13 sie 2019

Od Laisreana (do Hope)

*wiersz wykorzystany w opowiadaniu to Krzak dzikiej róży w Ciemnych Smreczynach autorstwa Jana Kasprowicza*

Kolejny dzień mojej wędrówki był nadzwyczaj spokojny. Odkąd trzy lata temu odszedłem ze swojego stada nigdzie nie zatrzymywałem się na długo. Co jakiś czas dołączałem do jakiegoś stada, ale wszędzie było tak samo - nigdzie nie byłem akceptowany, więc nigdzie nie zostawałem na dłużej. Jednak piękna pogoda dzisiejszego dnia zdecydowanie poprawiała mi humor. Śpiew ptaków oraz piękne, kolorowe kwiaty, które mijałem po drodze pozytywnie wpływały na moją wyobraźnie i były moją inspiracją. Moją uwagę zwrócił jednak przepiękny krzak róży, który zainspirował mnie do stworzenia kolejnego wiersza.
Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy
Na plamy szarych złomów ciska

Po chwili wpatrywania się w roślinę, ruszyłem dalej, w swojej głowie formując słowa nowego utworu. Byłem tak zamyślony, że nawet nie zwróciłem uwagi na odgłosy galopujących kopyt gdzieś w oddali, poświęcając się kompletnie swojemu zajęciu.

U stóp mu bujne rosną trawy.
Bokiem się piętrzy turnia śliska,

Jednak po chwili odgłosy te stały się na tyle głośne, że przestałem je ignorować. Zatrzymałem się i zacząłem nasłuchiwać. Oprócz kopyt uderzających o podłoże mogłem zidentyfikować jeszcze jeden dźwięk: szelest liści. Ewidentnie jakiś koń zbliżał się do miejsca, w którym aktualnie przebywałem. Zaalarmowany zacząłem się rozglądać, przygotowując się na ewentualny atak. 

Kosodrzewiny wężowiska
Poobszywały głaźne ławy

Ku mojemu zdziwieniu po chwili zza drzew znajdujących się naprzeciwko mnie powoli wyszła klacz. Spojrzała na mnie, lekko zdziwiona. Najwyraźniej nie spodziewała się spotkać kogoś obcego na tych terenach. Po chwili jednak jej zdziwiona mina przekształciła się w uśmiech, a klacz niepewnie podeszła do mnie. 
-Witaj - powiedziała spokojnie. 
Nie wyglądała jakby chciała zaatakować, jej postawa wydawała się dość zrelaksowana, a sama klacz zdawała się być przyjaźnie nastawiona.
-Nazywam się April - kontynuowała - Jestem przywódczynią stada Silver Moon. 
Później rozmowa poszła z górki. Klacz zaprosiła mnie do dołączenia do stada, a ja - zgodziłem się. Oczywiście pogodziłem się z faktem, że reszta stada w końcu uzna mnie za dziwaka i będę zmuszony odejść po pewnym czasie. Takie już było moje życie - wieczna tułaczka, ale nie narzekałem. Przynajmniej na razie. April zdawała się być bardzo sympatyczna i zaproponowała mi, że oprowadzi mnie po terenach. Zaczęliśmy iść. Klacz dużo mówiła i była sympatyczna - nawet bardzo.

Samotny, senny, zadumany
Skronie do zimnej tuli ściany,
Jakby się lękał tchnienia burzy.

Jej towarzystwo sprawiało mi przyjemność - przy jej boku nie czułem się jak odmieniec, gdyż traktowała mnie jak każdego, innego, normalnego konia. Poza tym nie słyszałem głosu żadnego konia (oprócz siebie) już przez blisko pięć miesięcy, więc spotkanie kogoś było dla mnie zbawieniem. Uśmiechała się do mnie od czasu do czasu, a ja starałem się odwzajemniać ten gest. 

Cisza… O liście wiatr nie trąca,
A tylko limba próchniejąca
Spoczywa obok krzaku róży.

W końcu, po blisko godzinie (albo dwóch, straciłem poczucie czasu) klacz pokazała mi już wszystkie tereny. Najbardziej intrygującym był Las Zguby - jego historia wydała mi się niezwykle inspirująca (kto wie, może kiedyś powstanie o nim wiersz). April pożegnała się ze mną, tłumacząc się tym, że musi pozałatwiać parę spraw. Odeszła, życząc mi miłego pobytu w stadzie. 

