16 wrz 2019

Od Alicji CD. Vanitasa


- Cóż, stoisz właśnie na terenach stada Silver Moon. Zamieszkuje ono te tereny od trochę już dłuższego czasu - wytłumaczył mi ogier. - Jeśli chciałabyś wiedzieć więcej, mogę... zaprowadzić cię do przywódcy - dodał. 
Stałam jak wryta, nie wiedząc co zrobić. Dołączyć do stada, znowu? Czy miałabym gwarancję, że nie odrzuci mnie jak poprzednie? 
 - A myślisz, że przyjęłaby do stada kogoś takiego jak ja? - spytałam po chwili. 
Ogier lekko przechylił łeb.
 - Co masz na myśli, używając tego sformułowania? Jeśli masz czyste intencje i naprawdę chcesz tu dołączyć, to nie widzę żadnego problemu - stwierdził. - Wpierw jednak warto by było się przedstawić. Jestem Vanitas. Pełnię w stadzie rolę medyka, więc w razie wypadków służę pomocom. A jak brzmi twe imię?
 - Alicja - odparłam. - W takim razie, zaprowadzisz mnie do przywódczyni?
Vanitas zgodził się, więc ruszyłam za nim w nieznanym mi kierunku. Po drodze nie rozmawiałam z ogierem, bo byłam skupiona na obserwacji otoczenia. Szliśmy już dosyć długo, a byłam niemalże pewna, że tereny stada skrywają jeszcze więcej ciekawych miejsc.
W pewnym momencie, na pewnej ślicznej polanie pełnej kwiatów zauważyłam w oddali pewną jasną klacz, dosyć krępej budowy. Kiedy nas zobaczyła, podeszła bliżej i spojrzała na mnie z zainteresowaniem.
 - Któż to jest? - zapytała Vanitasa.
 - Przedstawiła się jako Alicja. - odparł ogier. - Chce się dowiedzieć czegoś o stadzie.
Wstrząsnęłam grzywą, odrobinę zdenerwowana, że ktoś mnie przedstawia, podczas gdy doskonale umiem zrobić to sama. Nie wiedziałam jednak zbytnio, co dodać, więc tylko pokiwałam głową, kiedy klacz - chyba przywódczyni - ponownie zwróciła na mnie oczy.
- A więc ja jestem April, a to jest stado Silver Moon, znajdujące się na terenach Seranii - zaczęła, po czym nagle przybrała nieco niepewny wyraz pyska. - A... Chciałabyś dołączyć?
Z początku chciałam zapytać, czy według niej jestem kompetentna, ale przypomniałam sobie co mówił Vanitas.
- Jeśli... Jeśli mogę - odparłam wreszcie, choć nadal miałam wątpliwości. Oni jeszcze nie poznali mnie z tej "ognistej" strony, według niektórych gorszej. Jeśli dowiedzą się, że mają w stadzie klacz, która potrafi w ciągu chwili spalić konia żywcem, czy pozwolą mi tu zostać? 
Z rozmyślań wyrwała mnie April, która bacznie mi się przyglądała.
- Wszystko w porządku? - zapytała. - Zdaje mi się, że się nad czymś wahasz.
Uniosłam łeb. Mam jej powiedzieć? No nic, prędzej czy później się dowie, więc może lepiej ostrzec ją od razu.
- Bo ja... Nie jestem zwykłym koniem - wyjaśniłam.
- Tak jak większość z nas - odparł Vanitas, który do tej pory stał cicho.
Wlepiłam w niego swe ślepia, nie do końca wiedząc, co ma na myśli.
- To znaczy? - spytałam.
- No cóż... Mamy swoje moce i szczególne umiejętności, niektórzy mają też odmienny wygląd...
- Naprawdę? - zdziwiłam się. - Czyli nie byłabym tutaj żadnym... Odmieńcem? 
- Każdy z nas jest inny, ale wszyscy jesteśmy jednym stadem - wyjaśniła przywódczyni. - Jeśli nie masz złych zamiarów, przyjmiemy cię bez względu na twoje inności.
Przymknęłam na chwilę oczy. Głos April był pełen spokoju i mądrości. 
- W moim poprzednim stadzie było trochę inaczej - powiedziałam.
Klacz zerknęła na mnie z pewnego rodzaju troską. 
- Tak czy inaczej, pora zapomnieć o przeszłości. Od teraz twoim stadem jest Silver Moon, więc powinnaś poznać tutejsze tereny.
Uśmiechnęłam się lekko. Tereny są tu cudowne, bez dwóch zdań. Chętnie więc zobaczyła bym je bardziej... Z bliska?
- Vanitas, jeśli nie masz nic do roboty, może oprowadziłbyś Alicję po Seranii? - spytała przywódczyni.

Vanitas, może April?

15 wrz 2019

Szpieg, Shanti!

Powitajmy pierwszego szpiega w naszym stadzie - Shanti!

~~Shanti~~
Autor zdjęcia: opaque-studios
13.05 | 3 lata | Szpieg | Koń ziemski | witto59

13 wrz 2019

100 postów na blogu!

