26 wrz 2019

Od April CD Aviany

Przez cały czas wlepiałam swój wzrok w Avianę, obserwując jej każdy ruch. Na początku zachowywała się normalnie (w miarę normalnie) , ale po chwili, gdy na niebie pojawił się niewielki, latający spokojnie ptak, zaczęła się zachowywać jak obłąkana. Wlepiła swoje oczy w ptaszynę, a po chwili zobaczyłam, jak ciało klaczy upada bezwładnie na ziemię, a ptak odlatuje. Natychmiast pojęłam co właśnie się stało.
-Aviana! Zatrzymaj się! - zaczęłam ją gonić, wiedząc, że i tak nie mam szans. Jak niby miałam dogonić ptaka?
Na szczęście spostrzegłam Phanthoma, latającego spokojnie po niebie. Ogier doskonale wiedział o stanie Aviany (właściwie to wszystkie konie ze stada wiedziały, na wszelki wypadek) i po moich zdesperowanych krzykach najwyraźniej zrozumiał co się dzieje. Podleciał blisko ptaka i złapał niewielkie zwierzątko w swoje ciężkie kopyta, lecąc w moją stronę. Odetchnęłam z ulgą, lecz nie trwało to długo, gdy spostrzegłam, jak Tom wypuszcza ptaka. Prawie spanikowałam, gdy dotarło do mnie, że Aviana próbuje teraz uzyskać kontrolę nad pegazem. Na szczęście Tom szybko wywalczył sobie władzę nad własnym ciałem i zobaczyłam, jak kara klacz podnosi głowę z ziemi i zaczyna rozglądać się wokół zdezorientowana. Phanthom zaczął lecieć w moją stronę, a wtedy zauważyłam, jak Aviana wpatruje się w ciało ptaka leżące na ziemi i próbuje się do niego przyczołgać.
-Oczy! Zakryj jej oczy! - krzyknęłam do ogiera, który znajdował się już na ziemi.
Pegaz podniósł z ziemi liść, którym już po chwili zakryliśmy oczy klaczy. W tym momencie miałam tysiące myśli w swojej głowie, zastanawiając się nad tym co powinnam zrobić dalej. Musieliśmy działać szybko. Powaliliśmy klacz na ziemię i położyłam jedno kopyto na jej brzuchu, by utrzymać ją w miejscu.
-Idź po Vanitasa i Mauer! Ja ją przypilnuję - rozkazałam Phanthomowi.
Kiwnął głową i poszybował w górę. Aviana nieoczekiwanie zaczęła się śmiać, ale po chwili zaczęła się dusić i kaszleć. Ucichła, a ja coraz bardziej zmartwiona stanem kuzynki czekałam na pomoc. Te parę minut ciągnęło się w nieskończoność, ale odetchnęłam z ulgą, gdy ujrzałam biegnących w moją stronę Mauer oraz Vanitasa. Ogier wepchnął leżącej klaczy coś do pyska i po chwili poczułam, jak mięśnie Aviany się rozluźniają.
-To sprawi, że zaśnie - wyjaśnił medyk, a stojąca przy nim klacz tylko przytaknęła.
Z niewielką pomocą Phanthoma udało nam się przemieścić moją kuzynkę do jaskini Vanitasa, gdzie medyk przygotował napar, który miał zablokować moce klaczy na czas nieokreślony, dopóki jej nie wyleczymy. Serce łamało mi się z powodu naszych drastycznych metod, ale wiedziałam, że to nieuniknione. Naszym planem było całkowite wyleczenie i terapia Aviany, ale czy się uda i ile czasu to zajmie? Nikt tego nie wiedział, ale wierzyłam w naszych medyków i miałam nadzieję, że uda im się coś zdziałać. W jaskini Vanitasa spędziłam noc, pilnując klaczy. Rano obudziłam się wcześnie i zaczęłam wpatrywać się w nią, tysiąc myśli napłynęły do mojej głowy. Moje rozmyślania zostały przerwane, gdy zobaczyłam, że Aviana obudziła się i spoglądała na mnie.
-Aviana? Jak się czujesz? - spytałam, uśmiechając się.
Jednak ona spojrzała się na mnie spod byka i odwróciła wzrok, nie odpowiadając mi. Poczułam ciężkie uczucie winy w swoim sercu, ale wierzyłam, że w końcu wróci do siebie. Bolało mnie to, w jaki sposób się zachowywała. Wzrok mojej kuzynki niemal natychmiastowo powędrował w stronę ptaków, które wleciały do jaskini. W skupieniu obserwowałam ją. Widziałam, że próbuje użyć swej mocy i odetchnęłam z ulgą, kiedy jej się nie udało. Napar Vanitasa zadziałał. Jednak klacz wydawała się załamana, w jej oczach zaszkliły się łzy. Westchnęłam ciężko, ale uśmiechnęłam się, gdy spostrzegłam medyka wchodzącego do jaskini.
-Zadziałało - powiedziałam - Co teraz? Co teraz zrobimy? - spytałam.
<Aviana?>