Słońce w niebieskim lśni krysztale,
Światłością stały się granity,

Zacząłem się rozglądać, zastanawiając się, gdzie powinienem udać się najpierw. Postanowiłem iść się do Lasu Świetlików i oddać się trochę poezji, stworzyć nowe wiersze. Może coś by mnie natchnęło - oprócz jednego wiersza, który stworzyłem dzisiaj, ostatnimi czasy nie miałem pomysłów i brakowało mi inspiracji.
Las spowity
W blado błękitne, wiewne fale.

Gdy dotarłem na miejsce, spostrzegłem innego konia - klacz, i to pegaza. Pewnie należy do stada. Patrzyła się na mnie nieufnie - postanowiłem więc się przedstawić, by nie brała mnie za intruza. Podszedłem bliżej i odezwałem się:
-Chylę łeb i witam się pogodnie, Laisrean mnie zwą i poznać mi Cię miło.
<Hope?>

Od Phanthoma cd. Vanitasa

Kto by pomyślał, że mój sen przerwie seria huków, które były jednocześnie znane, jakbym je kiedyś słyszał, ale z drugiej nie potrafiłem określić, co to było. Musiałem to sprawdzić, ponieważ hałas nie dobiegał skąd z daleka, wręcz przeciwnie. Jeśli to zagrożenie, należało się dowiedzieć, co to. Na dodatek spotkałem Vanitasa, który tak samo jak ja, został zbudzony przez głośne dźwięki, które co jakiś czas się powtarzały. Kto o tej porze nie śpi i przerywa sen innych? Wszystko zostało wyjaśnione, kiedy odnaleźliśmy źródło dźwięku. Rzeczywiście, kiedyś spotkałem się ze strzelającymi ludźmi, konkretnie, to dwa razy. Kiedy mieszka się w świecie odizolowanym od tych dwunożnych istot, nie tak łatwo ich spotkać, a tym bardziej z bronią. W końcu kto będzie grzebał w chmurach, w poszukiwaniu pegazów? Łatwiej już złapać jednorożca, ponieważ one mieszkały na ziemi. 
- Poczekajmy i poobserwujmy na wypadek – zaproponowałem. Zawsze była możliwość, że będą się kierować na zachód, czyli w stronę naszego stada, wtedy należałoby ich zatrzymać albo chociaż powiadomić resztę o zbliżającym się zagrożeniu. Czy oni naprawdę nie mogli wybrać sobie lepszej pory na polowanie? Dlaczego noc? Normalne istoty o tej porze śpią… nie licząc nietoperzy, borsuków i podobnych zwierząt, żyjących w nocy – ale człowiek się do nich nie zalicza.
- Jak myślisz, na co mogą polować o tej porze? - zapytał Vanitas, z którym śledziliśmy ludzi, kierujących się na razie na południowy zachód. Jeśli nie skręcą w prawo, nie będziemy mieli się czym martwić. No może poza jednym… czy nas nie zobaczą. Noc z jednej strony nas kryła w cieniu, z drugiej jednak ten mocno świecący jasnym promieniem księżyc mógł nas zdradzić, jeśli przypadkiem staniemy na jego drodze. Czego to się nie robi dla stada…
- Chyba na wszystko, oby tylko nie szukali nas – odpowiedziałem po chwili ciszy, w której kompletnie nic. Ani naszego oddechu, ani kroków ludzi, ani zwykłego pohukiwania sowy, czy nawet szumu wiatru w liściach. Kompletnie nic, jakby cały las nagle umarł. I wtedy strzały się ponowiły, wycelowane w jakąś kłodę. Sądziłem, że coś im się przewidziało, ale kiedy jeden z nich podszedł w to miejsce, kucnął i wyprostował się z martwym królikiem w dłoni, poczułem ciarki.
Boisz się? Tchórz. 
- Już wiesz, na co polują – odezwałem się szeptem do Vanitasa i trochę się odsunęliśmy. Niestety któreś z nas, albo jakieś inne zwierzę, które postanowiło skorzystać z okazji i uciec, narobiło hałasu, stając na suchą gałązkę, która się złamała. Dlaczego to zawsze musi być patyk?
Zerknęliśmy w stronę ludzi, którzy odwrócili się w naszą stronę. Byliśmy skryci w cieniu, nie widzieli nas, ale zaczęli podchodzić.
- Uciekajmy – zasugerował Vanitas, zgodziłem się z nim. Kiedy on zaczął biec, ja rozłożyłem skrzydła, z zamiarem wzlecenia w górę. Kiedy moje kopyta oderwały się od ziemi, poczułem ukłucie w tyłku. Nie miałem czasu sprawdzić, co wywołało słaby ból, wzniosłem się wyżej i zacząłem lecieć nad koronami drzew i… dalej nie dałem rady. Nagle poczułem się strasznie zmęczony, a całe ciało dostało jakiegoś paraliżu. Nie mogłem machać skrzydłami, a kopyta nie chciały się ustawić do lądowania, dlatego runąłem na ziemię, łamiąc przy okazji kilka gałęzi i tworząc prawdziwy hałas. Kiedy ostatni raz zerknąłem na bolące miejsce, zobaczyłem małą strzałkę z czerwonym piórkiem. Czyżby to był pocisk usypiający? Nim sobie na to odpowiedziałem, zamknąłem oczy i zasnąłem, nie mając żadnego wpływu na powieki.