Jak zapewne wielu z was już zdążyło zauważyć, wczoraj na naszym blogu został opublikowany dokładnie 100 post! Z tej okazji administracja chciałaby serdecznie podziękować wszystkim obecnym jak i tym byłym członkom stada którzy mieli swój większy lub mniejszy wkład w całym tym procesie. Z tej okazji chciałybyśmy wszystkim postaciom z osobna podarować 40SH w ramach podziękowań! Krótkie przypomnienie: pierwszy post na blogu został opublikowany 26.06, a pierwsze opowiadanie 30.06 które należało do naszej kochanej Przywódczyni April! ^^



Dodatkowo chciałybyśmy wyróżnić szczególną postać na blogu - Vanitasa, który był najbardziej aktywnym członkiem z liczbą 16 opowiadań! Za ten wynik do swojego konta dostanie od dodatkowe 40SH! ^^

Od teraz, każdego ostatniego dnia miesiąca będzie zliczana aktywność w formie opowiadań które spełniają wymogi regulaminu. Postać która wykaże się największą aktywnością zostanie wyróżniona na blogu oraz nagrodzona drobnym upominkiem w postaci SH. (Ogłoszenie o wybraniu postaci miesiąca jak i rozpoczęcie nowego liczenia opowiadań odbywać się będzie pierwszego dnia miesiąca i liczone będzie do dnia ostatniego, godziny 00.00)

Mamy nadzieję, że blog nadal będzie się rozwijał i przynosił nam wiele radości z pisania tych wszystkich opowiadań między sobą!

Administracja bloga Silver Moon 🌙

12 wrz 2019

Od Vanitasa CD April

Pytanie klaczy wprowadziło mnie w stan zamyślenia. Gdziekolwiek nie przeniósłbym pułapki, jej ostrza mogą zagrażać innym zwierzętom zamieszkującym tereny spoza stada. Najprościej byłoby oddać ją ludziom, ale z tym wiązały się dwie negatywne sprawy. Po pierwsze, dwunożni mieszkali bardzo daleko i wędrówka do nich zajęłaby kilka dni. A nawet jeśli oddałoby się im ich zabawkę, wciąż mogli użyć jej ponownie. Do najlepszego rozwiązania należała całkowita destrukcja.
 - Nie ma w stadzie przypadkiem kogoś, kto mógłby zniszczyć to swoją mocą? - zapytałem.
 - Wydaje mi się, że ktoś powinien mieć takie zdolności, jednak nie jestem w stanie wskazać ci teraz kto - zmrużyła na moment oczy. Zapewne skupiła się i starała odnaleźć odpowiedź na zadane przeze mnie pytanie - Nie. Całkowicie zapomniałam.  Musielibyśmy popytać każdego, a pozostawienie tu pułapki samej nie jest dobrym rozwiązaniem - stwierdziła, spoglądając na narzędzie wszelkiej zbrodni. W duchu przyznałem jej rację.
 - Mogę z tym chodzić przez jakiś czas, jednak dobrze byłoby ustalić, kogo z pewnością o to nie pytać. Jestem pewien, że Laisrean nie ma potrzebnej nam zdolności - wyjaśniłem. Na pysku April pojawił się niewielki grymas połączony ze smutkiem.
 - Aviana też nie ma tego typu umiejętności - westchnęła cicho. Choć chciałem pomóc przywódczyni w sprawie z jej kuzynką, to zrobiłem już wszystko, co na razie byłem w stanie zrobić. 
 - Na pewno wróci do siebie - uśmiechnąłem się niemrawo. - Załatwmy póki co sprawę z tą pułapką. Jak już znajdziemy kogoś z takową mocą, pójdzie z górki - dodałem. April skinęła łbem, odrzucając złe myśli na bok. Spojrzałem jeszcze raz na srebrne ostrza. W mojej głowie zaświtała myśl.
 - Zdaje mi się, że pewne dwie osoby nam pomogą - zacząłem - Mauer posiadała zdolność rozsadzania przedmiotów, a Shadow panował nad ogniem. Jeśli ta pułapka rozwali się na drobne kawałki, łatwo będzie to spalić. Najlepiej zrobić to nad rzeką, bądź jeziorem - wytłumaczyłem. April była tak samo niezdecydowana jak ja, ale po dłuższej naradzie uznaliśmy, iż nic lepszego nie wymyślimy. Tak więc, ja postanowiłem odnaleźć Mauer, a April Shadow'a. Spotkaliśmy się we wspólnie wyznaczonym przez nas miejscu. Nad Rzeką Północną wiał lekki wiatr. Nie chcieliśmy w żaden sposób zatruwać wody, więc nasz plan wykonaliśmy w lekkim oddaleniu od brzegu, na kamienistej ścieżce. Nasi wybrańcy zgodzili się pomóc, ze względu na dobro stada. Akcja przebiegła szybko i bezproblemowo. Pod koniec upewniliśmy się jeszcze, czy żaden z fragmentów pułapki nie wpadł na ubocze i nie stanowił zagrożenia dla innych zwierząt. Pożegnaliśmy się z Shadow i Mauer, dzięki czemu zostaliśmy sami. Nie zmieniliśmy za bardzo swojego położenia. Po prostu przysunęliśmy się bliżej tafli wody. Choć nie prowadziliśmy żadnej konwersacji, jej towarzystwo mi pasowało. Z całego stada to właśnie April obdarzałem dosyć wysokim zaufaniem. Nie miał z tym nic wspólnego fakt, iż  była przywódczynią. Zawsze była wobec mnie miła i wyrozumiała. Z wielką radością przyjmowała do stada nowych członków. Byłem w stanie nazwać ją swoją przyjaciółką, choć nie wiem, jak to funkcjonuje w drugą stronę. Moje rozmyślenia pochłonęły dużo mojego czasu. Poza tym, chyba oboje potrzebowaliśmy przemyśleć sobie niektóre rzeczy. Nie musiałem być jasnowidzem, by wiedzieć, co dręczy April. Niestety, byłem w tej sprawie bezużyteczny i patrząc na stan jej kuzynki, sytuacja wymagała cudu. Spojrzałem na klacz, która ostatnio coraz częściej chodziła zamyślona.  Smętnie wpatrywała się w drzewo po drugiej stronie rzeki.
 - Powinnaś odpocząć. Ostatnio masz za dużo na głowie - zacząłem, kierując na nią swoje spojrzenie. Potrząsnęłam łbem i zwróciła wzrok na mnie. To było zaledwie kilka sekund, gdy nasze oczy skierowały się ku sobie. Poczułem dziwne mrowienie w podbrzuszu. Było to na tyle niezręczne, że oboje w tym samym czasie odwróciliśmy wzrok.
 - Jest dobrze, zawsze mam tyle do zrobienia. W końcu jestem przywódcą - uśmiechnęła się słabo.
 - Wiem, ale ty także potrzebujesz przerwy - mruknąłem. Do głowy przyszedł mi pewien pomysł - Słuchaj April... obiecasz mi, że kiedy już wszystko się ułoży, zrobimy sobie jakiś dłuższy spacer? Tak tyle we dwoje - dopiero po wypowiedzeniu tych słów, doszedłem do wniosku, jak to zabrzmiało - To znaczy, jako przyjaciele - poprawiłem się - O ile tak możemy się nazywać.