23 wrz 2019

Od Alexi CD April

- Jeszcze nie - odpowiedziałam. - Nie zdążyłam jeszcze nikogo spotkać na szczęście - odetchnęłam z ulgą.
- Czemu tak mówisz? - klacz spojrzała na mnie pytająco.
- Nie jestem zbyt towarzyską klaczą...
- Czy to przez nieśmiałość?
- Możliwe, że i to miało na to wpływ, ale... - zawiesiłam się, gdyż o mały włos nie powiedziałabym za dużo.
- Ale...?
- Naprawdę muszę powiedzieć? - nie zbyt mi się to uśmiechało.
- Nie no jeśli nie chcesz...
- Tu nie o to chodzi - wyznałam.
- A o co?
- O reakcję. Obawiam się że zareagujesz jak reszta - spuściłam łeb na dół.
- Czyli? O co chodzi?
- Że mnie wyśmiejesz - odpowiedziałam cicho.
- Czemu miałabym Cię wyśmiać? - po tonie klaczy wywnioskowałam że jest nieźle zdziwiona.
- Bo ja nie do końca jestem koniem, to znaczy nie od urodzenia. Stąd ta slamazarność...
- Nic takiego nie zdążyłam zauważyć.
- Jeszcze, bo mnie krótko znasz. Ale to wszystko przez poprzednie wcielenie i Senopie - powiedziałam. - I klątwę - dodałam ciszej.
- Jaką klątwę?!
- Spokojnie, nikomu się nie oberwie. Chyba. Klątwę rzuciła na mnie czarownica z Senopii jako karę za zdradę.
- Nic nie rozumiem - przyznała.
- Wcale się nie dziwię - przyznałam.
Na chwilę powróciłam myślami w tamten dzień. Wszystko działo się praktycznie zaraz przy Lesie Wygnańców. Król Senopii, bezwzględny Teroyoko, stał pośrodku dumnie wyprostowany, groźnie spoglądając na mnie. Po jego lewej stronie stała starsza szamanka, z pozoru niewinna staruszka, a jednak wielkie zło. Nikt tak naprawdę nie znał jej prawdziwego imienia, ale wołali na nią Freja, gdyż uwielbiała koty (zaraz po klątwach i czarnej magii). Po prawej zaś stała o wiele młodsza szamanka, której kruczoczarne długie włosy powiewały z wdziękiem. O ile starsza zachowała kamienną twarz, o tyle młodsza uśmiechała się złośliwie. Potem wszystko działo się szybko. Zarzucili mi zdradę stanu, która nie była prawdą. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć mój los został zapieczętowany. Z blondwłosej wojowniczki stałam się koniem. Magicznym koniem noszącym na swych barkach poczucie winy za zawiedzenie Senopii i klątwę, która mi o tym przypominała. To było okropne.

