20 mar 2020

Od Phanthoma cd. Shanti

Po co mi kopyta, gdy mam skrzydła? No tak, żeby całkowicie nie stracić kontaktu z rzeczywistością.
Za każdym razem czułem się tak samo podczas lotu. Chociaż wiatr wciskał się między oczy, wywoływał dreszcz na skórze, a im byłeś wyżej, tym ciężej było oddychać, to mimo tego latania sprawiało mi za każdym razem tyle samo przyjemności. Może już nie dokładnie tak dużo, jak kiedyś, w końcu robiłem to minimum raz czy dwa dziennie, a jednak czułem, że bez skrzydeł nie byłbym sobą. Tak jak ryba bez łusek, albo żaba bez długiego języka. Chociaż dziwne określenia, tak właśnie bym się czuł. 
Gdy wstałem, rozłożyłem skrzydła, które były teraz nieco większe, niż je zapamiętałem. Czasem zapominałem, że one dalej rosną. Niekiedy lubiłem sobie żartować, że na łożu śmierci będą na tyle duże, że okryje się nimi całkowicie i nikt nie będzie musiał zakopywać mojego ciała. Poskubałem trochę świeżej trawy, skropionej rosą, po czym ruszyłem przed siebie kłusem. Rozłożyłem znowu skrzydła i zacząłem się unosić. Przeleciałem nad zbiornikiem wodnym, kopytem zahaczając o taflę i płosząc wszystkie ryby, które mogłem zobaczyć z góry, w tej czystej wodzie. Potem wzniosłem się wyżej i leciałem. Robiłem to każdego ranka, taka rutyna, czy nawet rytuał, bez którego dzień nie byłby udany. Jakie więc jest mój smutek, kiedy pogoda nie sprzyja i nie pozwala mi polatać, tylko siedzieć wśród drzew i czekać na koniec burzy.
Zniżyłem swój lot, aby zatrzymać się na małej polance. Wydawała się bezpieczna, a dzisiaj na prawdę nie miałem żadnej ochoty na ucieczkę przed jakimś wilkiem, czy coś podobnego. Może dawniej by mnie to nawet bawiło, spędzałbym w ten sposób każdy wolny dzień, razem ze znajomymi tylko czekalibyśmy na tę cenną chwilę, by poczuć adrenalinę. Teraz jednak wolałem zachwycać się spokojem tego dnia, świeżym zapachem, jaka niosła wiosna i nareszcie poczuć to ciepło słońca, którego mi trochę brakowało podczas zimy. Nie musiałem się martwić, że odmrożę sobie kopyta czy pysk, grzebiąc w śniegu, w poszukiwaniu jakiegoś mchu. Mogłem przysłuchiwać się radosnym śpiewom ptaków i słuchać innych dźwięków, które nadeszły po obudzenie się ze snu zimowego małych gryzoni i innych zwierzątek. Czy coś mogło popsuć ten piękny dzień?
Nim się spostrzegłem, przy moich kopytach leżała klacz. Była to czarna samica, widocznie zaciekawiona moimi skrzydłami. Przyznam, byłem z nich dumny, a najbardziej z ich wielkości, szerokości i tego, że były to pierzaste pióra, jak u orła, a nie nietoperza, które miało kilku moich znajomych. Przyznam, że niekiedy bardzo to się przydawało, niektórzy uciekali na sam widok tych strasznych skrzydeł, ale nie oddałbym swoich za nic.
- Wiesz, to nic trudnego – tak naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Szkoda, że nie mam skrzydeł – dodała z lekkim smutkiem.
- Jak się czegoś nie ma, zawsze się wydaje, że to wspaniała rzecz – przyznałem szczerze.
- Nie lubisz swoich skrzydeł? - pokręciłem głową.
- Lubię, ale mam je od małego. Jakbyś nagle dostała skrzydeł, ugięłabyś się pod ich ciężarem – powiedziałem poważnie, na co ona się lekko uśmiechnęła rozbawiona.
- Może i racja – przyznała. - Ale można latać niczym ptak – dodała rozmarzona.
- Fakt, to bardzo przyjemne uczucie. Ale ziemskie konie chyba też się nie nudzą – zerknąłem na nią.

Shanti?