April?

Od Vanitasa CD Alicji

Ranek zapowiadał się wyjątkowo przeciętnie. Od razu po przebudzeniu, zacząłem krzątać się po jaskini medycznej. Po przeliczeniu podstawowych ziół, zauważyłem mocny niedobór w Cykorii Podróżnika. Oznaczał to, iż czeka mnie wyprawa nad Jezioro Gai. Nie planowałem póki co spożywać śniadania, nad wodą jest wyjątkowo smakowita flora. Wysunąłem się z głębi jaskini, a kiedy tylko uniosłem łeb, promienie słoneczne oślepiły me spojrzenie. Syknąłem, czując gorąc na mej skórze. Pogoda nie była mi dziś korzystna, lecz wolałem jak najszybciej zapatrzeć się w brakujące mi składniki. Wbijając spojrzenie w ziemię, ruszyłem przed siebie, sprawnie wykonując wszystkie kroki. Wbrew pozorom nie była to długa droga, gdyż już po kilku minutach w oddali ukazała mi się tafla wody. Przeciskałem się między drzewami, kiedy to tuż nad brzegiem dostrzegłem ruch. Jasnobrązowa plama poruszyła się, zastygając w bezruchu na mój widok. Naprzeciw mnie stała nieznajoma klacz, z uszami położonymi nisko po sobie. Zniżyłem łeb. Z pewnością nie była członkiem tabunu, gdyż ostatnimi czasami skład stada się nie zmienił. Powstało między nami pewne napięcie, obydwoje uparcie wpatrywaliśmy się w siebie. Odchrząknąłem, próbując naprowadzić nasze spotkanie w stronę dobrego kierunku. Nie zbliżałem się zbyt bardzo do klaczy. Zachowałem odpowiednią odległość. Nie odzywała się. Nie lubiłem tego robić, ale powinienem raczej zainterweniować w obecność nieznajomego na terenach stada.
 - Kim jesteś? - zapytałem. Ton mojego głosu wydał mi się zbyt ostry. - Nie patrz na mnie jak na wroga, do momentu, w którym nie będziesz próbowała wyczynić szkód stadu - oznajmiłem spokojnie. Klacz zastrzygła uchem, wsłuchawszy się w me w słowa. Czyżbym ją zaintrygował?
 - Wspomniałeś o stadzie - zaczęła, wciąż nieufnie patrząc -Rozwiniesz tą kwestię? - dodała.
 - Cóż, stoisz właśnie na terenach stada Silver Moon. Zamieszkuje ono te tereny od trochę już dłuższego czasu - wytłumaczyłem - Jeśli chciałabyś wiedzieć więcej, mogę... zaprowadzić cię do przywódcy - dodałem niepewnie. Ciężko szło się dogadać z nieznajomymi. A prowadzenie ich wprost do centrum terenów nie  było rozsądnym wyborem. Jednak tak zaczynał każdy, napotykał członka stada i decydował się na dołączenie. Przyjrzałem się klaczy. Nie byłem w stanie z niej wyczytać, czy chce się stać członkiem Silver Moon. Skoro jednak zapytała o nie, coś musi być na rzeczy.
 - A myślisz, że przyjęłaby do stada kogoś takiego jak ja? - zapytała. Lekko przekrzywiłem łeb.
 - Co masz na myśli, używając tego sformułowania? Jeśli masz czyste intencje i naprawdę chcesz tu dołączyć, to nie widzę żadnego problemu - stwierdziłem. - Wpierw jednak warto by było się przedstawić. Jestem Vanitas - westchnąłem, zdradzając swoje imię. - Pełnię w stadzie rolę medyka, więc w razie wypadków służę pomocom. A jak brzmi twe imię?
 - Alicja - odparła - W takim razie, zaprowadzisz mnie do przywódczyni?
 - Tak - nie byłem pewny w swoim czynie, ale w każdej chwili miałem się na baczności, gdyby klacz zdecydowała się na zrobienie mi krzywdy. - W takim razie chodź - poleciłem. Byliśmy zmuszeni przełamać lody i zmniejszyć odległość między nami. Ostatecznie szliśmy obok siebie w niewielkim odstępie, przez sporą drogę w milczeniu. Nie bardzo interesowała mnie historia klaczy, więc pytanie o standardowe rzeczy mnie nużyło. Gdy tylko znaleźliśmy się na Lazurowej Polance, dostrzegłem April. Uśmiechnąłem się lekko na jej widok i skinąłem na powitanie łbem. Odwzajemniła ten gest i spojrzała z zainteresowaniem na moją nową towarzyszkę.
 - Któż to jest? - zapytała.
 - Przedstawiła się jako Alicja. - odparłem - Chce się dowiedzieć czegoś o stadzie.