<Vanitas?>

12 sie 2019

Od Shadowa Cd Phanthoma/April

Pomysł Toma z dogadaniem się był trochę dziwny. Znam wilki i wiem, że jak chcą teren albo pożywienie, gdyż są bardzo głodne, to nie da się im przemówić do rozsądku, aby odeszli spokojnie. Jednak zawsze można spróbować. Poszliśmy z April pomówić z wilkami. Po ich nastawieniu nie wyglądało to dobrze. Wysunął się na przód ich dowódca, a ja pozwoliłem April czynić honory.
-Witam, jestem przywódcą stada na tym terenie, chciałam się zapytać, po co tu przyszliście, nie jest to wasz teren ani nie ma tu zwierzyny na polowanie.- Mówiąc to April nawet się nie zająknęła.
-Wy możecie być zwierzyną i to nawet bardzo smaczną.- Odpowiedział wilk, szczerząc swoje kły. Już wiedziałem, że nie będzie ugody. April zarżała, odwróciłem się, a Tom swoją iluzją powiększył naszą liczebność. Bardzo efektowne to, nie powiem, że nie.
-Jak widzicie, jest nas trochę więcej od was.-odpowiedziała April, już widziałem, że też zrozumiała, że te wilki to ciężki przypadek. April zaczęła się lekko trząść.
-Nie przeszkadza nam wasza liczebność.- Odpowiedział basior. Staliśmy chwilę w milczeniu, po czym Alfa wilków odwróciła się, już myślałem, że odpuścili, po czym nagle ruszyła na nas cała wataha. Jak było w planie, stworzyłem linie ognia przed nimi, zaczęliśmy galopować w stronę Toma. Mimo iż ogień był bardzo wysoki, wilki się go nie bały, a to oznacza, że były bardzo zdesperowane. Nagle naszła mnie myśl, iluzją nie można zaatakować, więc będę musiał sięgnąć po to, czego nie chciałem. Zamieniłem się w ogromnego wilka. Nagle wataha stanęła w miejscu, byłem od nich przynajmniej 2 razy większy, więc się nie dziwię, że się bali. Wtedy wyszedł ich Alfa na przód swojego stada. Chyba myślał, że chcę, aby ustąpił mi miejsca, jednak wcale mi o to nie chodziło. Tom i April byli w przygotowaniu na walkę, ale też trochę ich to zdziwiło. Jedynie mój Surm latał w pełni przygotowany na atak.
<April/Tom?>

10 sie 2019

Od Mauer CD Vanitasa (do Phantoma)

