5 sie 2019

Od Vanitasa - Quest 1

Słońce chyliło się już ku ziemi, a niebo pokrywało się coraz większą ilością chmur. O tej porze zazwyczaj nie było aż tak ciemno. Nie mogłem jednak odpuścić sobie swojego wieczornego spaceru po terenach, w celu znalezienia nowych roślin leczniczych. Choć ciężko będzie mi cokolwiek dostrzec, nie byłem w stanie odmówić sobie tej przyjemności. Kolejny raz spojrzałem w niebo i oceniłem, ile mam czasu, nim noc całkowicie pochłonie tereny stada. Z pewnością nie było go wiele, a więc powinienem się pospieszyć. Kłusem ruszyłem przed siebie. Pysk miałem bliżej gruntu, gdyż z tej wysokości łatwiej szło mi dostrzec wszelkiego rodzaju zieleninę. Nim się spostrzegłem, dobiegłem niemalże do granic stada. Zamierzałem pokręcić się tu jeszcze chwilę, toteż zaufałem swojemu węchowi. Nagle do moich nozdrzy doszedł nieprzyjemny odór siarki. Wyprostowałem się gwałtownie i dostrzegłem nieopodal siebie dziwny błysk. Wydawał mi się on znajomy. Musiałem czym prędzej zaspokoić swoją ciekawość i upewnić się, czy to coś nie stanowi zagrożenia. Podszedłem bliżej, a zapach nasilał się z każdym krokiem. Na swojej drodze pod nogami napotykałem przeszkody, w postaci nieznanych mi przedmiotów.  Przyziemne światło mieniło się barwach żółto-pomarańczowo-czerwonych. Wtedy właśnie mnie olśniło. Ogień, i to nie byle jaki. Wokół niego ułożone były kamienie, a płomienie nie wychodziły poza utworzony krąg.  Na domiar złego, dookoła siedziała zgraja ludzi, którzy głośno i wesoło porozumiewali się ze sobą. Od razu rzuciły mi się w oczy przewieszone u każdego człowieka dziwne patyki. Były one czarne i posiadały dziwny kształt, jednak pierwszy raz widziałem coś takiego. Nagle, jak na zawołanie, jeden z nich wstał i wycelował badylem w niebo. Przycisnął coś, a po chwili po całej okolicy rozległ się wystrzał. Nieopodal mnie na ziemi wylądowało martwe ciało jakiegoś ptaka. Od razu zrozumiałem, że ci ludzie polowali. Zastygłem na moment w bezruchu, dziwiąc się, iż nie usłyszałem ich dużo wcześniej. Musiałem być mocno nieuważny, za co od razu skarciłem się w duchu. Nie miałem jednak czasu na dalsze bezsensowne użalanie się za sobą. Zmuszony byłem czym prędzej poinformować przywódczynię o całym zajściu. To na pewno w pułapkę tych dwunożnych April miała okazję wpaść. Powolnym krokiem wycofywałem się w tył. Uważałem na swój każdy ruch, byleby nie nadepnąć na żadną gałązkę. Zapomniałem niestety o jednym przedmiocie. Głupim przedmiocie dwunożny, na który ledwo co nadepnąłem, a ten ugiął się i wydał głośny dźwięk. Ze strony ogniska ucichły wszelkie rozmowy. Cała zgraja ludzi poderwała się do góry i wbiła we mnie wzrok. Przekląłem swoją jasną sierść, która świetnie kontrastowała z ciemnym otoczeniem. Tym bardziej, że światło ognia padało idealnie na mnie. Nim się obejrzałem ruszyli w moim kierunku. Obróciłem się gwałtownie