< Alicja? >

11 wrz 2019

Od Shadowa Cd. April (do Alexi)


Po wydarzeniach z poprzedniego wieczoru spałem jak kamień. Gdy się obudziłem, zobaczyłem piękne czyste niebo, a słońce świeciło jasno nad moją głową. To będzie ładny dzień ciekawe czy jakieś przygody będą. Wstałem, napiłem się wody i przegryzłem trochę trawy. Postanowiliśmy z Surmem trochę pospacerować, zwiedzając dalej naszą okolicę. Poszedłem najpierw na lazurową polanę jednak była tam cisza i spokój. Pomyślałem, że jak nikogo nie ma ze stada, to bliżej się przyjrzę tym światłom w lesie, co zwisają z drzewa. Pogalopowałem do Lasu świateł, gdy przystanąłem, bacznie obserwowałem światła czy może jakiś spadnie i zobaczę, co jest w środku. Gdy się przechadzałem koło drzew, usłyszałem szelest, ktoś musiał iść. Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem April szła w moją stronę z radosnymi oczami i uśmiechem.
-Miło cię widzieć- od razu zaczęła rozmowę April – Jak ci mija dzień?
- Powoli nic szczególnego się nie dzieje, chodzę tu i tam. – Odpowiedziałem April.
- Jak to nic się nie dzieje czy szukasz wrażeń jak wczoraj? – Od razu zapytała April przywołując wczorajsze wspomnienia.
- Nie szukam takich wrażeń, po prostu chodzę, może jakiegoś jelenia zobaczę, może trochę się pościgam. – odpowiedziałem wymijająco April, aby nie drążyła tematu.
- A co do wczoraj… – zaczęła April jednak wciąłem się jej w słowo.
- A co do wczoraj to nie ma do czego wracać. Było minęło i tyle. A tak na marginesie powinniśmy mieć jakiegoś wojownika w stadzie, przecież kto cię obroni?- zapytałem April.
-Mieliśmy wojowniczkę w stadzie. Nie dawno od nas odeszła nazywała się Hope. – gdy to odpowiedziała April aż mi krew zmroziło klacz wojowniczką? Aby jej się nic nie stało.
-A może poszukamy koni ze stada, fajnie byłoby ich poznać, jakoś nie często widuję koni ze stada. – zapytałem April mając nadzieję, że nie będzie drążyć wczorajszego tematu, a ja poznam nowe konie. Dwie pieczenie na jednym ogniu.
- Dobrze z miłą chęcią. Chodźmy kogoś poszukać. – odpowiedziała April i od razu ruszyła pędem przed siebie. Biegłem za nią, gdy zobaczyliśmy na swojej drodze piękną klacz, z czymś dziwnym na czole. Myślałem, że cos się przykleiło jej do łba jednak gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że to nie jest zwykły koń, tylko jednorożec, piękne i magiczne stworzenia.
- Hej Alexia, chciałam ci przedstawić Shadowa a ten tam orzeł na górze to jego Surm.- Odpowiedziała zawsze uśmiechnięta AprilAlexia patrzyła na mnie dłuższą chwilę.
- Miło mi cię poznać. – Odpowiedziała, rozrywając długą i niezręczną ciszę.
<Alexia?>