Ogier pokazywał mi właśnie jaskinię, w której składował swoje medyczne znaleziska.
– Oczywiście, będę uzupełniać te zapasy – uśmiechnęłam się. Nie chciałam rozstawać się z saszetką, przynajmniej dopóki nie czułam się swobodnie w stadzie. 
Vanitas postanowił pokazać mi tereny, zanim zapadnie zmrok. Nie zadawał pytań odnośnie mojej przeszłości, o sobie też dużo nie mówił. Nie przeszkadzało mi to, bo najłatwiej było mi poznawać innych tak powoli. Żeby wszystko wyszło samo z siebie.
– Vanitasie, dlaczego tu skręciliśmy?
W oddali widziałam ciemną ścianę lasu. Nic mi o nim wcześniej nie powiedział.
– Ach, zapomniałbym. To jest Las Zguby. Z tego, co mi wiadomo, bardzo niebezpieczny. Wszyscy członkowie stada, bez wyjątku, mają zakaz przekraczania jego granicy.
Więc nikt nie wie, jakie skarby może w sobie chować, pomyślałam. Nie żebym miała łamać prawo, które kształtowali ważni członkowie stada.. Nie teraz, gdy sama właśnie zostałam jego częścią. Towarzysz chyba zauważył moje zaintrygowanie i lekko się uśmiechnął.
– Chyba myślę to samo. Nie chcemy jednak sprowadzać na siebie kłopotów, Mauer – powiedział to jakby chcąc ostrzec, a jakby odrobinę karcąco na zapas.
– W porządku – zaśmiałam się. Poczułam, jakby zawartość mojej saszetki poruszyła się delikatnie, choć to było zupełnie niemożliwe, zważywszy na fakt, że nie było w niej nic żywego. Czy może Las miał tego więcej?
Spojrzałam na mojego przewodnika. Jego wzrok wędrował między różnymi kępkami roślin.
– Rany, Złotokrzew! – Poderwałam się i podbiegłam do rośliny, która wbrew swojej nazwie, nie miała na zewnątrz nic złotego. Skarb krył się w jej łodydze. W rodzinnym stadzie, używałam tego do alchemicznych doświadczeń. Nie widziałam tej rośliny od roku, była wymagająca co do warunków życia, a co za tym idzie - rzadka.
– Wybacz, czasem zachowuję się jak egzaltowane dziecko – uśmiechnęłam się przepraszająco. Ogier zaśmiał się cicho, podchodząc. – Nie wiem, czy w czystej medycynie ma to zastosowanie, ale pozwolisz, że wezmę trochę?
– Jasne. Myślę, że może znajdę nawet sposób, w jaki mogę to wykorzystać.
Wciąż się uczyłam, lubiłam poszerzać swoją wiedzę i chyba miałam na tym punkcie małego bzika. Vanitas, o dziwo, chętnie zaczął wywód o roślinach, które tu do tej pory znalazł i ich możliwościach. Tyle czasu raczej małomówny, w sposób, w którym nie czułam presji podtrzymywania rozmowy, teraz, absolutnie nie przynudzając, wypełniał ciszę otoczenia. Zrozumiałam, że medycyna jest chyba dla niego bardzo ważna i w zasadzie musiała być też jakby jego pasją.
Tereny należące już do stada były naprawdę piękne. Nadszedł czas do powrotu, zaczynało się ściemniać.
Rany, chyba się zmęczyłam robieniem niczego.
Często mówiłam sama do siebie albo po prostu śpiewałam w samotności.
Życzyłam Vanitasowi dobrej nocy i ogier zniknął mi z oczu. Na polanie, z przywódczynią stada stała jakaś klacz, domyśliłam się, że musiała to być zastępczyni. Zauważyła mnie i radośnie przywitała.
– Jestem Aviana, miło cię poznać – uśmiechnęła się.
– Mauer. Ciebie również. – Było już prawie ciemno, więc nie przyjrzałam jej się dobrze.
– Słyszałam, że Vanitas pokazał ci okolicę. Domyślam się więc, że jesteś zmęczona i nie chcę cię zatrzymywać. Odpocznij, zdążysz jeszcze wszystkich poznać.
– Wierzę – zaśmiałam się lekko. Czasem sama nie byłam pewna, dlaczego tak dużo się śmieję.
Pożegnałam klacz i udałam się w zakątek polany. Gdzieś majaczyły mi cienie innych koni. Często się stresowałam i tym razem nie było wyjątku. Położyłam się. Poświeciłam sobie rogiem, wybrałam źdźbło trawy i spróbowałam wyciągnąć z niego całą wodę. Do tej pory nigdy mi się to nie udało, jednak roślinka nagle się skurczyła i obumarła, a drobinki wody znieruchomiały na moim kopycie. Poczułam ogromne wyrzuty sumienia. Gwałtownie cofnęłam wodę, ale źdźbło było już całkiem martwe. Zrobiło mi się strasznie przykro i obiecałam sobie, że nie będę już tego robić dla samych ćwiczeń.
O, świetnie, więc nie tylko wysadzasz w powietrze, ale i uśmiercasz ogranizmy żywe. Może dlatego tak chcesz być prawdziwym medykiem. Westchnęłam.
– Och, widzę, że tu już zajęte.
Odwróciłam się, zaskoczona i zobaczyłam cień pegaza. Kurczę, więc to było jego miejsce?
– Nie, ja mogę sobie pójść dalej, wybacz – podniosłam się. Postanowiłam się przedstawić, może okazja na rozmowę pojawiłaby się następnego dnia. Wszyscy mieli prawo być zmęczeni. Liczyłam, że nie zirytuję go przy pierwszym spotkaniu. – Mam na imię Mauer, jestem tu nowa i nie miałam okazji poznać wszystkich.