19 mar 2020

Od April CD Vanitasa

Nie będę kłamać, nagłe wyznanie Vanitasa nieco mnie zaskoczyło. Co prawda, widziałam, że od pewnego czasu ogier zachowuje się względem mnie.. trochę inaczej, lecz zbytnio się nad tym nie zastanawiałam. Nie mogę również zaprzeczyć, że towarzystwo Vanitasa bardzo mnie uspokajało i cieszyłam się na samą myśl o spotkaniu z nim. Często gdy go widziałam, towarzyszyło mi również dziwne mrowienie w podbrzuszu, więc sama zaczęłam się zastanawiać... Czy Vanitas był dla mnie tylko i wyłącznie przyjacielem? Sama już nie byłam pewna, nigdy nie byłam zbyt dobra w określaniu moich emocji. Było to dla mnie coś zupełnie nowego, musiałam więc pomyśleć, zastanowić się. Nie była to prosta sprawa, miłość to w końcu nie zabawa. W ciszy wpatrywałam się w odchodzącego ogiera. Będę musiała jeszcze później o tym z nim porozmawiać, nie mogę udawać, że nic się nie stało. Moje własne uczucia stały się dla mnie zagadką, której nie umiałam rozwiązać. Westchnęłam przeciągle i postanowiłam udać się na spacer, by trochę oczyścić moje myśli. Stawiałam powolne kroki, rozglądając się wokół i podziwiając przyrodę. Moje myśli jednak co chwilę wracały do ogiera, nie mogłam się skupić na niczym innym. Wiedziałam, że nie poradzę sobie z tym sama, postanowiłam więc udać się po radę do najbardziej zaufanej mi klaczy. Popędziłam na polanę, gdyż byłam niemal stuprocentowo pewna, że to właśnie tam ją znajdę. Nie myliłam się, moja kuzynka leżała spokojnie wśród zielonej trawy. Uśmiechnęłam się i podbiegłam do niej. Aviana odwzajemniła uśmiech, wydawała się mile zaskoczona i zadowolona moim przybyciem. Położyłam się na trawie zaraz obok niej.
-Wszystko w porządku? Wyglądasz na lekko zmartwioną - zaczęła rozmowę.
Pokiwałam lekko głową, przez chwilę nie udzielając odpowiedzi i wpatrując się w dal.
-Właściwie, przyszłam po radę - powiedziałam po chwili ciszy.
Te słowa najwyraźniej zainteresowały towarzyszącą mi klacz, lecz jej pysk przybrał poważniejszy wyraz.
-Radę? Czy stało się coś poważnego? Coś ze stadem? - wyglądała na zatroskaną.
-Nie, nie - uśmiechnęłam się, by ją uspokoić - Właściwie to chodzi o Vanitasa.
-Ah, czyli sprawy sercowe - zaśmiała się moja towarzyszka, wyglądała jakby kamień spadł jej z serca - o co dokładniej chodzi?
Dokładnie, ze szczegółami, opowiedziałam Avianie o wszystkim. Klacz słuchała mnie uważnie, od czasu do czasu się uśmiechając. Nie wchodziła mi w zdanie, tylko czekała aż skończę. Gdy skończyłam, moja kuzynka zaczęła mówić:
-Wiesz co, wydaję mi się, że ty też go lubisz, tylko trudno ci to zrozumieć. Co prawda nie jestem ekspertem w tych sprawach, lecz wiesz, uczucia, które mi opisałaś... są raczej jednoznaczne. Idź do niego, wiesz? Inaczej stracisz szansę.
Pokiwałam głową i rzuciłam klaczy szeroki uśmiech, który ona odwzajemniła. Porozmawiałyśmy chwilę jeszcze, po czym pożegnałam się z nią. Pospacerowałam jeszcze chwilę, rozmyślając, lecz rozmowa z klaczą napełniła mnie odwagą. Chyba wiedziałam już, co będzie dla mnie najlepsze. Postanowiłam znaleźć Vanitasa, i nie musiałam szukać długo - ogier znajdował się w miejscu, w którym się rozstaliśmy. Podeszłam do niego z uśmiechem. Wygląd na zmartwionego, ale odwzajemnił mój uśmiech.
-Wiesz co - zaczęłam - Przemyślałam to wszystko. Wiesz, na początku nie byłam pewna. Moje uczucia były dla mnie zagadką, ale teraz - myślę, że już wiem. Nigdy nie czułam czegoś takiego do kogokolwiek innego, ja chyba - przestałam na chwilę mówić - czuję do ciebie coś więcej niż do przyjaciela.
<Vanitas?>