Od Vanitasa - Quest 3

Kolejny raz tego dnia zatrzymałem się w bezpiecznej odległości przy Lesie Zguby. Zmrużyłem oczy, wszak dobijał do nich dziwny blask spomiędzy drzew. Wiatr od tej strony był wyjątkowo silny, a jego chłodny powiew wydobywał u mnie dreszcze. Drgnąłem pod wpływem nieprzyjemnego uczucia i na lekko ugiętych nogach, zacząłem wycofywać się. Ostatnimi dniami to miejsce wydawało mi się o wiele bardziej dziwne niż zwykle, a ja nie przepadałem za wplątywaniem się w kłopoty związane z anomaliami. W oddali rozległ się głośny pomruk. Gwałtownie odwróciłem się, spinając wszystkie mięśnie. Zostawiłem Las Zguby za sobą i żwawszym krokiem ruszyłem przed siebie. Nim zdążyłem skupić się na czymkolwiek innym, usłyszałem cichy głos, wypowiadający moje imię. Spojrzałem łbem w tył. Prócz przeklętego zagajnika, nic nie rzuciło się w moje oczy. Zastrzygłem uszami. Im dłużej tu jestem, tym bardziej zaczyna mi coś odbijać. Znowu skierowałem swoje kopyta w stronę bezpiecznego miejsca. Do Lasu Zguby był bezwzględny zakaz wchodzenia, a ja i tak raz go złamałem. Myśl jednak, iż zrobiłem to za zezwoleniem April i w celu ratowania Aviany, usprawiedliwiała mnie w jakiś sposób. Pomimo tego i tak nie czułem się z tym dobrze. Jak na razie poprzysiągłem sobie nie wracać tam, o ile nie zostanę poproszony, a przywódczyni nie wyrazi na to zgody. Zgarbiłem się lekko, zastanawiając się, czy może w rzeczywistości w pobliżu mnie był ktoś ze stada. Możliwe, iż wołał moje imię, bo potrzebował pomocy medyka. A ja mogłem go spławić, ponieważ durny las miesza mi w głowie. Zatrzymałem się, próbując wszystko przeanalizować. Nie, to był jednorazowy krzyk. Członek tabunu w razie zagrożenia krzyknął by więcej razy.Ta jedna myśl krążyła mi przez długi czas w głowie. Wmawiałam sobie wiele, byleby odsunąć od siebie możliwość pozostawienia kogoś w potrzebie. Postanowiłem zająć się czymkolwiek innym. Poukładałem nowo zdobyte rośliny. Coś nie pasowało mi w ich ułożeniu, więc poprzekładałem je. I tak oto spędziłem pół dnia na układaniu ziół w każdy możliwy sposób. Alfabetycznie, kolorami, zastosowaniami... A w mózgu wciąż tkwiła myśl porannego zdarzenia. Nie mogłem tego dłużej znieść, musiałem pogadać o tym z kimś rozsądniejszym ode mnie. Szczególnie w tym przypadku. Skierowałem się miejsce, w którym zazwyczaj przesiaduje najbardziej zaufana mi osoba. Przywódczyni stada skinęła mi łbem na powitanie, uśmiechając się lekko. Odwzajemniłem gesty.
 - Wyglądasz na zmartwionego - rzuciła, nim zdążyłem się odezwać. Lekko skrzywiłem swój wyraz pysku. Byłem jak otwarta książka - wszystko dało się ze mnie wyczytać.
 - Aż tak widać? - spytałem - Cóż. Wczoraj słyszałem krzyki ze strony Lasu Zguby i obawiam się...
 - To zapewne zjawa - przerwała mi, choć sama nie była pewna.- Pamiętaj, że nazwa nie wywodzi się bez powodu. Coś cię po prostu kusi - mruknęła. Westchnąłem ciężko. Wiedziałem o tym wszystkim, a mimo to, jakiejś części mnie ta wersja nie pasowała.
 - Zdaję sobie z tego sprawę, jednak... Nie miałabyś mi za złe, gdybym tylko przeszedł się wzdłuż granicy?  - zapytałem, nie dowierzając we własne zamiary. April spojrzała gdzieś w bok.
 - Nie jestem pewna... Zasady to zasady. - zaczęła, wbijając spojrzenie w kopyta - Jeśli jednak zachowasz odpowiednią odległość... - mruknęła.
 - Zawsze jestem ostrożny - uśmiechnąłem się i powoli wycofałem.
