, którą zastał tuż przed jej jaskinią i choć Car był świeży w stadzie, przywódczyni uwierzyła w jego raport i przekazała tą informację innymi, z czego to wojownicy muszą zająć się zagrożeniem, jeśli te pojawi się za blisko centrum. To też ogier uczynił, robiąc rundkę po terenach najbardziej zagrożonych atakiem ze strony psowatych, a nie widząc już zagrożenia, Car przeszedł w spokojniejszą część stada, gdzie mógł ponownie się wyciszyć. Gdy na chwilę przymknął swoje powieki, w moment usłyszał ciężki galop koni oraz ich parskanie, natomiast w jego głowie budował się obraz stada, którym dowodził. Była to armia, istne stado, które sobą potrafiłby zrównać wroga z ziemią, lecz nie smoki, które znienacka przybyły na ich tereny. Ich widok w wyobraźni spowodował, że oddech ogiera przyspieszył, lecz szybko ocknął się z tych myśli, gdy usłyszał kuśtykającą klacz, która zmierzała w jego kierunku. Od razu przedstawiła swój obecny stan, po czym podziękowała, co ogiera w duchu zadowoliło, że komuś udało się pomóc.
— (...) Od dziecka planowałeś mieć rolę obrońcy stada? — spytała zaczynając temat rozmowy.
— Nie. — odpowiedział krótko, lecz gdy klacz dała mu czas, ten kontynuował. — Od dziecka szkolono mnie na wojownika, lecz pozostałem przy walce magią. Przysiągłem na kodeks rycerski i obrona stada to mój obowiązek. — wyjaśnił spokojnie, dokładnie wypowiadając każde ze słów. — Pochodzę też wojowniczego stada, gdzie kodeks był obowiązkiem. — dodał lekko wzdychając.
— A czemu stamtąd odszedłeś? — zapytała zerkając na ogiera.
— Bo wszyscy nie żyją. — odpowiedział bez jakichkolwiek uczuć, których i tak nie posiadał. — Nie zdołałem ich obronić. — dodał trochę ciszej i choć teraz zamilkł, w środku krzyczał. W tym też momencie zapadła cisza, którą ogier rozumiał, ba, klacz nie musiała tego komentować.
Z jednej strony, ogier miał ochotę uciec od jakichkolwiek istot żywych lub rozpędzić się, wyżyć w terenie i wrócić zmęczonym, by móc przespać te okrutne dni. Lecz z drugiej strony, chyba nadszedł czas, gdy to trzeba choć trochę otworzyć się do innych, porozmawiać, gdyż to rozmowa jest najlepszym lekarstwem na wszystko, ba, nawet jakby miało się gadać z własnym cieniem. W pewnym momencie ogier poczuł dziwną ulgę, która zaraz została stłumiona zlodowaciałym sercem, a wszystko to działo się w ułamkach sekund, czego nie dało się zauważyć.
 — Jak Twoja rana? — spytał zaraz Car, zerkając na grzbiet klaczy. — Podali Ci maść z ziół? Dobrze regeneruje skórę. — dodał, chcąc sam rozpocząć jakąś rozmowę, co jest trochę jego przeciwieństwem.

Shanti? 