17 mar 2020

Od Shanti do Phanthoma

 Choć na ziemi wciąż tkwiły resztki białego puchu, w powietrzu dało się wyczuć zbliżającą wiosnę. Słońce, z początku delikatnie, a teraz coraz to odważniej wychylało się zza chmur. Jego jasne promienie oświetlały całą okolicę, a ja z ogromną chęcią chłonęłam niebiańskie ciepło. Śnieg topniał, a większość dróg zamieniła się w błotne ścieżki.  Gruba sierść, gęsto porastająca moją skórę, sprawiała, że zaczynało mi się robić gorąco. Za gorąco.
 Z niechęcią zsunęłam się z głównej polany i skryłam się w cieniu drzew, dalej obserwując tą wielką i żółtą kulę światła. Czułam potrzebę bycia blisko niej, ale nie miałam ku temu predyspozycji. Nie będę ukrywać, iż zawsze odczuwałam zazdrość na widok skrzydlatych stworzeń, które to mają szanse na wzniesienie się między chmury. Zadarłam wysoko łeb, wbijając spojrzenie w błękitne niebo. Sporych rozmiarów zwierzę przeleciało przed słońcem, rzucając na ziemię cień o kształcie konia. Pegaz.
 Wiedziałam, że w stadzie były dwa przedstawiciele tej rasy, jednak nigdy nie miałam okazji do rozmowy z nimi. Ciężki by mi się pewnie stało obok nich,  gdybym widziała te cudowne skrzydła, które pozwalają im na takie wspaniałe czyny. Uśmiechnęłam się lekko i wstałam z ziemi. Nie mogłam w końcu cały dzień leżeć, warto  byłoby odbyć jakiś spacer. Zrzuciłam spojrzenie po okolicy. Żadnej żywej duszy. Jednak skoro stado nie należało do licznych, a tereny były rozległe, to konie mogły się porozchodzić na wszystkie strony. Prawdopodobnie mogę spotkać kogoś po drodze.
 Idąc ścieżką, co jakiś czas ślizgałam się po zabłoconej trasie. Moje kopyta nie były przyzwyczajone do tego typu terenów.  Drepcząc dalej, nie mogłam oprzeć się pokusie spojrzenia w niebo. Ledwo to zrobiłam, a moje nogi zaczęły się plątać. Poleciałam do przodu, niemalże turlając się z niewielkiego wzniesienia. Zatrzymać udało mi się dopiero przy samym końcu górki. Na moment zrobiło mi się ciemno przed oczami. Kiedy odzyskałam wzrok, spostrzegłam przed sobą cztery kopyta.
 - Nic ci nie jest? - usłyszałam nad sobą głos pełen zainteresowania. To nawet nie brzmiało dla mnie jak troska, tylko czysta ciekawość.
 - Nie, tylko się lekko poobijałam - odparłam spokojnie, spoglądając w górę. Jeden z pegazów ze stada. Nie znałam jego imienia, bo nigdy nie miałam okazji do rozmowy z nim. To chyba dobry czas na zapoznanie się. - Jak się nazywasz? Widzę cię dosyć często, ale nigdy nie mieliśmy okazji do rozmowy - mruknęłam, jednocześnie podnosząc się z ziemi. Zachwiałam się, gdyż ciężko mi było utrzymać ciężar ciała na przedniej nodze. Dopiero teraz spostrzegłam lekką opuchliznę w okolicach pęciny.  Pegaz przyjrzał mi się z nieufnością. Zapewne starał się przypomnieć, czy kiedykolwiek mnie widział. No tak, nie byłam zbyt otwarta, a jednak dosyć często siadałam w środkowych częściach polany i wygrzewałam się w blasku słońca.
 - Phanthom - mruknął w końcu ogier, cofając się do tyłu, aby dać mi miejsce do wstania. Skinęłam z wdzięcznością głową, prostując się.
 -  Shanti - przedstawiłam się, choć nawet nie zostałam spytana o imię. Miałam nareszcie okazję do przyjrzenia się jego  skrzydłom z bliska. Fakt, iż takie zbiorowisko piór było w stanie utrzymać cały ciężar  konia, był dla mnie niesamowity.  Phanthom najwyraźniej spostrzegł moje zainteresowanie, przez co zrobiła kilka kroków w tył. Z pewnością mógł poczuć się speszony.
 - Przepraszam - mruknęłam - Zawsze chciałam być pegazem, dlatego... Po prostu jestem zaciekawiona całym mechanizmem latania - wyjaśniłam, choć gubiłam się we własnych słowach.