 - Jak już skończysz, daj oznaki życia. W przeciwnym razie zacznę poszukiwania. Strata medyka nie należy do przyjemnych rzeczy. Strata kogokolwiek nie jest miła - usłyszałem jej słowa. Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że działam całkowicie wbrew sobie. Łamię zasady, zachowuje się nieostrożnie. Od początku mojego pobytu w stadzie się zmieniam, ale dopiero teraz to dostrzegam. Najwyraźniej dorastam i na swój sposób tracę ostatnie cząstki sensownego myślenia. Po drodze zatrzymałem się jeszcze na krótki posiłek. Kiedy tylko skubnąłem trawę, poczułem, jak mój żołądek się wykręca. Od razu zaprzestałem tej czynności. Nie było czasu do stracenia. I tak w zamiarze miałem tylko obejście skraju. Jeśli rzeczywiście ktoś tam był, powinienem znaleźć ślady wszelakiej obecności. Z początku spacerowałam spokojnie ku wyznaczonemu miejscu.  Gdy tylko dostrzegłem potężne drzewa, otoczone mroczną aurą, kopyta zagrzęzły mi w ziemi. Kroki stały się ociężałe, a ja wbrew sobie zwolniłem. Strach sparaliżował me ciało. Z trudem go zwalczając, zbliżyłem się do granicy bezpiecznego miejsca. Z mrocznego zagajnika nie wydobywał się żaden dźwięk. O śpiewie ptaków można było jedynie pomarzyć, a szum wiatru zdawał się nie mieć tam miejsca. Widziałem, jak korony drzew poruszają się, ale nie słyszałem żadnych świstów bądź gwizdów. Pośród panujących ciemności wyróżniał się nieznany przedmiot. Jego jasne barwy kontrastowały z mroczną aurą lasu. Przecudny kwiat, który pierwszy raz ukazał się mym oczom. Był jak anioł w środku piekła.
 - Vanitasie... - ten głos rozległ się znikąd. Zdawało mi się go słyszeć zza pleców. Kiedy tylko się obróciłem, usłyszałem go ponownie. Tym razem z głębi lasu. To od razu wytłumaczyło mi obecność zjaw. Nie mogłem już tu dłużej być. Moja ciekawość względem nieznanej rośliny powstrzymała mnie przed ucieczką.  Nie znałem jej, a to oznaczało, iż mogła mieć niesamowite zdolności lecznice. Warknąłem na siebie, karcąc się za to, co chciałem zrobić. Musiałem wziąć choćby jej płat. Mógł on mieć nieziemskie zastosowania. Kwiat nie stał daleko. Wystarczyło wykonać mały krok i się mocno pochylić. Zrobiłem tak jak planowałem, jednak me nogi zaplątały się o mur krzaków. Poczułem, jak liście muskają mą skórę. Ogarnął mnie chłód, a gałązki flory zaczęły wrzynać się w mą skórę. Spojrzałem pod siebie, popełniając w ten sposób największy błąd. Chciałem tylko znaleźć skaleczenie na nodze, aczkolwiek jedno z moich kopyt zahaczyło o wystający korzeń. Runąłem przed siebie, jednak zderzenie z ziemią nie nastąpiło od razu. Zsunąłem się po stromym boku, którego to wcześniej nie dostrzegłem. Zjeżdżając tak, miotała mną masa emocji. Głównie to strach i złość na samego siebie. Wszystkie kamyki wbijały mi się w skórę, a niewielkie rośliny przyczepiały do sierści. Pod koniec przeturlałem się kilkakrotnie, aż w końcu wylądowałem w nieruchomej pozycji. Leżałem na plecach, z kopytami w górze. Mój oddech był ciężki, a i w kilku miejscach czułem spływający pot. Wciąż czułem w żyłach mocną dawkę adrenaliny. Mój odpoczynek nie trwał długo. Nie czułem się tu bezpieczny, więc szybko przewróciłem się na nogi i poderwałem do góry. Nie byłbym w stanie zliczyć, ile rzeczy w tym momencie lepiło mi się do ciała. Otrząsłem się, ale zrzuciłem zaledwie cząstkę liści, traw i kamyków w swojej sierści. Rozejrzałem się sprawnie po otoczeniu i zdałem sobie raport. Nic nie zagrażało mojemu życiu, ale i tak wolałbym nie dmuchać na zimne. Górka, z której się sturlałem, była zbyt stroma do ponownego wejścia na czterech kopytach. Za to cztery łapy i czepne pazury dałyby radę. Zmrużyłem oczy i przywołałem do siebie ciepły wiatr, który zawsze towarzyszył mi w trakcie przemiany w wilka. Jednak tym razem było inaczej. Nic nie musnęło mojej skóry, a w środku nie odczułem żadnych iskierek. Spanikowany uniosłem powieki. Wbiłem wzrok w mały kamyczek i spróbowałem go podnieść telekinezą. Ten ani drgnął.
 - Cholera, gdzie moje moce? - wyrzuciłem, czując wielkie niezrozumienie. Z moich ust wysypała się wiązka przekleństw. Musiałem jak najszybciej stąd odejść, jednak nic nie dawało mi do tego szansy.