Phantom?

Od Vanitasa CD April

W głowie na bieżąco analizowałem historię, którą opowiedziała mi April.
 - Mogłabyś mi jeszcze wytłumaczyć dokładne działanie tej mocy? - spytałem, wpatrując się w całkowicie białe oczy bezwładnie lezącego ciała klaczy. Nad naszymi głowami latał ptak, którym jak zrozumiałem, jest doradczyni przywódcy. Obok nas stał jeszcze pewien nieznany mi ogier, który z opowieści April, jest nowym członkiem i ma zdolność rozumienia mowy zwierząt. Cóż, to z pewnością ułatwi komunikacje.
 - Aviana potrafi wejść w ciało innego zwierzęcia, a wtedy jej końska część staje się  bezwładna - wytłumaczyła - Tylko tym razem, nie jest ona w stanie wrócić do swojego ciała - dodała. Skinąłem łbem. Do głowy zaczęło mi się nasuwać pełno myśli. Z początku wziąłem pod uwagę zanik mocy, jednak wtedy klacz natychmiast powróciłaby do swojej normalnej formy. W tym przypadku, jej umiejętność zacięła się,  bądź zatrzymała. Od razu do głowy przyszło mi rozwiązanie.
 - Laisrean, tak? - na dźwięk mojego głosu ogier zastrzygł uszami - Byłbyś w stanie proszę, przetłumaczyć mi kilka fragmentów rozmowy? - spytałem. Wpatrywał się we mnie przez chwilę, po czym skinął głową. Zwróciłem się do ptaka.
 - Leciałaś dość spory kawałek drogi, nieprawdaż? - zacząłem - Zahaczałaś może o jakieś rośliny? Byłaś w ich obrębie, bądź nawet wyczuwałaś ich woń? - dopytywałem. Rozległ się niezrozumiały mi ćwierkot, dlatego też skierowałem swoje spojrzenie na ogiera obok.
 - Mówi tak, iż okazji miała wiele, by natrafić na różne zielenie - odparł z obojętnym wyrazem pyska. Nie wiem czy mi się wydawało, ale jego zdanie się trochę rymowało, bądź po prostu brzmiało poetycko. Otrząsnąłem się lekko. Istniała roślina, która po zbyt dużym wchłonięciu przez organizm potrafiła zablokować na spory ogrom czasu moce. Jest ona trudno dostępnym gatunkiem, a ujrzeć ją miałem w życiu okazję tylko raz. Stałem wtedy z bezpiecznej odległości, aby nie odczuć przypadkiem skutków jej działania. Mój mentor kazał mi spamiętać jej wygląd, a był on dosyć abstrakcyjny. Przypominała ogromną paproć, jednak podobno była w dotyku nieprzyjemnie chropowate, a każdy z jej liści miał kolor czerni, srebra bądź krwistej czerwieni. Wydzielała z siebie duszącą i ostrą woń.Unieruchomiała moce na kilka lat, a byłem pewny, że tyle klacz nie chciała spędzić w ciele niewielkiego ptaszka. Jej nazwa brzmiała Paproć Wyciszenia. Spojrzałem na resztę, a szczególną uwagę zwróciłem na April. Z pewnością ogromnie martwiła się o kuzynkę. Podałem im powód zblokowania mocy Aviany i dokładnie opisałem roślinę, pod względem działań i wyglądu. Natychmiast po zakończeniu mojego wywodu, ptaszyna zaczęła świergotać. Laisrean zasłuchał się w jej słowa i mi je przekazał.
 - Według jej zdania, roślina została przez nią napotkana - mruknął, a ja znów zwróciłem uwagę na sposób wypowiedzenia tego zdania. Zmarszczyłem czoło.
 - A gdzie tą roślinę widziałaś? - spytałem. April mówiła mi wcześniej, iż Aviana przeganiała wilka z terenów stada, ale nie powiedziała gdzie konkretnie. Zwierzę zaćwierkotało.
 - Las Zguby - odparł krótko ogier, a ja zdrętwiałem i wbiłem zdumione spojrzenie w April.
 - Cóż, wiem co sobie myślisz - rzuciła klacz - Jesteś w stanie je pomóc? Znasz antidotum na tą roślinę? - zapytała z głosem przepełnionym nadzieją. Westchnąłem ciężko.
 - Owszem. Mam większość składników do jego stworzenia, ale potrzebuje prócz tego dwóch, a z tym może być problem - zacząłem. - Jeden widziałem ostatnio przy samym początku wejścia do Lasu Zguby, jednak nigdy nie miałem jakoś odwagi po niego podejść. Jest niegroźny, ale łatwo go pomylić z inną rośliną, dlatego też podejdę po niego - wyjaśniłem. - Jednak potrzebuje jeszcze dwóch liści z tamtej rośliny, która zatruła Aviane. I to dokładnie tego samego egzemplarza, a nie wiem, którędy Aviana leciała.  A tu problem jest jeszcze taki, że trzeba ją zdobyć samemu się przy tym nie trując. Zbyt wielka ilość jej oparów w płucach, może powodować w najlżejszym przypadku  utratę mocy,a w coraz to gorszych ciężkie, nieuleczalne choroby i... - zawiesiłem na moment - Śmierć.
Zapadła przez chwilę cisza. Wiadomo, że zdobycie tej jednej części nie będzie łatwe, ale trzeba podjąć się tej próby, jeśli chce się uratować Avianę.