<April?>

19 wrz 2019

Od Caranthir'a CD Shanti

Przeszłość.
   Po wykonaniu swoich codziennych zadań, Caranthir udał się do laboratorium, oddalonego zaledwie kilka metrów od kwater wojska konnego. Stukot jego kopyt o twardą posadzkę niósł się na pobliskie sale, w których pracowali zielarze oraz chemicy, lecz ci nie obawiali się ogiera, a bardziej cieszyli na jego widok.
— Jak idą pracę nad nową osłoną? — spytał ogier jednego z chemików, który akurat wyszedł z sali.
— Zaskakująco dobrze. — odpowiedział z uśmiechem — Dzisiejsze wyniki potwierdziły, że ukończenie badań jest bliskie. — dodał zaraz.
— Bardzo dobrze. — rzekł spokojnie — W takim razie miłej pracy.
Gdy młody chemik z uśmiechem oddalił się od ogiera, ten mógł przemierzać długi korytarz, dzięki któremu zaraz doszedł do swojej prywatnej sali. W jej środku znajdował się obca istota żyjąca, która nie przypomina żadnego z obecnie istniejących zwierzyn. Sam Caranthir zaczął badania nad nią i pomimo kilku dni pracy, nadal nie posiadają żadnych informacji. Młody alfa zajął swoje miejsce w bezpiecznej klatce i mackami cienia zaczął badać obiekt, który od czasu do czasu wydobywał z siebie ciche piski.
— Co dzisiaj robisz? — usłyszał nagle głos młodej klaczy, która akurat weszła do sali.
— To samo, Verinne. — odpowiedział w skupieniu — Nie powinnaś być na zajęciach iluzji? — spytał ogier i zerknął na swoją córkę.
— Profesor się rozchorował i wcześniej nas wypuścili. — rzekła spokojnie i przyglądnęła się nieznanemu bytowi — Nadal nie wiadomo, co to za maleństwo?
— Podejrzewam, że jest to jakiś gad lub płaz, lecz ciężko w tej fazie to określić. — spojrzał na byt — Myślę, że jak podrośnie, to łatwiej będzie go określić.
Gdy młoda Verinne była gotów wypowiedzieć kolejne słowa w stronę ojca, jej mowa została przerwana przez potężne uderzenie, którego dźwięk dobiegał od centrum stada, a samo drganie przeszło po ciele alfy. Konie zaraz po sobie spojrzały i prędkim galopem udali się do wyjścia z laboratorium, do którego wkradały się liczne rżenia oraz.. warczenia. To, co ujrzeli na miejscu, zszokowało młodego alfę, który to teraz musi pokazać, jak bardzo ważne jest dla niego stado.
— Biegnij do Ariel i zbierz grupę szamanów oraz czarowników. — powiedział szybko ogier — Ja zostanę z wojownikami.
Młoda klacz przytaknęła i portalem przeniosła się w tereny zamieszkałe, natomiast Caranthir przystąpił do obrony swojego stada.
Kilka dni później.
   Wojna wybiła większość mieszkańców tych terenów, lecz nie umarli oni od zadanych im obrażeń, a od broni chemicznej, którą wypuścił smoczy szaman. Pomimo dobrych zielarzy oraz lekarzy, nie udało się ich uratować, w tym córki alfy, która umarła kilka dni po zakończeniu wojny. Jego syn poległ w trakcie walki, natomiast Ariel.. została zamordowana przez niedobitków. Tego dnia stado się rozpadło i każdy kto przeżył, poszedł w swoją stronę.
Teraźniejszość.
   Caranthir dość często korzystał ze smoczej klątwy i w tej też postaci przemierzał nieznane mu ziemie, w celu oddalenia się od rodzinnego miejsca. Mijały tygodnie, miesiące, ogier był coraz dalej, a jego umysł jeszcze bardziej zamknięty..
Czując liczne zagrożenie ze strony dzikich zwierzyn, musiał dołączyć do pierwszego napotkanego stada, które o dziwo go przyjęło z otwartymi kopytami i posadzili na stanowisko wojownika, co ogierowi nawet pasowało. Czas jednak było zapoznać się z okolicą, a że długo przebywał w smoczej postaci, jego kroki momentami były niepewne, a brak skrzydeł na grzbiecie sprawiał mu lekki dyskomfort. Szybko jednak przywykł do swojej prawdziwej natury, odrzucając w głąb smocze myśli, przechodząc od razu w cwał, dla poczucia choć odrobiny wolności.
Gdy odkrył większość terenów, udał się w miejsce, które najbardziej go urzekło, a konkretnie pod samotne drzewo, które idealnie opisuje jego samego. Wiatr delikatnie muskał rozgrzane ciało ogiera, a grzywa lekko falowała z ciepłym wiatrem, co trochę pozwoliło mu uciec od złych myśli. Ten stan trwał dość długo, do momentu pojawienia się klaczy ze stada i pewnie gdyby nie jego skupienie, już wcześniej zdołałby ją usłyszeć czy wyczuć. Ich wspólna rozmowa się nie kleiła i choć ogier chciał zapoznać się z członkiem stada, nie potrafił wydusić z siebie miłego słowa, a wszelkie wredne były hamowane, gdyż Caranthir nie chciał urazić nowej towarzyszki, której imię zapadło mu w pamięć — Shanti. Jednak ich rozmowa nie trwała za długo, czego można było się spodziewać od początku, więc ogier powrócił do swoich przemyśleń, lecz gdy on sam wyczuł zapach zagrożenia, odruchowo spojrzał w kierunku oddalającej się klaczy oraz.. wilka. Psowaty szybko przystąpił do ataku na pojedynczego osobnika, na co Caranthir od razu zareagował i przystąpił do obrony klaczy, a zaraz zlikwidowania zagrożenia. Shanti podziękowała i wstała z ziemi o własnych siłach, choć rana na jej grzbiecie nie wyglądała najlepiej.
— Dobrze będzie, jak udasz się z tym do medyka. — oznajmił ogier i zerknął na jej ranę — Krew za szybko uchodzi. Możliwe, że uszkodził jedną z głównych żył.. — dodał bardziej półszeptem i jakby do siebie. Wtem jego słuch zarejestrował kolejne kroki wilków, które wyczuły zapach krwi. — Wataha się zbliża.. — zerknął ponownie na klacz — Idziesz czy czekasz na włochatych kolegów? — dopytał kopytnej, "włączając" charakter nadopiekuńczo ostrego ogiera.