Od Shanti CD Caranthira

Smętnie spojrzałam na zakrwawiony bok i lekko poszarpane wnętrzności. Nie prezentowało się to ani trochę dobrze, a ja zastanawiałam się, jak długo pociągnę z otwartą raną, wabiącą swoim zapachem wszelkie drapieżniki. Wykonałam jeden krok, czując, jak naciąga mi się kilka mięśni w ciele. Syknęłam, starając się ignorować niemiłosierny ból i iść dalej. Posłałam niepewne spojrzenie ogierowi.
 - Będziesz... mnie asekurować?  - spytałam - Bynajmniej do jaskini medyków - dodałam ciszej. Jego ucho drgnęło, nasłuchując czegoś z północnej strony. Pokiwał głową.
 - Takie me zadanie, pełniąc stanowisko wojownika - oznajmił zwięźle - Teraz, jeśli mogłabyś, nabierz tempa swego chodu. Wiem, że to trudne z tak szkaradnym paskudztwem, ale musisz przecierpieć te kilkaset metrów drogi - westchnął. Znałam powagę sytuacji, to też wysiliłam się na żwawszy chód. Dorównywanie kroku Caranthirowi sprawiało mi niemałą trudność. Mój oddech był nierówny i ciężki, lecz dochodzące z oddali wycia wilków, motywowały mnie do zwalczania bólu.
 - Nawet, jeśli pójdę do medyków, to potem wypadałoby od razu udać się do przywódcy - wykrztusiłam słabo. Przed oczami co chwilę migały mi czarne plamki - Warto powiadomić o nieproszonych gościach - dodałam ochrypłym głosem.Spojrzał na mnie z brakiem zrozumienia.
 - Ja mogę to zrobić, kiedy ty będziesz u medyków - stwierdził. Odwróciłam zawstydzona łeb w przeciwną stronę, co jakiś czas mocniej wbijając kopytem w ziemie. Nie wiem, czy to wina mojego uszczerbku na zdrowiu, czy zwykłej niezdarności, ale potykałam się co kilka kroków.
 - No tak... Też możesz to zrobić - wydusiłam z siebie, czując, że powinnam się odezwać. Panująca wokół nas cisza pozwoliła mi na chwilę zamyślenia. Liście o ciepłych barwach gęsto pokrywały gałęzie drzew, choć i tak ich przeznaczeniem było wkrótce opaść na ziemię. Słońce wciąż ogrzewało okolicę, a jednakże były to jedne z ostatnich ciepłych dni. Chciałabym móc skorzystać z tej okazji.
 - To tu, nieprawdaż? - wybudził mnie z zamyśleń głos ogiera. Znajdowaliśmy się u celu,a nie wliczając mojego zranienia, nic nam się nie stało.
 - Jestem tu niewiele dłużej od ciebie, ale to jedyna charakterystyczna grota na tych terenach. - rzuciłam, czując, jak rana zaczyna o sobie przypominać. Ponownie zapanowała między nami nieskazitelna cisza, dopóki Caranthir nie zdecydował się odezwać.
 - W takim razie pójdę już do przywódczyni. Dasz sobie radę, prawda? - zapytała.
 - Owszem - mruknęłam. Postanowiłam nie przedłużać rozmowy i weszłam do środka jaskini. Od razu wpadłam w medyczne sidła i dostałam tyle ziół,że aż mój żołądek postanowił połowę zwrócić.
 - Cóż, faszerowanie ciebie leczniczymi roślinami to nie najlepszy pomysł - stwierdziła klacz, będąca jednym z dwóch medyków. Jej imię z pewnością zaczynało się na literę na M, ale dalej nie byłam w stanie nic wskazać. Kazali mi chwilę posiedzieć, zabezpieczyli otwartą raną i pozwolili odejść. Byłam zdumiona ich zaradnością. Spodziewałam się większych problemów i o wiele dłuższego, a tymczasem łatwo przywrócili mnie do sił.
 - Zjaw się tu jeszcze jutro z rana, bądź w przypadku nieporządnych dolegliwości - urwał - dzisiaj - mruknął ogier, któremu na imię było Vanitas. Akurat go zapamiętałam. Skinęłam tylko łbem, na potwierdzenie, iż wszystko zrozumiałam. Podziękowałam i z radością opuściłam jaskinię. Pierwsze co poczułam po wyjściu, to silny wiatr owiewający moje ciało. Syknęłam, wspominając wcześniejszą, słoneczną pogodę. Nienawidziłam jesieni za tą zmienność. 
Nie pozostało mi nic innego, jak znalezienie ustronnego miejsca, w którym mogłabym schronić się przed zimnem. Połowa mijanych przeze mnie miejsc nie spełniała moich oczekiwań. W pewnym momencie spostrzegłam Caranthira, stojącego między skupiskiem drzew i z zamyśleniem wpatrującego się w dal. Uznałam, iż za pierwszym razem byłam wobec niego zbyt opryskliwa, toteż teraz chciałam porozmawiać na spokojnie. W przeciwieństwie do poprzedniego spotkania, ogier dostrzegł mnie od razu. Z ogromnej odległości. Cierpliwie czekał, aż kuśtykając dojdę do niego.
 - Cóż, już po wszystkim, żyję - uśmiechnęłam się lekko - Jeszcze raz dziękuje za ratunek.
 - Mówiłem już, to mój wojowniczy obowiązek - odparł.
 - Spełniasz się przynajmniej w tym zawodzie. Od dziecka planowałeś mieć rolę obrońcy stada? - zagadnęłam, starając się zapoczątkować rozmowę.