April?

Od Vanitasa CD Phanthoma

Stałem przez dłuższą chwilę w przejściu do głębi jaskini. Przyglądałem się, jak pegaz oddala się i z każdą sekundą jego sylwetka zanika między chmurami. Znów zostałem sam, ale nie narzekałem na to. Towarzystwo Phanthoma zawsze mi pasowało. Nie odzywaliśmy się do siebie zbyt wiele, ale jak był jakiś ciekawszy bądź ważniejszy temat do rozmów, to potrafiliśmy wymienić między sobą kilka zdań. Odwróciłem się i na powrót znalazłem się na środku groty, a wokół mnie piętrzyły się stosy roślin. Wbiłem spojrzenie w niedawno co uzbieraną Cykorię Podróżnika. Nie pamiętałem już, czy podziękowałem ogierowi za pomoc, jednak byłem pewny, że na pewno dostrzegł moją wdzięczność. Nie sądzę, by w najbliższym czasie ktokolwiek potrzebował mojej pomocy. Póki co, nikt nie wpadał w ogromne choroby, a drobne rany szło łatwo uleczyć.  Moją umiejętnością, jaką jest telekineza poprzenosiłem wszystko i ułożyłem w inny sposób. Sam nie wiem, czy zrobiłem to z nudów czy też mojej duszy perfekcjonisty stary układ nie pasował. Teraz na nowo panował tu porządek, a wszystkie rośliny były posegregowane. Wyjrzałem przez otwór jaskini.  Okolicę ogarnął mrok, a moje oczy nie były w stanie dostrzec niczego.  Zazwyczaj księżyc oświetlał większą część terenu, lecz tej nocy, przysłaniały go chmury. Westchnąłem lekko i wycofałem się do swojego schronienia. Chociaż nie byłem zmęczony, postanowiłem pójść już spać. Obudzę się wcześniej, dzięki czemu będę mógł więcej zrobić za dnia, kiedy to słońce będzie górować na niebie. Ułożyłem się wygodnie niedaleko wejścia i schyliłem łeb. Zmrużyłem oczy i leżałem tak przez dłuższą chwilę, póki nie zapadłem w sen.
*********** 
Usłyszałem głośny huk i od razu po przebudzeniu podniosłem powieki. Gwałtownie poderwałem się do góry. Co to był za dźwięk? Wydawał mi się znajomy, ale wciąż nie byłem w stanie określić, czym on jest. Wyszedłem z jaskini. Był środek nocy, jednak  chmury nie przysłaniały już księżyca i było widać o wiele więcej. Do moich uszu dobiegł kolejny dźwięk, ten sam. Stanąłem w miejscu i zacząłem szybko analizować, co powinienem zrobić. Odgłosy nie brzmiały na przyjazne. Postanowiłem przejść się do źródła huku. Nigdy nie wiadomo, czy ktoś ze stada nie przebywał w pobliżu i nie stała mu się krzywda. Ruszyłem przed siebie żwawym krokiem, co chwilę rozglądając się dookoła. Niespodziewanie coś zaszeleściło w krzakach obok. Zatrzymałem się, a spomiędzy roślin wyłonił się znany mi ogier. 
 - Phanthom? – mruknąłem z niedowierzeniem – Co ty tu robisz? – spytałem.
  - Zapewne to samo co ty – odparł – Idę zbadać przyczynę tych głośnych dźwięków. 
Skinąłem głową, potwierdzając ten sam cel. Skoro byliśmy już razem, nie było powodu, aby razem nie odkryć źródła dziwnych odgłosów. Gdy tylko zaczęliśmy iść, rozległa się kolejna seria huków. Z każdą sekundą byliśmy coraz bliżej. W pewnym momencie dostrzegłem jarzące się płomienie ognia i pojąłem, że już dawno przekroczyliśmy granice stada. Chociaż oboje stanęliśmy, wiedzieliśmy już wszystko. Wokół rozpalone ogniska biegała grupka ludzi, strzelająca dookoła swoimi dziwnymi urządzeniami.
 - Raczej nie powinniśmy się do nich zbliżać – zacząłem – Są daleko od terenów stada, nie stanowią na razie zagrożenia. Choć zawsze mogą się dostać bliżej – westchnąłem.