 - Szukasz czegoś? - cichy głos z tyłu mnie wybudził mnie z zamyśleń. Odwróciłem się gwałtownie, jednocześnie odskakując. Widok który zastałem, zmroził mi krew w żyłach. Naprzeciw mnie stał... drugi ja. Sam nie wiedziałem jak to nazwać, ale nie było to najważniejsze w tym momencie. Ta sama jasna sierść, grzywa i oczy... Dostrzegłem tylko jedną różnicę. Choć maść była tak samo siwa jabłkowita, to jego bok zdobiła długa blizna. Widziałem na niej zaschniętą krew, co nie sugerowało by niczego dobrego. Nie wydaje mi się, bym miał posiadać brata bliźniaka. Dla pewności i własnego poczucia bezpieczeństwa wykonałem kilka dodatkowych kroków w tył.
 - Wyjścia - odezwałem się niespodziewanie, odpowiadając na wcześniej zadane pytanie.  Patrząc na swojego sobowtóra byłem pewny jednego. To nie był zwykły koń, on nawet nie zaliczał się do kategorii zwierząt. Vanitas 2 przekręcił lekko łeb, wbijając we mnie spojrzenie.
 - Nie jesteś chętny do pomocy - stwierdziłem krótko, na co ten zbył mnie śmiechem.
 - Pomóc ci może tylko własna intuicja - odarł. Świetnie. Nawet głos miał mój. Poza tym, zazwyczaj opieram swoje działania na logicznym myśleniu, ale i miewam sytuacje, w których słucham się własnego przeczucia.  - Wyjście z lasu jest tylko jedno, ale nie należy ono do łatwych - rzucił. Nic nie mówiłem, nie czułem takiej potrzeby. Czekałem tylko na jego wyjaśnienia. Nie powinienem ufać nieznajomym, tym bardziej takim, którzy nie dość, że podszywają się pode mnie, to jeszcze przebywają w takim miejscu jak to. Wyprostowałem się, stając w pozycji gotowej do walki.
 - Uspokój się nerwusie - rzuciła ma kopia, a ja tylko zadarłem łeb wyżej. Akurat byłem osobą o spokojnym temperamencie, więc jego określenie było całkowicie nietrafne. - By stąd wyjść, musisz rozwiązać mą zagadkę - na jego pysk wpłynął złośliwy uśmiech. Z góry wiedziałem, że to nie będzie nic łatwego ani uczciwego.
 - Nie mam zamiaru brać udział w jakichkolwiek chorych gierkach - warknąłem - Wyjdę stąd na własne kopyta. - parsknąłem. - Nie będę z tobą rozmawiał, skoro nawet się nie przedstawiłeś, podróbko - wysyczałem, wbijając w niego bojowe spojrzenie.
 - Aż tak bardzo ci zależy na tej wiedzy? - mruknął znudzony - A więc słuchaj! Me imię nie istnieje, zwą mnie różnie. Zwierciadło Mroku, to ulubione przezwisko. Jestem w tym lesie po to, by ratować zbłąkane dusze. Takie jak ty. Nie mam własnego wyglądu. Nie jestem nawet koniem. Przybieram postać tego, kogo widzę. Mogę być lisem, ptakiem, bądź nawet wielorybem - wytłumaczył. Wziąłem głęboki wdech. Choć mój rozum sprzeczał się z tym co myślałem, podjąłem pewną decyzję.
 - Czy po rozwiązaniu twej zagadki, na pewno opuszczę to miejsce? - spytałem. Ten skinął głową.
 - Oczywiście.
 - W takim razie - urwałem na moment - zdradź mi ją - ostatnie słowa wypowiedziałem z lekką wątpliwością. Sobowtór odchrząknął krótko.
 - W tym lesie grasuje, 
   i skarbu pilnuje, 
   by go odnaleźć, 
   musisz kwiat wynaleźć.
   Błędne jest stwierdzenie,
   że już go widziałeś. 
Zmrużyłem oczy. Brzmiało źle i całkowicie nielogicznie.
- Istnieje jakaś alternatywna wersja tej zagadki? Bardziej rozumna? - spytałem. Wyśmiano mnie.
- To jedyna opcja. Zdradzić ci mogę tylko, że gdy dojdziesz do celu, zostaniesz od razu przeniesiony do terenów z których pochodzisz - odparł spokojnie - W takim razie, powodzenia!
 - Chwila! - przypomniałem sobie o ważnej kwestii - Ja... straciłem moje moce. Bez nich nie dam rady - powiedziałem. Nawet jeśli wrócę do domu, potrzebuje swoich zdolności magicznych. Nie widzę innego sposobu sprawnego przenoszenia ziół, niż za pomocą telekinezy.
 - Ah, no tak - mruknął - Odzyskasz je, jak już opuścisz Las Zguby. Na ten moment, jestem skory do ofiarowania ci pewnej zdolności. Przyda ci się. Dzięki niej, będziesz mógł utożsamiać się z naturą.
 - Co to dokładnie znaczy? - zapytałem.Vanitas 2 przekręcił oczami.