i skoczyłem przed siebie, decydując się na ucieczkę. Na moje szczęście, zahaczyłem noga o jeden ze śmieciu dwunożnych, który był dość ostry. Poczułem, jak z mojej nogi zaczyna cieknąć krew. Syknąłem z bólu, spowolniło mnie to i nie byłem w stanie biec tak szybko, jak chciałem. Usłyszałem za sobą ich krzyki i głośne wycie psów. Już po chwili cała zgraja futrzaków ruszyła za mną. Choć biegłem cały czas przed siebie, wybierając o tyle ciężkie trasy, aby ich zgubić, ci czworonożni wciąż biegli za mną. Pewnie podążają za wonią mojej krwi, cieknącej z otwartej rany i osadzającej się cały czas za mną. Na domiar złego prowadziłem ich wprost w centrum stada. Nie mogłem pozwolić na to, by znaleźli całą resztę. W pewnym momencie gwałtownie skręciłem w lewo. Choć ludzie wciąż mnie widzieli, trzymałem ich na dobrą odległość. Problemem były tylko psy, które zbliżały się z każdym krokiem. A ja nie zamierzałem zostać kolacji którejkolwiek z tych dwóch grup. Zgubienie ich z tą raną było wręcz niemożliwe. Te durne stworzenia miały zbyt dobry węch i od zawsze były uczone do podążania za takimi zapachami.  Z każdą chwilą traciłem siły,  a dystans między nami zmniejszał się. Czułem niemalże, jak jeden z psów próbuje chwycić za mój ogon. Stworzenia te były mniejsze i zdecydowanie łatwiej im było omijać wąskie szczeliny między drzewami. Wszystkie dźwięki mieszały mi się. Słyszałem warkot psów, krzyki ludzi i huk oddawanych strzałów. Głowa mnie od tego bolała, ale wciąż nie mogłem stanąć. I wtem ujrzałem przed sobą swój ratunek. Sporych rozmiarów przepaść. Owszem, nie byłem w stanie tego przeskoczyć, ale jeśli wystarczająco szybko pobiegnę i znajdę się po drugiej stronie, będę mógł za pomocą telekinezy rzucić kłodę łączącą obie strony kotliny. Postanowiłem wcielić swój plan. Wykorzystałem całe resztki sił i wskoczyłem na drewno. Przebiegłem na drugą stronę, a kiedy już tam byłem, odwróciłem się i siłą umysłu uniosłem kłodę w górę. Kilka psów zdążyło już na nią wbiec, ale kiedy tylko ją podniosłem, wszystkie pospadały w dół. Cóż, będę je miał na sumieniu. Odrzuciłem kłodę na swoją stronę. Psy, które ostały się przy życiu zaczęły się coraz wścieklej ujadać. Ludzie dobiegli do nich i wbili we mnie zdumione spojrzenia. Jeden z nich podniósł swój czarny patyk i wycelował we mnie, lecz ja zdążyłem obrócić się i zniknąć za drzewami. Słyszałem już tylko za sobą ich zdenerwowane krzyki, które z każdą sekundą ucichały. Opatrzyłem swą ranę i postanowiłem przeczekać tu noc.
Następnego dnia wstałem z samego rana i powróciłem tą samą trasą na tereny stada. Przy przepaści podstawiłem sobie telekinezą kłodę i postanowiłem ją tu zostawić. Jak zauważyłem, ludzie przez noc zdążyli ulotnić się z tego miejsca. Przy okazji pozbierali swoje śmieci. Jedyną pamiątką po nich, został okręg, w którym to jeszcze wczorajszej nocy buchał ogień.