<Caranthir?>

29 wrz 2019

Od Shadowa do Caranthir

Stałem w lesie, była noc jedynie ściółkę leśną oświetlał księżyc, który wyglądał pomiędzy koronami drzew. Idąc ścieżką, szukałem, sam nie wiem czego. Nie poznawałem tego miejsca, nie były to tereny naszego stada, ani tereny gdzie bywałem wcześniej w swojej podróży. Gdzie jestem ? Jak się tu znalazłem? Galopowałem między drzewami, szukając jakieś istoty, znanego miejsca, a raczej wyjścia z tego lasu. Nagle spostrzegłem się, że nie ma ze mną mojego Surma. Coś było nie tak, nigdy mnie nie opuszczał, zawsze był blisko, coś mu się mogło stać. Od razu zacząłem dalej galopować i nawoływać Surma jednak nic nie słyszałem. Ze zmęczenia przeszedłem w stęp, zgubiony w czeluściach nieznanego lasu. W oddali zobaczyłem dziwną sierść, była jak ogień, pomarańczowa i puszysta, nie znam takiego zwierzęcia. Poszedłem trochę dalej i zobaczyłem dziwną kupkę wyglądająca jak ogień, jednak nie wydobywał się dym. Podszedłem ostrożnie, nie czułem żadnego ciepła. Nagle to coś się poruszyło, Gdy mnie zobaczyło to coś, od razu zerwało się na równe nogi, a raczej łapy i przybrało wojownicza pozycje. Przez moje ciało przeszła adrenalina, serce zaczęło mocniej bić, mięśnie się napięły, byłem gotowy do wali, jednak nic się nie działo, postanowiłem porozmawiać, zamiast od razu walczyć.
- Kim jesteś?
-Jestem lisem.Dość dziwny z niego był lis, wielości przypominał dorosłego psa, co posiadali ludzie, wkoło łba miał futro jak lew, a ogon nie wyglądał na lisią. Lis ma jedną kitę, a tu było 5 kit jednak w tym samym kolorze.
-Nie wyglądasz na normalnego lisa
-Bo nim nie jestem.Wypowiadając to, stwór zaczął świecić, a raczej palić się niebieskim światłem. Było to zjawisko magiczne.
-Zabije was wszystkich. – odparł palący lis, po czym spostrzegłem, że zdyszany leże pod drzewem a obok mnie śpi stado. Wstałem i poszedłem napić się zimnej wody, od razu się obudziłem i stwierdziłem, że to był sen, bardzo dziwny i groźny sen, nigdy takich nie miałem. Surm przysiadł na grzbiecie i zaskrzeczał, aby gdzieś pobiegać. Zgodziłem się na jego propozycję i od razu przeszedłem do cwału, Surm wbił się w powietrze, a ja po znacznej odległości od stada zmieniłem się w bestię i dalej biegłem, nie patrząc gdzie byle najdalej przed siebie. Biegłem dość długi czas, gdyż z myśli wyrwał mnie skrzek Surma, od razu przybrałem końską postać, a zza drzew wyłonił się ogier.
-Kim jesteś? - zapytałem nieznajomego
-Jestem Caranthir. Wojownik tego stada.
-Miło mi cię poznać a co robisz w nocy, zawsze tu było spokojnie, ostatnio przegnaliśmy wilka z April. Szukasz może zagrożenia?
-Wstałem i postanowiłem się przejść, zauważyłem dziwnie duże łapy, niedaleko stada. Trochę za duże jak na wilka, a jednak odcisk pasuje do łapy. Chcę sprawdzić co to. – Odpowiedział Caranthir a Surm od razu zaskrzeczał. Ogier popatrzył na drzewa i zauważył go, Surm usiadł na grzbiecie i zaczął, skrzeczeć. Tak miał race, dzisiaj byłem nieuważny i zostawiłem swoje odciski, gorzej, że ogier wie, że coś tu chodzi, trzeba być bardziej uważnym. Ogier patrzył na nas lekko zdziwiony.
-Och przepraszam- powiedziałem – Poznaj mojego przyjaciela Surma.