Phanthom?

Od April CD Aviany (do Vanitasa)

Gdy Aviana weszła w ciało ptaka i zobaczyłam, jak jej ciało bezwładnie leży na ziemi, poczułam dziwny niepokój i ciarki przechodzące mi po ciele. Czułam, że to nie skończy się dobrze, ale wierzyłam w nią. Popatrzyłam w stronę ptaka, który z każdą sekundę oddalał się coraz bardziej i w duszy modliłam się, żeby Avianie nic się nie stało. Po paru niesamowicie dłużących się minutach znowu ujrzałam latającego osobnika, który zmierzał w moją stronę. Uśmiechnęłam się i odetchnęłam z ulgą, że wszystko jest w porządku. Jednak nie powinno się chwalić dnia przed zachodem słońca - przekonałam się o tym po chwili, gdy ptak wylądował obok swojego ciała i nagle zaczął nerwowo ćwierkać i wymachiwać skrzydłami. Wtedy zrozumiałam co się dzieje. Oczy rozszerzyły mi się z paniki, a oddech przyśpieszył.
-O nie - wydukałam - Aviana, tylko nie mów mi, że nie możesz wrócić do swojego ciała. Co teraz? Co teraz zrobimy? - spytałam.
Wydawała się być równie zdenerwowana i spanikowana jak ja, gdyż nie przestawała ćwierkać i skrzeczeć. Świetnie, do tego nie miałyśmy jak się porozumieć. Sfrustrowana zaczęłam chodzić w kółko po jaskini, nie wiedząc co robić. Mój wzrok wędrował między bezwładnym ciałem leżącym na ziemi a spanikowaną ptaszyną.
-Okej, okej, musimy się uspokoić - powiedziałam i wypuściłam powietrze z płuc - Chyba mam pomysł.
Na moje słowa ptak trochę się opanował i przydreptał bliżej mnie, tak jakby mówił mi, że chcę usłyszeć mój plan.
-Powinniśmy znaleźć kogoś, kto umie rozmawiać ze zwierzętami - odparłam - Chodźmy. Chyba wiem, do kogo możemy się zwrócić.
Już chciałam zacząć iść, gdy nagle przypomniałam sobie o jej ciele. Nie mogłyśmy go tak po prostu tutaj zostawić. Spojrzałam się na ptaka i po chwili namysłu powiedziałam:
-Hej, ty zostaniesz, a ja sprowadzę pomoc, okej? Spokojnie, nic ci się nie stanie.
Nie wyglądała na zbyt przekonaną, ale nie miałam innego pomysłu. Nie chciałam jej tam zostawiać samej, ale nie było innego wyjścia. Postanowiłam szybko znaleźć Laisreana. Dopiero dołączył do stada, ale wiedziałam, że jego pomoc będzie niezbędna, gdyż potrafił rozmawiać ze zwierzętami. Skierowałam się w stronę Lasu Świetlików, gdyż ogier przesiadywał tam całe dnie. Po paru minutach biegania po lesie w kółko, w końcu go ujrzałam. Odetchnęłam i zbliżyłam się do niego.
-Laisrean? - odezwałam się niepewnie.
Ogier odwrócił się w moją stronę i zlustrował mnie spojrzeniem. Musiał wyczuć mój niepokój, gdyż przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Lekko zdenerwowana zaczęłam mówić mu o zaistniałej sytuacji. Przez cały czas słuchał mnie uważnie i ani razu mi nie przerwał. Gdy skończyłam, wyglądał na zamyślonego.
-W takiej sytuacji potrzeba szybkiej reakcji, więc nie zwlekajmy - powiedział.