Shanti?

18 wrz 2019

Od Shanti do Caranthira

Stukot mych kopyt odbijał się echem po jaskini. Wśród panujących wokół ciemności, jedynym źródłem światła była szczelina w wejściu, zasypanym w połowie kamieniami. Przechodząc przez wąskie sklepienia skał, ocierałam sobie skórę i odczuwałam nieprzyjemny chłód. Chociaż byłam przystosowana do niskich temperatur, nie sprawiały mi one przyjemności. Szczególnie w miejscu sprzyjającemu klaustrofobii. O wiele bardziej preferuję przebywanie na otwartym i nasłonecznionym terytorium. Brak zasobów świeżego powietrza nie wpływał na mnie pozytywnie. Chrząknęłam, wciąż czując w pysku nieprzyjemny posmak dziwnej substancji, którą to dane było mi wcześniej wypić. Nie przyniosła mi efektów, jakimi miało być całkowite odzyskanie sił i energii. Nie warto ufać przydrożnym szamanom, którzy choć kuszą bezinteresowną pomocą, są całkowicie do niczego. Przekonałam się o tym już kolejny raz w swym krótkim życiu. Znów wyszłam na naiwną, a teraz za karę musiałam przechodzić przez ten mały tunel. Ugięłam się lekko na nogach, nie zatrzymując się ani na chwilę. Nad sobą słyszałam dziwne piski. Nie miałam jednak ochoty na odkrywanie ich źródła. Była chwila, w której otaczała mnie tylko ciemność. Ku mojej uciesze w oddali rozbłyskało delikatne światło panującego  na zewnątrz dnia. Moje kopyta rwały się do przodu, byleby tylko opuścić to przeklęte miejsce. Powstrzymywałam się jednak, nie chcąc na sam koniec popełnić błędu. Wyjście było wąskie, a ja nie miałam wystarczająco wiele energii by przybrać postaci pustej materii. Musiałam wziąć głęboki wdech i przecisnąć się mimo wszystko. Łeb przeszedł najszybciej, gorzej było z całym tułowiem. Nogi mi się plątały, aż w końcu całe me ciało otuliło przyjemne ciepło. Kichnęłam, na wskutek drastycznej zmiany temperatury otoczenia. Słońce chyliło się ku ziemi, co oznaczało zapadający wieczór. Skrzywiłam się lekko. Moja wędrówka była tak długa?
 - Hej! - znienacka doszedł mnie cudzy głos. Obróciłam się gwałtownie w kierunku źródła dźwięku, a mym oczom ukazała się siwa klacz w białe plamki. Możliwe, iż jej umaszczenie mogłam nazwać po prostu srokatym, ale nie dbałam o to. Spoglądała na mnie przyjaźnie,  aż zrobiłam kilka kroków do tyłu. Znam już te uśmiechy, zaraz będzie próbowała sprzedać mi jakieś ziółka.
 - Słucham? W  czymś przeszkadzam? - wysiliłam się na kulturalne słownictwo, nie chcąc zbyt pochopnie oceniać nieznajomej.
 - Jeśli mogę wiedzieć, co sprowadza cię na te tereny? - zagadnęła.
 - Zwykła podróż - odparłam wymijająco. Spodziewałam się zaraz jakiejkolwiek propozycji kupna eliksiru, który okaże się kompletnie bezużyteczny. Dlatego też musiałam odkryć zamiary klaczy i czym prędzej opuścić to miejsce. Liczyłam na dłuższy odpoczynek, najwyraźniej nie było mi to dane.
 - Ah tak? - spytała - Jeśli twoja podróż nie miała konkretnego celu, chętnie ci coś zaproponuje - te słowa symbolizowały, iż zaczyna swój biznes - Znajdujesz się właśnie na terytorium stada Silver Moon. Jestem jego przywódczynią, na imię mi April - przedstawiła się, a mnie totalnie zbiło z tropu. Nie takiego obrotu spraw się spodziewałam, to też spoglądałam na nią z niemałym zainteresowaniem.
 - Zaproponowałaś mi właśnie dołączenie do swojego stada? -nie dowierzałam.
 - Tak, każdy ma prawo tu być, jeśli tylko chcę - uśmiechnęła się kolejny raz. Ja wciąż myślami tkwiłam we własnym świecie.  Zazwyczaj decyzję podejmowałam spontanicznie, ale ta wymagała ode mnie wykazania się zdrowym rozsądkiem.