< Caranthir >

28 wrz 2019

Od Aviany CD April

Spojrzałam na medyka wchodzącego do jaskini, odwracając zaraz wzrok. Nie miałam najmniejszej ochoty chociażby patrzeć na któregokolwiek z nich. Do mych uszu dotarło tylko głośne westchnięcie, kiedy dwójka koni zaczęła po cichu rozmawiać na temat tego co teraz ze mną zrobić. Byłam dla nich ciężarem, problemem który trzeba było jak najszybciej rozwiązać. Myśleli, że nie wiedziałam? Widziałam to po ich zachowaniu, ich spojrzeniach, czułam tą niechęć do swojej osoby, ale mimo wszystko nie potrafiłam się tym bardziej przejąć. Bolało mnie to, co zrobili mi zabierając mi moje moce. Odzyskam je chociaż jeszcze? Do cholery, to musiał być jakiś żart.
Nie prosiłam nikogo o pomoc, nie chciałam tutaj wracać, ale jak zwykle musiało być tak jak oni tego chcą. Moje zdanie przestało się liczyć już dawno temu. Nawet teraz leżąc tuż obok nich, mogłam jedynie słuchać i przygotowywać psychicznie na wszystko co mnie czeka. Nie mogłam w końcu na to wszystko powiedzieć "Nie".



Kilka miesięcy później...

Spoglądając na błękitną wodę wspominałam dzieciństwo które w większości składało się z różnych przygód wraz z April. To wręcz niesamowite jak wiele przeszłyśmy razem, a jak bardzo oddaliłyśmy się od siebie przez pewne sytuacje...
April zaczęła coraz więcej czasu spędzać z Vanitasem, a ja wyraźnie widziałam, że mają się ku sobie, nawet jeśli mieliby zaraz się wszystkiego wyprzeć. Cała ta sytuacja była mi na rękę, dzięki temu klacz nie chodziła za mną jak cień martwiąc się co krok, a mogła po prostu zacząć żyć, tworząc nowe wesołe wspomnienia z ogierem który wpadł jej w oko. Życzyłam im szczęścia i nawet trochę zazdrościłam. April nigdy nie miała problemu żeby złapać z kimś dobry kontakt czy rozkochać kogoś w sobie, moją osobą nikt nigdy nie wykazywał większego zainteresowania, unikając mnie zazwyczaj będąc zmęczonym moim nazbyt dziecinnym i wesołym charakterem. Nawet gdy przestałam cieszyć się jak głupia co kilka sekund, wciąż nikt nie chce chociaż spróbować ze mną wytrzymać. Nikomu nie chce się zawalczyć, bo nigdy nie masz gwarancji jaki będzie finał. Może okazać się wyśniony w najpiękniejszych snach, a może być po prostu jeszcze większym utrapieniem którego ciężko będzie się pozbyć. To w sumie zrozumiałe, ja sama unikałabym siebie gdybym tylko miała takie możliwości.