<KONIEC>
Za napisanie questa Vanitas otrzymuje 40 SH

Od Vanitasa CD Mauer

Nie spodziewałem się ujrzeć nowego konia na terenach stada. Miałem już okazję poznać chociażby z imienia pozostałych członków, toteż jak na razie spamiętałem wszystkie imiona. Jeżeli ledwo co poznana przeze mnie klacz w rzeczywistości interesuje się alchemią i zielarstwem, będzie to dobrą okazją dla mnie, na znalezienie nowych znajomości. Spojrzałem na Mauer kątem oka. Wydawała się być w dwóch miejscach naraz. Z jednej strony szła skupiona i rozglądała się po okolicy, obserwując nowe tereny, a  z drugiej wydawała mi się być rozmarzona i myślami siedzieć w innym świecie. Uśmiechnąłem się lekko i znów skierowałem wzrok przed siebie. Nie wydawała się podejrzana, jednak to właśnie najbardziej niewinne osoby okazują się niebezpieczne. Uniosłem łeb wyżej, wpatrując się daleko przed siebie na Lazurową Polankę. Moja towarzyska dostrzegła mój ruch i powędrowała wzrokiem w tym samym kierunku. Tak jak przypuszczałem, zastanę tu przywódczynię. April stała na uboczu polanki. Spodziewałem się ujrzeć tu jej doradczynię, Avianę, jednak tym razem była sama. Zwróciłem się w stronę Mauer.
 - A więc ta oto klacz przed nami, jest przywódczynią stada Silver Moon. Jest naprawdę miła, więc jeśli masz czyste intencje, nie musisz się niczego obawiać - mruknąłem zachęcająco i ruszyłem wraz z klaczą w stronę stojącej nieopodal samicy. Gdy byliśmy bliżej, skinąłem łbem na powitanie.
 - Witaj Vanitasie, kogo to przyprowadziłeś w nasze skromne progi? - zapytała przyjaźnie spoglądając na moją towarzyszkę. - Jestem April, przywódczyni stada Silver Moon - oznajmiła.
 - Nazywam się Mauer - przedstawiła się klacz, lekko się uśmiechając.
 - Jak zgaduję, Vanitas opowiedział ci co nieco o stadzie?  - zagadnęła. Mauer spojrzała na mnie niepewnie, dlatego lekko odchrząknąłem, lekko zawstydzony, iż tego nie zrobiłem.
 - Nie było jakoś okazji - mruknąłem. - Powiedziałem tylko o tym, że to stado w ogóle istnieje.
 - Cóż, to nie problem - przywódczyni zwróciła się do klaczy - Chciałabyś dołączyć do stada?
Klacz na chwilę zamilkła, jakby się zastanawiała. April jej nie popędzała, tylko cierpliwie czekała na odpowiedz. Szanowałem to, gdyż wiedziałem, że to nie jest decyzja łatwa do podjęcia. Tym bardziej, iż Mauer wcześniej informowała mnie o swoim poszukiwaniu kogoś. W końcu jednak siwka odezwała się.
 - Tak, pragnę stać się członkiem tego stada. - oznajmiła z uśmiechem. Przywódczyni odwzajemniła ten gest, a ja byłem w stanie dostrzec radość w jej oczach. Silver Moon powiększało się.
 - W takim razie pozostały mi już tylko dwie kwestie do omówienia - powiedziała - Po pierwsze, czy chciałabyś pełnić jakieś konkretne miejsce hierarchii? Nie ma do tego przymusu, zawsze możesz pozostać zwykłym członkiem - dodała. Zdawało mi się, iż sam znam odpowiedź na to pytanie.
 - Mogłabym zostać medykiem? - zapytała, a ja się lekko uśmiechnąłem.
 - Oczywiście! Dobrze jest mieć dwóch medyków w stadzie, nigdy nie wiadomo, jak wiele par kopyt będzie nam potrzebne do pomocy - odpowiedziała - A po drugie - tutaj już skierowała się do mnie - Vanitasie, mógłbyś oprowadzić Mauer po terenach i pokazać jej najważniejsze miejsca? - spytała.
 - Zrobię to z wielką przyjemnością - powiedziałem. April wymieniła jeszcze parę słów z klaczą, po czym oboje mogliśmy wyruszyć w podróż. Wpierw wytłumaczyłem jej funkcję Lazurowej Polanki, a następnie skierowałem się przed siebie. Po drodze dostrzegłem swoją jaskinię. Przystanąłem.
 - Cóż, skoro podjęłaś się tego samego zawodu co ja, jestem zobowiązany pokazać ci to miejsce - zaprowadziłem ją do wejścia - Tutaj składuję wszystkie znalezione przez siebie rośliny i zioła. W tym miejscu także, najłatwiej jest udzielać innym pomocy. Możesz czerpać stąd zasoby i miło by było, jakbyś od czasu do czasu coś tu dorzuciła. - wyjaśniłem. Choć wciąć nie ufałem w pełni klaczy, starałem się sprawiać wrażenie w miarę miłego.

Mauer?