 - A co, jeśli jestem seryjnym mordercą i wybiję... - nie wiedziałam, ile tak naprawdę jest tu koni.
 - Wszystkich? - dokończyła za mnie. - Nie jesteś mordercom.
 - Owszem, ale gdybym była? - mruknęłam.
 - To bym ci nawet nie proponowała dołączenia, tylko od razu zostałabyś przegoniona -  wytłumaczyła. Nie kłóciłam się, gdyż w to nie wątpiłam. To stado może mieć wielu silniejszych ode mnie członków. Problemy to ostatnie czego teraz potrzebowałam. Zmrużyłam oczy.
 - Jakie mam korzyści z bycia w takim stadzie? - zapytałam.
 - Bezpieczeństwo. Każdy dba o każdego. Mamy doświadczonych medyków, wytrwałych wojowników, jedzenia pod dostatkiem i czystej wody zdatnej do picia - wymieniła. W głębi mnie rozpoczęła się burza. Nie przewidziałam takiej możliwości, ale bycie tu mogło nieść za sobą wiele korzyści. Wbiłam spojrzenie w klacz.
 - Chyba jestem skora co do twojej propozycji..
**********************************
Znów wędrowałam po lekko zabłoconej drodze. Spod moich kopyt na wszystkie strony pryskały brązowe plamki. Smętnie spoglądałam w dół, próbując ustalić, czy podjęta przeze mnie kilka dni temu decyzja była słuszna. Od sporego czasu prowadziłam tryb koczowniczy, a jednak przez cały ten okres jakaś część mnie chciała znaleźć miejsce do zamieszkania na stałe. A kiedy los podsuwa mi rozwiązanie pod nos, mam mieszane uczucia. To nie tak, że członkowie stada są podli i wredni wobec mnie. Wręcz przeciwnie, każdy z nich sprawia wrażenie przyjaznego.  Za to ja musiałam wyrobić sobie w ich oczach opinię oschłego gbura. Mętlik w głowie nie pozwalał mi się na niczym skupiać. Po części czułam, iż zadomowiłam się tu na dobre. Wiedziałam, gdzie rosła najsmaczniejsza trawa i skąd czerpać najświeższą wodę. Znalazłam ulubione  miejsce do spania i poznałam niektóre sposoby życia innych członków. April najczęściej można było znaleźć na Lazurowej Polanie. Jeden z medyków kręcił się wiecznie po lasach, w poszukiwaniu swych ziół. Pozostali mieli własne ścieżki, którymi spokojnie podążali. Z pewnością w tabunie dominowały klacze, ale jakoś nie miałam do tego pretensji. Zależało mi jedynie na bezpiecznym miejscu do życia i niewielkim gronie przyjaciół. O ile będę miała ochotę odezwać się do kogoś ze stada. Ten jeden, chociaż tylko jeden raz, musiałam się przełamać. Obiecałam sobie zgadać do pierwszej napotkanej osoby. Nie powinno być z tym problemu, gdyż pozostali członkowie chodzą grupkami, toteż jedna z nich powinna przynajmniej gdzieś tu przechodzić.  Nim się obejrzałam, niedaleko granic stada dostrzegłam większy kształt. Zmrużyłam oczy, upewniając się, czy to aby na pewno koń, a nie zmutowany niedźwiedź. Me przypuszczenia były trafne. Ciemnobrunatny ogień stał na środku niczego. Naprawdę, to była ogromna, pusta polana, z niską trawą. Na środku stało jedno drzewo, pod którego koronami krył się ów nieznajomy. Nie kojarzyłam go z widzenia, ale miałam wysokie predyspozycje do nierozpoznawania członków stada. Pełniłam funkcję szpiega, więc zakradanie się w jego stronę nie stanowiło przeszkody. Dopiero będąc niedaleko niego, zdałam sobie sprawę, jak źle muszę się prezentować, bawiąc się w takie podchody. Zatrzymałam się niedaleko i lekko odchrząknęłam. Koń poderwał się w moją stronę. Widocznie wcześniej pochłonęły go myśli, więc zajście go nie  było naprawdę trudne.  Takie wrażenie bynajmniej odebrałam. Spojrzałam na niego i od razu w oczy rzuciło mi się coś dziwnego. Jego spojrzenie wydawało się puste, niemające w sobie żadnych emocji. Nie odzywał się, tak samo jak ja, co spowodowało niezręczną ciszę. Doszłam do wniosku, że skoro to ja do niego podeszłam, to też do mnie należał obowiązek rozpoczęcia rozmowy.