Po niebie przefrunęło kilka ptaków, a ja pustym spojrzeniem towarzyszyłam im. Wciąż pragnęłam wzlecieć w niebo, ale darowałam sobie próby które i tak za każdym razem kończyły się porażką. Nie władała już mną obsesja którą skutecznie zwalczała droga mi kuzynka każdego dnia, starając się obudzić we mnie dawne zachowanie. Może nie skończyło się to tak jakby to sobie wymarzyła, jednak wiedziałam, że była ze mnie dumna i cieszyła się z tych drobnych postępów.
Obiecałyśmy sobie również nie wracać wspomnieniami do tamtych wydarzeń jeżeli nie ma naprawdę takiej potrzeby. Nie poruszałyśmy też tematu moich mocy, nawet ja miałam tą świadomość, że przywrócenie mi ich na obecną chwilę sprawiłoby tylko, że całe starania poszłyby na marne, a stado w którym przebywam już nigdy więcej nie ujrzałoby mnie.

Delikatny podmuch wiatru musnął moją skórę, a ja cichutko westchnęłam do siebie samej. Chciałam cofnąć czas, chciałam cofnąć się do chwili w której miał nas zaatakować wilk. To od niego wszystko się zaczęło i to on zrujnował życie mi, a zaraz potem ja zrobiłam to samo z życiem April.
Ale jest już dobrze, prawda? Lubiłam to sobie wmawiać, nawet jeśli nie wierzyłam w to całym sercem. Jest lepiej niż przedtem i tym razem nie zawalę tego.

- Dzień dobry, Avi. - dotarło nagle do moich uszu, kiedy zorientowałam się, że powolnym krokiem zmierza do mnie zbyt dobrze mi już znana klacz. Mogłam wyczuć jej uśmiech nawet na nią nie patrząc, towarzyszył jej dobry humor, byłam tego pewna.
- Dobry, April. - wymamrotałam nie odwracając wzroku od wody. - Vanitas?
- Słucham?
- Czy za twoim dobrym humorem stoi Vanitas? Obstawiam, że tak. - szepnęłam kładąc łeb na ziemię. Klacz położyła się tuż obok mnie i przez chwilę w ciszy obserwowałyśmy spokojną i czystą wodę przed nami. Nie czułam się niezręcznie, bliżej było mi do obojętności. To ona stała się moim nieodłącznym elementem każdego poranka, południa czy wieczora. Nie miałam siły jak i ochoty ekscytować się czymkolwiek, a tym bardziej udawać, że wszystko mnie cieszy.
- Czy kiedyś ktoś w końcu usłyszy mój głos? Czy kiedyś ktoś w końcu da mi szansę? - wystrzeliłam nagle, dziwiąc nie tylko samą April, ale też i siebie. Próbowała coś powiedzieć, jednak ja skutecznie przerwałam jej kontynuując. - Jest już za późno. Tak, wiem. Ale chciałabym wierzyć, że jednak jeszcze czeka mnie coś dobrego w tym życiu. Chciałabym wierzyć w lepsze jutro, ale jakoś nie przekonują mnie te wizje. To cięższe niż się może wydawać.
Klacz nie odezwała się już i nawet nie próbowała. Ponownie cisza otoczyła nas, a ja spojrzałam na nią kątem oka. Myślała nad czymś intensywnie, to było widać gołym okiem. Nie chciałam jej przerywać ani jej przeszkadzać, dlatego zaraz odwróciłam wzrok, wracając do poprzedniej czynności. Czekałam aż coś zrobi, odezwie się, a otoczenie wprawiało mnie coraz bardziej w senny nastrój. Ziewnęłam przeciągle, przymykając oczy. Czułam delikatnie iskrzącą radość na dnie serca, radość, że chociaż April nie poddawała się względem mnie i była przy mnie nawet wtedy kiedy wydawało mi się, że tego nie potrzebuję, chociaż było zupełnie na odwrót. Zawdzięczałam jej więcej niż mogłaby sobie wyobrazić i więcej niż kiedykolwiek byłabym wstanie się jej przyznać.

< April? >