Od Vanitasa CD April

W ostatniej chwili rzuciłem się ku klaczy i podparłem jej ciało swoim, po czym delikatnie opuściłem ją na podłoże. Zdałem sobie sprawę, że przywódczyni ma zamknięte oczy, a jej skóra jest okropnie zimna. Jedynie zraniona noga miała nadzwyczajnie ciepłą temperaturę. Oddech był nierówny i cichy. April była nieprzytomna, więc nie było szans, aby spytać się o to, co się wydarzyło. Nie byłem w stanie też podać jej wielu przydatnych leków. Niektóre będę musiał siłą wepchnąć jej do pyska. Czasu nie miałem wiele, toteż rana z każdą sekundą krwawiła coraz mocniej. Wokół skaleczenia sierść była nierówno poszarpana, co wskazywało by na ugryzienie jakiegoś zwierzęcia. Jednak wzór był zbyt równy, a więc musiała to być jedna z pułapek dwunożnych istot. Przekląłem w duchu i zwróciłem się w stronę mojego składziku. Szukałem czegoś najbardziej przydatnego. Przede wszystkim, najlepiej będzie zatamować krwawienie. Moje umiejętności magiczne, polegające na leczeniu drobnych ran nie przydadzą się tu teraz. Najpierw obmyłem gorącą wodą Babkę Lancetowatą, z której zrobiłem niewielki okład. Następnie sięgnąłem po Krwawnik Pospolity i przycisnąłem go do rany. Był on pozbawiony wszelkich drobnoustrojów, dlatego też nie wprowadzi przypadkiem żadnych niepożądanych wirusów do organizmu. Za pomocą telekinezy i przy użyciu pajęczej sieci, obwiązałem roślinę wokół nogi tak, aby krew nie miała już którędy wypływać. Tyle na razie mogłem zrobić, póki była nieprzytomna. Przygotowałem w rogu jaskini miękkie legowisko, ułożone ze sterty liści. Nie byłem silny, ale przy pomocy magii udało mi się przerzucić tam klacz tak, aby jeszcze bardziej nie uszkodzić skaleczonej nogi. Wyczyściłem podłoże na którym April leżała wcześniej, choć krew i tak pozostawiła swój odór w tym miejscu. W międzyczasie dorobiłem klaczy na nogę zimny okład, aby temperatura ciała się ustabilizowała. Wynalazłem duży liść, który pozaginałem tak, że kształtem przypominał półkole z dziurą wewnątrz. Postanowiłem przygotować napar. W tym celu wykorzystałem Arnika Górskiego, który przede wszystkim uodporni organizm na infekcje z rany. Wziąłem jeszcze liście Aloesa Uzbrojonego i wycisnąłem z nich sok. Dokładnie złączyłem ze sobą te dwa składniki i w tym momencie, usłyszałem za sobą cichy oddech. Obróciłem się i dostrzegłem, iż April się już obudził. Wykonała zbyt gwałtowny ruch nogą, co skutkowało wydobyciem się z jej pyska jęku. Pochwyciłem magią napar i już po chwili znalazłem się tuż przy niej.
 - Radziłbym ci to wypić - mruknąłem, choć bardziej brzmiało to jak nakaz. Na ogół nie przeciwstawiam się przywódcą, ale kiedy ktoś pełni rolę pacjenta, jego zdrowie jest dla mnie najważniejsze i jego ranga mnie nie obchodzi. Klacz spojrzała na mnie zdumiona i lekko zmrużyła oczy. Mimo wszystko wypiła przygotowany przeze mnie napar.
 - Fuj, gorzkie - wychrypiała cicho i potrząsnęła lekko łbem - Głowa mnie boli.- dodała.
 - Zaraz coś ci na to podam, jednak wpierw twój organizm musi dobrze przyjąć Aloes i Arnika - oświadczyłem, choć zdawałem sobie sprawę, że April może nie wiedzieć, czym jest Arnik. Podszedłem bliżej klaczy i korzystając z tego, że jest już przytomna, mocami złagodziłem odczuwany przez nią ból.
 - Dziękuje ci Vanitasie. Wciąż troszkę mnie mroczy, jednak czuję się zdecydowanie lepiej, niż wcześniej - oświadczyła.
 - Nic dziwnego. Ledwo co tu weszłaś, a omal nie padłaś mi trupem na środku jaskini.
Klacz uśmiechnęła się blado i spróbowała się podnieść, ale kazałem jej siedzieć.Spytałem, co się wydarzyło. Tak jak przypuszczałem, była to zasługa pułapek dwunożnych, czy tak zwanych przez April "ludzi" Posiedzieliśmy jeszcze chwilę w ciszy, po czym podałem jej jeszcze roślinę łagodzącą
 - Ja wiem, że ty jesteś przywódczynią stada, ale póki jesteś moją pacjentką, nie wypuszczę cię, dopóki ci się nie poprawi. - oznajmiłem. Klacz przekręciła oczami i parsknęła rozbawiona.
 - Poza tym, co zamierzasz zrobić z pułapkami dwunożnych na terenie stada? - zapytałem.

April?