Phanthom?

4 mar 2020

Od Hope cd. April do Laisreana

Czasem sobie myślisz, że nic cię nie powstrzyma. Jesteś pewny, że nikt cię nie pokona. Jesteś na wygranej pozycji. Cały świat pada ci do stóp, wystarczy jednak jedna osoba, wypełniona nienawiścią. Nienawiść do bardzo brzydka cecha, ale jaka przydatna. Mówi się, że ten, kto się kieruje nienawiścią, nigdy nie zazna spokoju i szczęścia. A jednak nienawiść prowadzi do zemsty, która czasem pozwala ukoić ból. Zabić czy zniszczyć kogoś, kto ci wyrządził wielką krzywdę; czujesz się spełniony. Sprawiedliwość nadeszła, sam ją wyznaczyłeś, więc czujesz się jak Pan. Jesteś panem swego życia. Co, jeśli zemsta nie przyniesie ukojenia, a nienawiść będzie rosnąć każdego dnia? Co zrobić? Mówią: pogódź się z tym, nic już tego, co utracone, nie przewróci. Jednak czy można spokojnie, z chwili na chwilę po prostu zapomnieć, kiedy serce jest wypełnione złością? A nawet jeśli wybaczymy, czy nienawiść nie powróci? Gdy zaczniesz wszystko wspominać i pewnego razu zobaczysz winnego, swego losu. Co zrobisz? Większości puszczają wodze. Śmieszne jest to, że mówi się, iż pójdą do piekła, za morderstwo. Ale czy zabijając tego kogoś, nie uratował innej osoby od śmierci lub zatracenia w nienawiść? Czy widzimy tylko to, co chcemy?
Patrzyłam na drzewo. Przed chwilą wbiegła na nie wiewiórka, dawniej moim odruchem byłby szybki skok i zabicie jej. Teraz niestety zostało mi tylko położenie łba na trawie i głośne westchnięcie. Gdybym utraciła wspomnienia, byłoby mi łatwiej? Może wtedy wspomnienia nie wracałyby każdej nocy, tęsknota za domem nie rosłaby każdego dnia, a ja czułabym się sobą. 
- Chyba czas o tym zapomnieć - mruknęłam sama do siebie, zamykając powoli oczy.
- Chciałabyś zapomnieć o czym? - usłyszałem znajomy głos. Momentalnie podniosłam łeb i zobaczyłam Laisreana. Wstałam, nie mając w sumie sił na spławienie go. Spławiłam wszystkich już wcześniej i co mi z tego przyszło?
- Nie miałeś czegoś zrobić? - zapytałam, nawiązując do poprzedniej rozmowy z April.