 - Za dużo chcesz wiedzieć. - westchnął - Zaczniesz rozumieć otaczającą się przyrodę. Będziesz mógł zjednoczyć się z drzewem, zrozumieć lisa i poczuć woń liścia - z każdym słowem, jego sylwetka zaczęła blaknąć. Po chwili całkowicie wyparował, a ja zostałem sam. Nie do końca pojąłem otrzymaną od niego zdolność. Mam nadzieję, iż w razie potrzeby, uaktywni się ona sama. Choć wciąż nie ufałem zjawie, musiałem podjąć się zrozumienia tej zagadki. Nie mogę tu zostać, stado z pewnością potrzebuje medyka. Wziąłem głęboki wdech. Jak poprawnie zinterpretować zagadkę i zrozumieć nowe moce? Powoli, stawiając ostrożnie kopyta, ruszyłem przed siebie. W głowie wciąż powtarzałem słowa rymowanki. Przede wszystkim muszę skupić się na kwiecie, który pozwoli mi dojść do "skarbu" Wędrowałem więc przed siebie, a droga była mi długa. Moje moce miały mi pomóc, ale jak? Wziąłem głęboki wdech i poczułem słodki zapach. Był on intensywny. W pewnym momencie, dostrzegłem w oddali blask. Pobiegłem w jego stronę. Spostrzegłem przed sobą piękną roślinę, o białych niczym śnieg płatkach. Obok niej rosła druga. Barwę miała czerwoną, niczym krew. Za każdym z kwiatów znajdowała się linia kolejnych. Jedna prowadziła w prawo, druga w lewo. Nie musiałem długo myśleć. "Błędne jest stwierdzenie, że już go widziałeś"  Na początku swej wędrówki, miałem okazję widzieć biały kwiat. To oznaczało, że prawidłowa ścieżka, to ta czerwona. Ruszyłem wyznaczoną trasą, choć wciąż obawiałem się jednego. Coś będzie bronić miejsca, dzięki któremu wrócę do domu. I kwestia pozostawał w tym, czym było to "coś" Stres ogarnął moje ciało, przez co zwolniłem i szedłem na sztywno wyprostowanych nogach. Zdawało mi się, iż zamiast szukać wyjścia brnę mocniej w las. Jeśli się zgubię, nie będzie powrotu. W duchu modliłem się do wszystkich znanych mi bogów, aż tu nagle usłyszałem głośny ryk. Do mojego nozdrza zewsząd doszedł smród stęchlizny. Nie był to dobry omen. Ukryłem się za krzakiem i przywarłem całym ciałem do ziemi. Spomiędzy ciemnych roślin i drzew, ukazała mi się trzymetrowa bestia. Jej ślepia błyszczały czerwienią, a z pyska wystawała para ostrych szabli. Wyglądem przypominał przerośniętego niedźwiedzia. Poza tym, nie miał on żadnego futra.  Jego skórę pokrywały gładkie łuski. Analizowałem swoje szanse w starciu z nim, kiedy to przyuważyłem niewielki kamień o błękitnej barwie. Czułem, że to jest moja droga ucieczki. Biła od niego silna aura. Niestety, mutant doskonale jej pilnował. Wystarczyło by go ominąć, jednak i to nie było łatwe.  Chciałem podejść na drugą stroną, lecz kiedy tylko wstałem, mój bok otarł się o pobliską gałązkę, powodując ciche skrzypnięcie. Ten dźwięk wystarczył jednak, aby spojrzenie bestii wbiło się we mnie. Zwierzę ryknęło i natarło w moją stronę. Nie miałem w którą stronę uciekać. Niemalże czułem pazur stworzenia na swoim pysku, kiedy to moje położenie się zmieniło. Uczucie to było dziwne i niespotykane, gdyż nie byłem w stanie wykonać żadnego ruchu. Zastanawiałem się, czy tak właśnie wygląda śmierć, kiedy uświadomiłem sobie, czego dokonałem. Wykorzystałem ofiarowaną mi przez zjawę moc. Zjednoczyłem się z naturą, a dokładniej: drzewo mnie wchłonęło. Znalazłem się w jego wnętrzu, a wielki drapieżnik zaczął rozglądać się dookoła, w poszukiwaniu swojej zdobyczy, którą byłem ja. Nie wahałem się długo. Podjąłem próby wydobycia się z drzewa. Za pierwszym razem nic się nie wydarzyło, jednak przy drugiej próbie, me ciało przeszył dziwny prąd. Znalazłem się wprost przy kamieniu. Niedźwiedź dostrzegł mnie i ruszył w moją stronę. Musnąłem pyskiem głaz. Miejsce mojego pobytu zmieniło się w zaledwie sekundę. Stałem przy wejściu do groty. Cały i zdrowy. Obejrzałem się dokładnie, jednak nie zauważyłem żadnego uszczerbku na zdrowiu. Kolejny raz w tym stadzie przeżyłem dziwną przygodę. Westchnąłem i spojrzałem na pobliski kwiat. Spróbowałem przywołać swoje telekinetyczne moce. Roślina uległa mi od razu, z łatwością podnosząc się w górę. Odetchnąłem z ulga. Przyrzekłem sobie na jakiś czas przestać pakować się w niebezpieczne zdarzenia.

<KONIEC>
Vanitas otrzymuje 200 SH