Od Vanitasa CD Phanthoma

 - Zabawne - odparłem spokojnie, trzęsąc łbem. Nie czułem do tych stworzeń urazy, ale nie będę ukrywał, iż irytowało mnie to.  Uczucie, gdy ktoś łazi po moim ciele, nie należy do najmilszych.
Ugryzłem kępkę trawy, gdy znów na moim nosie usiadł wielobarwny motyl. Prychnąłem.
 - Teraz to już mam naprawdę dość - jęknąłem, prostując się - Nie sądzisz, że lepiej byłoby zmienić lokację? Zdążyłem się już posilić, a patrząc na to, że ty przestałeś jeść od jakiś kilku minut, nie sądzę, abyś był głodny - stwierdziłem, przypatrując się ogierowi. Phanthom kiwnął tylko łbem, a ja popadłem w zamyślenie. Gdzie by się tu przejść? Towarzystwo ogiera nie przeszkadzało mi, wręcz przeciwnie. Potrzebowałem go, po całodziennym samotnym spacerze w poszukiwaniu wszelkiego rodzaju ziół. Nie wydawało mi się, aby i moja obecność przeszkadzała pegazowi.
 - Cóż, muszę uzupełnić swój zbiór Cykorii Podróżnika, a w pobliskim lesie jest tego pełno. Co prawdą umiem za pomocą telekinezy unieść kilka roślin naraz, ale para kopyt do pomocy zawsze mi się przyda. Nie chciałbyś pomóc przenieść mi kilku sztuk? - spytał, wbijając wzrok w odległe drzewa. Ogier spoglądał na mnie przez chwilę w zadumie. Nie wiem, czy zastanawiał się nad odpowiedzią, czy też próbował zrozumieć, czym była Cykoria Podróżnika.
 - Nie mam nic do roboty, toteż jestem skory do pomocy - rzucił przyjaźnie, więc uśmiechnąłem się lekko. Podziękowałem skinieniem głowy i sprawnym krokiem ruszyłem w stronę lasku. Już od progu drzew byłem w stanie dostrzec liczne grupki tej rośliny.
 - Postaraj się nie połknąć żadnego elementu - mruknąłem, zastanawiając się, czy ogier weźmie je po prostu w zęby, czy też wykorzysta którąś ze swoich zdolności, która i tak nie była mi znana.
 - Spróbuję, lecz na wszelki wypadek wolałbym się upewnić, co mi grozi? - zapytał.
 - Cykoria działa głównie na leczenie układu trawiennego i przy ogólnym osłabieniu. Skutkiem może być wywołanie efektu przeczyszczającego - wytłumaczyłem.
 - Rozumiem. Raczej nie chcę zwrócić dopiero co spożytej trawy - mruknął smętnie. Zaśmiałem się krótko i wskazałem mu rośliny, które może pozbierać. Następnie, gdy byliśmy już dobrze obładowani, zaprowadziłem go do jaskini, w której to składowałem wszystkie zapasy roślin leczniczych.
 - Cóż, jeśli kiedykolwiek poczujesz się gorzej, zapraszam cię tutaj. To miejsce funkcjonuje na razie jako stanowisko medyków - oświadczyłem.

Phanthom?

4 sie 2019

Od Mauer (do Vanitasa)