<Laisrean?>

29 lut 2020

Od April CD Hope

Wydawało mi się trochę dziwne to, że klacz odpowiedziała na moje pytanie tak wymijająco, ale postanowiłam nie wypytywać i cieszyć się powrotem Hope do stada. Klacz szybko zmieniła temat, pytając gdzie reszta, na co szeroko się uśmiechnęłam i odpowiedziałam:
-Myślę, że powinniśmy kogoś znaleźć na polanie. Masz ochotę na krótki spacer?
Klacz zamyśliła się na chwilę, po czym delikatnie przytaknęła. Szłyśmy w ciszy, podziwiając uroki natury. Gdy weszłyśmy na polanę, naszym oczom ukazał się Laisrean.
-O, patrz kto to. Pamiętasz go? - spytałam Hope.
Pegaz przez chwilę wyglądał na zamyślonego, jakby próbował sobie przypomnieć, ale po chwili odezwał się:
-Tak, to Laisrean - klacz powiedziała dość niepewnie.
Uśmiechnęłam się, gdy ogier podszedł bliżej nas. Przez chwilę wydawał się nieco zdziwiony, widząc Hope, lecz po chwili na jego pysku zagościł szeroki uśmiech.
-Hope, jakże miło cię znów widzieć. Czyżbyś do stada nagle powróciła? - spytał zaciekawiony.
Klacz kiwnęła głową. Chwilę jeszcze rozmawiałyśmy z ogierem, lecz po chwili oznajmił nam, iż musi iść. Pożegnałyśmy się i poszłyśmy dalej razem. Na swojej drodze spotkałyśmy również innych członków stada: Avianę, Vanitasa, Shadowa... Wszyscy wydawali się być pozytywnie zaskoczeni powrotem Hope, co niezmiernie mnie ucieszyło. Miałam ogromną nadzieje na to, że klacz zostanie z nami na dłużej. Zdałam sobie sprawę z tego, jak długo trwał nasz spacer dopiero, gdy odczułam lekki ból w moich kończynach i ujrzałam, że powoli zaczyna robić się ciemno. Klacz obok mnie wydawała się nie zwracać na to uwagi i cicho podążała obok mnie.
- Hope? Chyba powinnyśmy się już rozdzielić. Robi się ciemno, powinnaś odpocząć, pewnie jesteś zmęczona - powiedziałam.
Ona tylko skinęła głową, pożegnałyśmy się i rozdzieliłyśmy się. Szybkim krokiem udałam się na polanę, by tam odpocząć.
<Hope?>

15 lut 2020

Od Meary CD Mauer

Pomimo ogromnego zmęczenia które odczuwałam, na sam widok ścieżki poczułam jakby na moment dodano mi skrzydeł. Wszystkie zgodnie przyśpieszyłyśmy w stronę wyjścia, a gdy już znalazłyśmy się w bezpieczniejszym miejscu opadłam na ziemię wraz z Mauer. Meriel jedynie odeszła kilka kroków dalej i stanęła tuż obok drzewa, wlepiając swój wzrok we własne kopyta.
Nie dzielimy już ciał, nie jesteśmy już połączone, już nie jesteśmy dla siebie samych przeszkodami...
To wydawało się tak nierealne, że pomimo patrzenia na własny tułów i ten siostry, wciąż miałam wrażenie, że to nie jest na prawdę. Nie mogło być, w końcu... dlaczego las miałby nam w jakikolwiek sposób pomóc na koniec...?
Obejrzałam się jeszcze za siebie, a widok mrocznego lasu sprawił, że po mym ciele przeszły nieprzyjemne ciarki. Wciąż czułam tą nieprzyjemną aurę, zmęczone czy nie, powinnyśmy były jak najszybciej oddalić się jeszcze bardziej od tego miejsca.
Mroczne obrazy które wciąż przewijały mi się przed oczami sprawiały, że do oczu nalatywały mi łzy, kiedy przez najmocniej jak mogłam zaciśnięte zęby starałam się wstrzymać od płaczu. Gdy z lekka się uspokoiłam otworzyłam pysk by odezwać się do towarzyszek, jednak nie wydostało się stamtąd nic więcej oprócz piskliwego dźwięku którzy brzmiał jakby ktoś skrzywdził małego chomika.
- M...Mauer... Zabierajmy się stąd... - mruknęłam w końcu ledwo, na co klacz tuż obok skinęła tylko łbem i choć dość opornie to podniosłyśmy się z ziemi i podeszłyśmy do Meriel, która w milczeniu ruszyła za nami. W tym momencie nie liczyło się nawet dokąd idziemy, byle daleko stąd, byle w bezpieczne miejsce, byle tylko odpocząć. Nie miałam nawet pojęcia jak dużo czasu spędziłyśmy w tym piekle, nie wiem nawet czy chciałam do końca wiedzieć. Byłam cholernie zmęczona, głodna i przerażona.
Po dłuższym czasie przy naszym dość niezgrabnym poruszaniu się dotarłyśmy w końcu na rzadziej uczęszczaną polankę należącą do stada, która była na tyle daleko od lasu, że mogłyśmy w spokoju odetchnąć. Położyłyśmy się w zacisznym kącie, zupełnie nie zważając na porę dnia. Nic nie miało większego znaczenia przy naszym obecnym zmęczeniu.