 - Um... jesteś stąd? - rzuciłam pierwszym pytaniem, które przyszło mi do głowy.  Głupim pytaniem.
Pierwszą reakcją z jego strony było lekkie uniesienie brwi w górę. Nie byłam w stanie wyczytać z mimiki, czy to była oznaka zdziwienia. Wyraz pysku wciąż pozostawał taki sam.  B
 - Chodzi ci o moje pochodzenie, czy przynależność do stada?
 -  To drugie - odparłam w minimalnym stopniu zmieszana. Odwrócił łeb i  spojrzał gdzieś w dal, jakby myślami znajdował się w innym miejscu.
 - Tak - rzucił krótko - Od tego ranka - dopowiedział. Ta odpowiedź usatysfakcjonowała mnie,  gdyż przynajmniej wytłumaczyła mi fakt, iż pierwszy raz go widziałam. Z moją pamięcią nie jest aż źle.
 - Cóż, także do niego należę - mruknęłam, w celu podtrzymania rozmowy. Nie kleiła się ona zbyt bardzo, a ja musiałam nawiązać jakieś nowe kontakty. Obiecałam sobie to, a ja nie lubię rezygnować z ustalonych celów. Jeśli jednak okaże się on mocno aspołeczny, nie będę naciskać.
 - Zdradzisz mi swe imię? - zapytałam.
 - A po cóż to? - odparł pytaniem. Przekręciłam w duchu oczami. Trafiłam na marudę i gbura.
 - Jesteśmy w jednym stadzie, warto się znać - mruknęłam zirytowana. Spojrzał na mnie, a ja wciąż nie byłam w stanie określić jego emocji. - Zacznę dla przykładu - oświadczyłam  - Jestem Shanti.
 -  Caranthir.
Po  jego  przedstawieniu byłam już pewna jednego. Nie dogadam się z nim, on nawet nie próbuje brzmieć na chętnego do rozmowy. Doceniam bynajmniej jego szczerość, bo jeśli ja zaraz bym ją zastosowała, mogę posłużyć się niezbyt przyjemnym słownictwem. Za szybko się denerwuję.
 - W takim razie żegnam, przynajmniej próbowałam z tobą rozmawiać - rzuciłam oskarżycielsko. Nic nie odpowiedział. Z pewnością uznał me zachowanie za dziecinne. Wydawał mi się starszy ode mnie i to z kilka lat. Ledwo się odwróciłam i zrobiłam parę dłuższych kroków, a coś rozbłysnęło w pobliskich krzakach. Zatrzymałam się i obejrzałam do tyłu. Caranthir wciąż stał w swoim miejscu, znów obrócony tyłem do mnie. Prychnęłam cicho. Wbiłam spojrzenie we własne kopyta. Nie minęła chwila, a poczułam ból w prawym boku. Coś przygniotło mnie do ziemi. Kątem oka dostrzegłam nad sobą sporej wielkości wilka z czerwonymi ślepiami. Wydałam z siebie zduszony okrzyk, gdy zanurzył swe  kły w mym grzbiecie.  Nie byłam w stanie trzeźwo myśleć. Starałam  skupić w sobie jakąś moc, np. porazić go prądem, ale ktoś inny mnie wyprzedził. Pan gbur powalił go w krótszą chwilę na ziemię i ... po prostu się z nim rozprawił. W tym czasie z trudem podniosłam się na nogi, spoglądając jak na mojej czarnej sierści powstają czerwone plamy. Syknęłam, zrobiło mi się trochę słabo. Jednocześnie rozglądałam się panicznie dokoła. Wilki lubią atakować w większych grupach, więc reszta może się zawsze kręcić w pobliżu. 
 - Jak bardzo źle się czujesz? - usłyszałam głos ogiera. Nie brzmiał na zmartwionego, ale przynajmniej spytał.
 - Nie jest źle - odparłam - Poza tym... myślę, że byłabym w stanie poradzić sobie sama - skłamałam. Moje ego by ucierpiało, gdybym po prostu wyznała szczerą wdzięczność. - Mimo to... dziękuję ci.