Biegłam przez las, a właściwie na jego obrzeżach. Uciekałam w popłochu już któryś raz. Czułam na grzbiecie nieświeże, choć wciąż palące zadrapanie od bicza, ale liczyłam, że zagoi się wkrótce samo.
Gałęzie drzew co chwila smagały moje ciało, lecz nie raniły go. Jakby same wiedziały, że tego mi już nie potrzeba. Zatrzymałam się przy wielkim jeziorze na skraju lasku. Chciałam chwilę odpocząć i zaspokoić pragnienie. Wsłuchałam się w otaczające mnie zewsząd znaki życia, próbując nieco się uspokoić. Rozejrzałam się po okolicy w zasięgu mojego wzroku. Było naprawdę pięknie. Zachodzące słońce, kwiaty, które mogłam nazwać po samym zapachu, owady i bliżej nieokreślone małe stworzenia, które były za daleko, bym mogła im się bardziej przyjrzeć. 
Upewniłam się, że mała saszetka, którą znalazłam dawno przy jakiejś drodze nie otworzyła się. Zawartość na całe szczęście była w środku. Sporo czasu spędzałam na odkryciu jej zastosowania, a wiedziałam, że jakieś muszę znaleźć. Moje ciało reagowało na nią, dodając mi siły i energii, mimo jej pochodzenia. 
Zirytowałam się na ranę po biczu. Zasklepiła się, gdy "pogrzebałam" przy niej, właściwie jej nie dotykając. Widziałam, że prawdopodobnie zostanie ledwo widoczna blizna. Bawiłam się przez chwilę wodą, tworząc maleńki wir, gdy kątem oka zauważyłam postać, chodzącą spokojnie w pewnej odległości ode mnie. Nie mogłam uwierzyć w to, że widzę konia. Całego, zdrowego, zamyślonego i wypatrującego czegoś wśród roślin. Nie zauważył mnie, ale czułam ogromną potrzebę choćby zamienienia kilku słów. Zanim się zorientowałam, otworzyłam usta.
– Nie wiedziałam, że ktoś tu jeszcze może przebywać – zagaiłam ostrożnie. 
Ogier o jasnej, miejscami jakby błyszczącej sierści (choć to mogło być wrażenie ostatnich promieni słońca, jakie na niego padały), wzdrygnął się i spojrzał na mnie, wyraźnie nie wiedząc, jak ma się zachować. 
– Kim jesteś? – był równie ostrożny co ja. 
– Przechodniem – przełknęłam ślinę głośno. Jak miałam się przedstawić, uciekinier? Survivor? Może podasz mu swoje imię, pomyślałam. – Jestem Mauer. Pochodzę z daleka. Nawet nie podejrzewałam, że mogę tu kogoś spotkać – patrzyłam na niego wyczekująco. 
– Tak się składa, że żyje na tym terenie dosyć świeżo założone stado. Jego przywódczyni pewnie ucieszyłaby się na nowego członka – jego wzrok złagodniał, choć pozostawał czujny. Było to dla mnie zrozumiałe, pewnie zachowywałam się podejrzanie. 
– Nie wiem, czy chcę tu zostać. Szukam kogoś – odwróciłam wzrok od ogiera na ułamek sekundy. Właściwie nie byłam pewna, czy szukam, choć byłoby miło, gdybym znalazła. – Ale chętnie spotkam jeszcze jakieś inne konie. Dawno żadnego nie widziałam i chyba mi tego brakuje – uśmiechnęłam się nieśmiało. 
– Zaprowadzę cię, powinny być niedaleko. Mam na imię Vanitas – ogier uśmiechnął się lekko. Nie liczyłam na zaufanie od razu, ale nie chciałam, by widział we mnie ewentualne zagrożenie. Tak członkowie stada, do którego należał.
– Często się sam tak przechadzasz? Wyglądałeś, jakbyś czegoś szukał. 
– Zajmuję miejsce medyka i miałem nadzieję, że może znajdę coś ciekawego. 
Może nie miał mi za złe, że przerwałam jego zajęcie. 
– Co to? – pytającym wzrokiem spojrzał na saszetkę, którą zawiesiłam na szyi wiele dni wcześniej. 
– Takie tam, znaleziska. Tutaj pewnie ich pełno, ale do tych się chyba przywiązałam – zażartowałam. Byłam dobra w ukrywaniu części prawdy, ale czułam, że może za jakiś czas wcale nie będę musiała tego robić. – Mam małego bzika na punkcie alchemii i zielarstwa, to może będę mogła ci czasem pomagać, jeśli będziesz chciał? – Jakbym przypieczętowała swoją chęć zostania. 
– Więc jednak znudziła ci się samotna wędrówka? – spojrzał na mnie, rozbawiony. Szłam za nim po tej ślicznej łące, trochę z niepokojem, a trochę z podekscytowaniem na myśl, że idę do czyjegoś stada. Podświadomie czułam, że ogier ma szczere intencje, więc podążałam za nim z każdym krokiem nieco pewniej. 
Dalej Vanitas?

Mauer wraca!

Autorka Mauer skontaktowała się z jedną z administratorek i wysłała swoje pierwsze opowiadanie, więc z wielką radością ogłaszam, że powraca ona do naszego stada!