~ • ~

Gdy po naprawdę długim czasie zaczęłam otwierać oczy spostrzegłam się, że Meriel wciąż spała. Spała tuż obok mnie, wciąż we własnym ciele, a ja wciąż nie rozumiałam co się tak właściwie wydarzyło. Mauer natomiast kawałek dalej od miejsca gdzie kładła się spać leżała w ciszy, podczas gdy jej oczy skierowane były w niebo. Doczłapałam się do niej po cichu i położyłam tuż obok, mając cichą nadzieję, że nie przeszkadzam jej szczególnie w tym momencie.
- Skoro już się wyspałyśmy musimy w końcu ustalić plan działania. Sama widzisz co stało się ze mną i Meriel... Jak inni to zobaczą zaraz coś zaczną węszyć, nie możemy dopuścić żeby ktoś poznał prawdę... Przyznam, że...Przyznam, że nie wiem co robić... Boję się, że April może nie potraktować nas ulgowo... Boje się o Meriel... Nie wiem co tam widziała, ale widzę jak bardzo jest przerażona. Gdy wychodziłyśmy z lasu wciąż wpatrywała się dziko to we mnie, to w ciebie... Ten las był przerażający, ale ja... Założę się, że nie widziałam tak okropnych rzeczy jakie widziała Meriel...  - urwałam nagle, bardziej przypatrując się klaczy obok - Mauer, skoro już zaczęłam ten temat... Co ty  tak właściwie widziałaś? I jak się czujesz...? - nie byłam pewna czy powinnam zadawać jej w tym momencie tyle pytań, jednak troska przemawiała teraz gorliwie przeze mnie. Gdy leżałyśmy tak pod ciemnym jeszcze niebem, mimo długiego i solidnego odpoczynku wciąż nie potrafiłam w pełni się zrelaksować. Wszystko poszło jakby za lekko, nieprzyjemna aura wciąż nas otaczało... Zupełnie tak, jakoby jeszcze nie opuściłyśmy lasu i wciąż byśmy w nim tkwiły zupełnie nieświadome, tracąc czujność i stając się łatwiejszymi ofiarami, a to wszystko było tylko iluzją...