<Caranthir?>

17 wrz 2019

Wojownik, Caranthir!

Powitajmy w stadzie nowego wojownika - Caranthira!

Yewrezz
 13.11 | 7 lat | Koń ziemski | Wojownik | Shee [discord]

Od Laisreana CD Mauer

Stałem spokojnie przy Jeziorze Gai, kontemplując nad pięknem kwiatów rosnących przy wodzie, gdy nagle usłyszałem donośne skrzeczenie stada ptaków przelatującego po niebie. Zadarłem głowę do góry, wpatrując się w piękne, błękitne niebo i nieliczne chmury leniwie sunące w nieznanym mi kierunku. Ten widok wprawił mnie w zamyślenie i niespodziewanie mnie natchnął.

Jakże swobodnie płyną
chmury, i jak dostojnie!

Gdy las mroczny, spokojny

wzywa je, darzą go hojnie

złocistą chleba kruszyną
i ciągną oczarowane
przez fioletowe sawanny
o płomienistym obrzeżu
-by zniknąć, gdy je przemierzą
łagodne, ciche, zbłąkane.

Nagle poczułem się niesamowicie zrelaksowany i usatysfakcjonowany tym, że w końcu, po kilkunastu dniach, wena znowu do mnie wróciła i mogłem powrócić do tworzenia. Szczęśliwy, powolnym krokiem udałem się do Lasu Świateł, podziwiając przyrodę wokół mnie. Szedłbym tak dalej, gdybym nagle pod jednym ze swoich kopyt nie poczuł czegoś, co zdecydowanie glebą nie było. Wyrwany z zamyślenia, spuściłem swój wzrok w dół i spostrzegłem jakąś sakiewkę, na którą przez swoją nieuwagę nadepnąłem. Ostrożnie podniosłem przedmiot z ziemi i zacząłem rozglądać się wokół w poszukiwaniu właściciela owej sakiewki. Jednak mój wzrok nie spoczął na żadnym żywym stworzeniu (z wyjątkiem jednego ptaka, który przez cały czas przyglądał mi się ciekawsko). Postanowiłem więc udać się dalej, z nadzieją, że (najprawdopodobniej) koń, który to zgubił jest gdzieś w pobliżu. Ewentualnie stwierdziłem, że jeśli nikogo nie znajdę pójdę do April, w końcu ona jest przywódczynią stada. Po chwili, gdy udałem się głębiej w las, moim oczom ukazała się sylwetka siwej klaczy. Wydawało mi się, że już wcześniej ją widziałem i należała ona do stada. Zaciekawiony zacząłem się jej przyglądać, gdy nagle gwałtownie się odwróciła. Wyglądała na lekko zakłopotaną i przez dłuższy czas wpatrywała się we mnie bez słowa, więc postanowiłem jako pierwszy zabrać głos:
-Witam, Laisrean mnie zwą, śmiem twierdzić, że już cię ujrzałem.
Klacz przez chwilę wydawała się wytrącona z równowagi przez moją wypowiedź, ale szybko odpowiedziała, uśmiechając się nieśmiało.
-Miło mi cię poznać. Jestem Mauer, jeden z medyków.
Medyk? Ciekawy zawód. Ale również niesamowicie trudny. Postanowiłem jednak nie rozwodzić się nad tym i oddać Mauer jej własność.
-To chyba do ciebie należy, jeśli mnie nie zmyliły moje spostrzeżenia - odrzekłem, podając klaczy jej sakiewkę.
Odebrała ją z wdzięcznym wyrazem pyska, z czego wywnioskowałem, że owa rzecz musiała mieć dla niej niezwykle duże znaczenie. 
-Dziękuję. Już prawie zawału dostałam - zaśmiała się cicho.
Sprawiała wrażenie nieco nerwowej, ale wydawała się sympatyczna, więc postanowiłem  porozmawiać z nią jeszcze chwilkę.
-Wnioskuję zatem, że owa sakiewka wartość dużą ma dla ciebie? Zmartwiona się wydawałaś, swym spojrzeniem jej szukając - odrzekłem.
Klacz pokiwała głową.
-Tak, jest dla mnie ważna, dziękuję za znalezienie jej - uśmiechnęła się - Czym się zajmujesz w stadzie?
-Ah, pisaniem wierszy się trudzę, więc stanowisko poety objąłem - posłałem ciepły uśmiech w stronę Mauer - Może masz ochotę udać się ze mną na spacer po terenach, gdyż pogoda dzisiaj jest wyjątkowo piękna? - spytałem.
Klacz pokiwała niepewnie głową i zaczęliśmy iść. Zapadła dość niezręczna cisza, której nie miałem zamiaru przerwać, gdyż zwyczajnie nie wiedziałem jaki temat zacząć. 
<Mauer?>