~Mauer~
pełne imię Mauerienne (jedynie zagubiony brat tak się do niej zwracał)
Veradaine
31.12 | 2 lata | Klacz | Zastępca medyka | Jednorożec | misia555w

1 sie 2019

Od April CD Shadowa

Dzisiejszy dzień wydawał się być spokojny. Rano, po napojeniu się i zjedzeniu trawy na swojej drodze napotkałam Vanitasa, z którym wdałam się w rozmowę. Jednak po chwili okazało się, że ogier był w trakcie spaceru poza tereny. Wyjaśnił mi, że chce się tam rozejrzeć, aby zobaczyć, czy nie rosną tam rośliny, których nie napotka tutaj, na terenach Silver Moon. Przytaknęłam i uśmiechnęłam się, po czym pożegnałam się z nim, gdyż nie chciałam przeszkadzać. Później doszły mnie wieści o samotnym wilku pałętającym się po naszych terenach. Zaniepokojona postanowiłam jak najszybciej się tym zająć. Z pomocą Aviany i Everona* udało mi się go przegonić. Odetchnęłam z ulgą na myśl, że nikomu ze stada już nie grozi niebezpieczeństwo. Szczerze mówiąc, na początku prowadzenia stada nie miałam pojęcia, że będzie to aż takie trudne zadanie. Dopiero po paru tygodniach bycie przywódcą zaczęło dawać mi się we znaki i spostrzegłam, że to rzeczywiście jest ogromna odpowiedzialność. Mimo wszystko nadal wierzę, że dam sobie radę wraz z pomocą innych. Po chwili moje myśli przerwał Shadow, który o mało mnie nie stratował. Ogier popatrzył się na mnie przepraszająco.
-Przepraszam, nie patrzyłem, gdzie idę - zaczął mówić. Najwyraźniej zauważył, że ja również byłam zamyślona, gdyż po chwili dodał - Coś się stało? Problemy ze stadem?
Pokręciłam przecząco głową i uśmiechnęłam się, gdy ogier zaproponował wspólny spacer. Szliśmy w milczeniu, lecz Shadow wyglądał, jakby bił się ze swoimi własnymi myślami. Byłam ciekawa nad czym tak intensywnie się zastanawia. Nagle znaleźliśmy się zaraz obok Lasu Zguby. Przeszły mnie ciarki i znów poczułam to nieprzyjemne uczucie, które zawsze wracało gdy znalazłam się w pobliżu tego miejsca. Ciszę przerwał głos towarzyszącego mi ogiera:
-Powiesz mi April, co to jest?
-To jest Las Zguby. Radzę ci się tam nie wybierać, nikt jeszcze stamtąd żywy nie wrócił - odpowiedziałam i ruszyłam dalej, gdyż nie chciałam dalej o tym rozmawiać.
Shadow jednak był nieustępliwy i znów rozpoczął ten temat. Wydawał się być bardzo zaintrygowany tym lasem i miałam wrażenie, że chce wyciągnąć ze mnie jak najwięcej informacji. Westchnęłam i zaczęłam mówić:
-No dobrze, jeżeli tak bardzo chcesz wiedzieć. Wiesz, zanim jeszcze założyłam to stado na swojej drodze spotkałam wiele samotnych koni, które znają te tereny o wiele lepiej niż ja. Pewnego dnia natknęłam się na Amelie - klacz w podeszłym wieku, która opowiedziała mi historię o swoim bracie. Podobno lubił pakować się w kłopoty i pewnego dnia założył się z kolegami o to, że wejdzie do tego lasu. To było już dobre siedem lat temu, ale już wtedy ten las był owiany złą sławą. No i wszedł tam. Amelie powiedziała, że od tamtego czasu już nigdy go nie widziała, ale twierdziła, że czasami, gdy przechodziła obok tego miejsca, widziała w ciemnościach, między drzewami, sylwetkę konia. Słyszałam o wiele więcej takich historii i każdy z koni, które spotykałam, ostrzegał mnie przed tym miejscem. Niektórzy twierdzą, że między drzewami czai się potwór, a inni - że las jest przeklęty. Jedyną pewną rzeczą jest to, że nikt z niego nie wraca. Nigdy. Jestem odpowiedzialna za bezpieczeństwo koni z mojego stada, więc proszę cię, Shadow, nie idź tam. Nikt z nas nie może tak ryzykować, a ja nie chcę, żeby komuś stała się krzywda - i na tym zakończyłam swoją wypowiedź.
Ogier przez cały czas słuchał mnie uważnie i gdy skończyłam mówić, wyglądał na zamyślonego.
<Shadow?>