< Mauer? >

6 lut 2020

Od Vanitasa CD April

   Niewielka ilość obowiązków, spoczywających na moim grzbiecie, wywoływała we mnie uczucie znużenia. Codzienne zajęcia stały się rutyną, którą co jakiś czas urozmaicały rozmowy z niektórymi końmi. Prawie że nikt nie miał żadnych problemów zdrowotnych, co akurat było pozytywem. Jedyny problem stanowił przypadek Aviany. Moja samokrytyczna natura wzięła górę, przez co zacząłem obwiniać się o brak umiejętności w pomocy klaczy. Jak mogłem być głównym medykiem tego stada, a jednocześnie nie być w stanie ustalić choroby jednej z członkiń? Cała ta sytuacja była dla mnie niczym zagadka bez rozwiązania. W celu zdobycia sensownej odpowiedzi, musiałem dokładnie przeanalizować wszystkie zdarzenia z tamtego dnia oraz to, co działo się z klaczą teraz. Dodatkową presję wzbudza we mnie fakt, iż swoim niedoborem wiedzy mogę zawieść April. Aviana jest jej kuzynką, więc nic dziwnego, że tak bardzo zależy jej na stanie zdrowotnym klaczy.
Zacząłem poświęcać April więcej czasu, by pokazać, jak bardzo przykro mi z powodu mojego braku kompetencji. Jednocześnie starałem się nie narzucać jej nazbyt swojej obecności. Starałem się nie porzucać swoich codziennych zajęć, jednak nazbierałem tyle przydatnych ziół, iż mój specjalny skład był wypełniony po brzegi, a ja i tak z nich nie korzystałem. Frustrowało mnie to, iż nie byłem w stanie ruszyć ze sprawą Aviany. Czasami nie potrafiłem się skupić na innych czynnościach.
   Dosyć często widywałem się z dowódczynią stada, co najwyraźniej nie umknęło reszcie członków. Wydawało mi się, iż coraz częściej zwracają uwagę na naszą dwójkę, przebywającą we wspólnym otoczeniu. Bycie w centrum uwagi nigdy mnie nie ekscytowało, toteż za każdym razem, starałem się znikać z pola widzenia. Po pewnym czasie chyba każdy przyzwyczaił się do tego, a ja ponownie podjąłem się wszelkich prób wyleczenia kuzynki April. Przez długi czas próbowałem doszukać się nowych właściwości we znanych mi roślinach medycznych. Nic jednak nie było w stanie sprostować panującemu chaosu. Pierwszy raz od dawna poczułem się czymś tak bardzo przytłoczony. April nieustannie powtarzała, iż docenia każdą chęć mojej pomocy i wszystko, co robię dla dobra jej kuzynki. Mimo to, jej słowa wciąż mnie nie uspokajały. Miałem krótki okres, w którym pragnienie rozwiązania całej tej paranoicznej sytuacji stało się moją obsesją. Nie ukryło się to zbyt długo przed dowódczynią, która z łatwością mnie uspokoiła, przez co na powrót zacząłem kontrolować własne życie. Każdego dnia, byłem pewien, iż jestem o krok bliżej od poznania wyniku sytuacji, a i tak, wciąż tkwiłem w punkcie startowym.
  A teraz kolejny raz staliśmy razem nad brzegiem jeziora. Ja i April. Nawet w te chłodniejsze pory roku, było to przyjemne do odwiedzin miejsce. Dobre też było to, iż mogłem spędzać czas ze swoją przyjaciółką. Choć nie wiedziałem, czy z biegiem czasu nasze relacje się nie wzmacniały. Zawsze czułem się lepiej, gdy to właśnie mi się żaliła. Szanowałem to, iż czasami nie była w stanie spotkać się ze mną, ze względu na swoje obowiązki i kuzynkę. Widywaliśmy się codziennie, a to już było czymś cudownym.
   Po długiej chwili moich osobistych namyśleń, odnośnie poprzednich miesięcy, odezwałem się.
 - Nie przeszkadzam ci? - zagadnąłem w stronę klaczy - To znaczy... Nie odczuwasz w swoim życiu zbyt nadmiernie mojej obecności? Myślałem nad tym, ile czasu ostatnio ze sobą spędzamy pomimo tego, iż ciążą nad tobą obowiązki przywódczyni oraz zmartwienia związane z Avianą - wyrzuciłem z siebie, prawie że na jednym oddechu. Lekko drgnęła, na dźwięk mojego głosu. Była tak wpatrzona w taflę wody, co sugerowała, że sama ledwo co wybudziła się z zamyśleń.
 - Rozmawialiśmy już chyba na ten temat - mruknęła z lekkim uśmiechem, obracając łeb w moją stronę. - Jesteś moim przyjacielem i wiem, że zawszę mogę na ciebie liczyć - dodała.
 - Schlebia mi to niezmiernie - odparłem szczerze - Nie jestem jednak w stanie zrozumieć tego, co między nami jest. Czuję wobec ciebie ogrom zaufania, jakim jeszcze nie darzyłem nikogo spoza rodziny.  Doceniam to, jak często spotykasz się ze mną, pomimo własnych obowiązków. Wydaję mi się, że darzę cię czymś znacznie większym, niż tym, co jest między zwykłymi przyjaciółmi. Nie jestem w stanie bezpośrednio określić, co to jest. Chcę, żebyś wiedziała, iż zawsze możesz na mnie liczyć. Nie powiem ci, że cię lubię. To o wiele za mało powiedziane - wyrzuciłem w skrócie wszystko, co ciążyło mi ostatnio na sercu. Klacz w międzyczasie wbiła we mnie mocniejsze spojrzenie, pełne zaskoczenia. Uśmiechnąłem się niemrawo i skinąłem jej głową, po czym odwróciłem się i spokojnym tempem zacząłem odchodzić. Będąc kawałek dalej, obróciłem się i spojrzałem na nią. April wciąż stała w miejscu, a jej wzrok był utkwiony w moją stronę. Może nie powinienem jej tego mówić? Dorzucam kolejną cegiełkę do powstającego muru jej zmartwień. Nie mogłem jednak zbyt długo tego kryć. Jest mądra, więc pewnie już dawno zauważyła zmianę w moim zachowaniu względem jej, tylko najprawdopodobniej nie wiedziała, jak na to zareagować. Równie dobrze, mogła w ogóle nie chcieć tego widzieć. Pogrążony rozmyśleniami, wróciłem do centrum stada i jakby nigdy nic, położyłem się pod jednym z pobocznych drzew i obserwowałem otoczenie.


April?