16 wrz 2019

Od Alicji CD. Vanitasa


- Cóż, stoisz właśnie na terenach stada Silver Moon. Zamieszkuje ono te tereny od trochę już dłuższego czasu - wytłumaczył mi ogier. - Jeśli chciałabyś wiedzieć więcej, mogę... zaprowadzić cię do przywódcy - dodał. 
Stałam jak wryta, nie wiedząc co zrobić. Dołączyć do stada, znowu? Czy miałabym gwarancję, że nie odrzuci mnie jak poprzednie? 
 - A myślisz, że przyjęłaby do stada kogoś takiego jak ja? - spytałam po chwili. 
Ogier lekko przechylił łeb.
 - Co masz na myśli, używając tego sformułowania? Jeśli masz czyste intencje i naprawdę chcesz tu dołączyć, to nie widzę żadnego problemu - stwierdził. - Wpierw jednak warto by było się przedstawić. Jestem Vanitas. Pełnię w stadzie rolę medyka, więc w razie wypadków służę pomocom. A jak brzmi twe imię?
 - Alicja - odparłam. - W takim razie, zaprowadzisz mnie do przywódczyni?
Vanitas zgodził się, więc ruszyłam za nim w nieznanym mi kierunku. Po drodze nie rozmawiałam z ogierem, bo byłam skupiona na obserwacji otoczenia. Szliśmy już dosyć długo, a byłam niemalże pewna, że tereny stada skrywają jeszcze więcej ciekawych miejsc.
W pewnym momencie, na pewnej ślicznej polanie pełnej kwiatów zauważyłam w oddali pewną jasną klacz, dosyć krępej budowy. Kiedy nas zobaczyła, podeszła bliżej i spojrzała na mnie z zainteresowaniem.
 - Któż to jest? - zapytała Vanitasa.
 - Przedstawiła się jako Alicja. - odparł ogier. - Chce się dowiedzieć czegoś o stadzie.
Wstrząsnęłam grzywą, odrobinę zdenerwowana, że ktoś mnie przedstawia, podczas gdy doskonale umiem zrobić to sama. Nie wiedziałam jednak zbytnio, co dodać, więc tylko pokiwałam głową, kiedy klacz - chyba przywódczyni - ponownie zwróciła na mnie oczy.
- A więc ja jestem April, a to jest stado Silver Moon, znajdujące się na terenach Seranii - zaczęła, po czym nagle przybrała nieco niepewny wyraz pyska. - A... Chciałabyś dołączyć?
Z początku chciałam zapytać, czy według niej jestem kompetentna, ale przypomniałam sobie co mówił Vanitas.
- Jeśli... Jeśli mogę - odparłam wreszcie, choć nadal miałam wątpliwości. Oni jeszcze nie poznali mnie z tej "ognistej" strony, według niektórych gorszej. Jeśli dowiedzą się, że mają w stadzie klacz, która potrafi w ciągu chwili spalić konia żywcem, czy pozwolą mi tu zostać? 
Z rozmyślań wyrwała mnie April, która bacznie mi się przyglądała.
- Wszystko w porządku? - zapytała. - Zdaje mi się, że się nad czymś wahasz.
Uniosłam łeb. Mam jej powiedzieć? No nic, prędzej czy później się dowie, więc może lepiej ostrzec ją od razu.
- Bo ja... Nie jestem zwykłym koniem - wyjaśniłam.
- Tak jak większość z nas - odparł Vanitas, który do tej pory stał cicho.
Wlepiłam w niego swe ślepia, nie do końca wiedząc, co ma na myśli.
- To znaczy? - spytałam.
- No cóż... Mamy swoje moce i szczególne umiejętności, niektórzy mają też odmienny wygląd...
- Naprawdę? - zdziwiłam się. - Czyli nie byłabym tutaj żadnym... Odmieńcem? 
- Każdy z nas jest inny, ale wszyscy jesteśmy jednym stadem - wyjaśniła przywódczyni. - Jeśli nie masz złych zamiarów, przyjmiemy cię bez względu na twoje inności.
Przymknęłam na chwilę oczy. Głos April był pełen spokoju i mądrości. 
- W moim poprzednim stadzie było trochę inaczej - powiedziałam.
Klacz zerknęła na mnie z pewnego rodzaju troską. 
- Tak czy inaczej, pora zapomnieć o przeszłości. Od teraz twoim stadem jest Silver Moon, więc powinnaś poznać tutejsze tereny.
Uśmiechnęłam się lekko. Tereny są tu cudowne, bez dwóch zdań. Chętnie więc zobaczyła bym je bardziej... Z bliska?
- Vanitas, jeśli nie masz nic do roboty, może oprowadziłbyś Alicję po Seranii? - spytała przywódczyni.

Vanitas, może April?