Szybko zaprowadziłam ogiera do jaskini i kamień spadł mi z serca, gdy zobaczyłam, że ptakowi (to znaczy Avianie) i jej ciału nic nie jest.
-To jest Laisrean - wskazałam łbem na ogiera - Dołączył do stada niedawno, ale nie miałam okazji ci go przedstawić. Ale teraz to nieważne. Jest tu ze mną, gdyż umie rozmawiać ze zwierzętami-oznajmiłam.
Wtedy ptaszyna zaczęła ćwierkać, a Laisrean uważnie jej słuchał. Po chwili odwrócił łeb w moją stronę i z obojętnym wyrazem twarzy zaczął mówić:
-Aviana powiada, że w trakcie pogoni wilka zaprowadziła go do Lasu Zguby, wprost w krzaków sidła i później już nie wiedziała jak wrócić do swojego ciała. Powinniśmy interweniować prędko, jeśli chcemy jej pomóc.
Przytaknęłam na jego słowa. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co powinniśmy zrobić. Głowa już zaczęła mnie boleć od tego wszystkiego, ale wiedziałam, że musimy załatwić to jak najszybciej. Ona nie może utknąć w ciele ptaka na zawsze. Po chwili zastanowienia stwierdziłam, że dobrym pomysłem byłoby sprowadzenie Vanitasa. W końcu jest medykiem, powinien coś zdziałać.
-Hej, możecie zaczekać tu chwilę? Pójdę po Vanitasa - jest medykiem, może on będzie wiedział co się stało - stwierdziłam.
Zaczęłam biec. Moje nogi już trochę mnie bolały od tego całego biegania dzisiaj, no ale cóż, czego się nie robi dla mojej kuzynki. Po kilku minutach w końcu znalazłam się blisko jego schowka na zioła lecznicze. Zajrzałam do środka, ale ku mojemu zdziwieniu nie było go tam.
-Szlag. Akurat, kiedy go potrzebuję - westchnęłam.
Zrezygnowana odwróciłam się i wybiegłam z jaskini, szukać go dalej. Kilkanaście minut biegania po terenach na nic się zdało, gdyż nadal nigdzie go nie widziałam. Już chciałam się poddać, ale nie mogłam tego zrobić - tutaj na szali był los Aviany, więc poczęłam szukać dalej. W końcu znalazłam się przy Jeziorze Gai - i wtedy go spostrzegłam. Spokojnie sączył wodę ze źródła - nie chciałam mu przeszkadzać, ale nie miałam wyboru i podbiegłam do niego. Ogier spojrzał się na mnie zaciekawiony.
-Uff, tutaj jesteś. Szukałam cię wszędzie - powiedziałam.
-Byłem poza terenami w poszukiwaniu ziół, które były mi potrzebne do stworzenia leków, dopiero wróciłem. Wszystko w porządku? Nie wyglądasz zbyt dobrze - stwierdził zmartwiony.
Pokręciłam głową i utwierdziłam go w przekonaniu, że ze mną wszystko w porządku, lecz Aviana potrzebuje jego pomocy. Szybko opisałam całą sytuację. Vanitas wysłuchał mnie i wyglądał na zmartwionego.
-Nie jestem pewien, czy uda mi się cokolwiek zdziałać, ale spróbuję. Zaprowadź mnie do niej - powiedział.
Skinęłam głową i ruszyliśmy. Kilka minut później znaleźliśmy się w jaskini. Rzuciłam Laisreanowi i Avianie (nadal znajdującej się w ciele ptaka) przepraszające spojrzenie.
-Wybaczcie, to nie miało trwać tak długo - oznajmiłam - Ale to nieważne.
Vanitas tymczasem podszedł do ciała Aviany leżącego na ziemi i zaczął się mu przyglądać.
<Vanitas???>